Sasanka pyta o coś ważnego jednak, bo to jest ryzyko w pracy z symbolami - nadinterpretacja. Ale powiem tak - jeśli interpretacja prowadzi cię do jakiegoś działania albo zmiany, i ta zmiana jest dobra, to czy naprawdę ma znaczenie czy symbol 'naprawdę' coś znaczył? To jest pytanie które sama sobie stawiam od lat i nie mam na nie gotowej odpowiedzi.
Lubię to pytanie Plejadki bo dotyka czegoś co rzadko się omawia - weryfikacja. Jak weryfikujesz rytuał? W tradycjach szamańskich był ktoś taki jak mistrz albo starszy, ktoś zewnętrzny kto mógł powiedzieć 'hej, idziesz w złą stronę'. W solowej praktyce ten mechanizm odpada i zostaje tylko twoje własne poczucie. Które może być zafałszowane właśnie wtedy gdy jesteś zagubiona.
Niezapominajka, to jest chyba ten moment kiedy dziennik który Henio i Eleonorka opisywali staje się ważny z innego powodu - nie tylko żeby zapisywać, ale żeby potem móc wrócić i zobaczyć czy to co myślałeś miesiąc temu miało sens. Sam siebie jako weryfikator, tyle że z opóźnieniem.
A wracając do Zorzy i tej ławki - bo trochę od niej odeszliśmy - to mam jeszcze jedno pytanie. Czy jest jakaś różnica między miejscem które wybrałaś świadomie na rytuał a takim które już ma dla ciebie znaczenie zanim jeszcze zaczęłaś o tym myśleć w tych kategoriach? Bo ta ławka brzmi jak to drugie i wydaje mi się że to jest mocniejszy punkt startowy niż gdybyś postanowiła że 'tu będę robić rytuały'.
Kabalista, to mnie zastanawia - mówisz że historycznie rytuały rosły organicznie, ale czy to nie jest trochę romantyzowanie? Bo przecież dużo tradycyjnych rytuałów było bardzo precyzyjnie określonych, z konkretnym tekstem, gestami, kolejnością. Nie wyrosły z niczego, ktoś to zaprojektował.
To co Kabalista mówi o stabilizowaniu praktyk ma sens, ale mnie ciekawi jeden szczegół - ten moment kiedy coś przechodzi z 'powtarzam to bo mi pomaga' do 'to jest mój rytuał'. Czy jest jakiś punkt graniczny? Bo mam wrażenie że czasem piszemy o rytuałach tak jakby od razu przychodziły w gotowej formie.
Ja chyba poczułam tę granicę przy tej ławce. Nie w momencie kiedy zaczęłam tam siadać z intencją, tylko kiedy pewnego razu NIE poszłam tam w trudnym momencie i poczułam że czegoś brakuje. Jakby ta forma już istniała niezależnie ode mnie i domagała się wypełnienia. Ale nie wiem czy to dobra miara.
To jest właśnie moje pytanie od dawna - kiedy rytuał pomaga, a kiedy staje się przymusem? Bo czytałam o OCD i niektóre zachowania wyglądają z zewnątrz identycznie jak rytuały. Jak się to odróżnia?
Plejadka pyta o coś co jest naprawdę ważne klinicznie, nie tylko filozoficznie. Różnica którą znam - rytuał terapeutyczny zwiększa poczucie sprawczości, daje ci coś. Przymus kompulsywny zabiera - musisz go wykonać żeby uniknąć lęku, nie żeby cokolwiek zbudować. Ale granica jest płynna i nie każdy sam potrafi ją zobaczyć.
To rozróżnienie Karolci między lżej a spokojniej po zrobieniu - to jest coś co chcę przemyśleć. Bo sama nie jestem pewna które doświadczam. Czy macie sposób żeby to sprawdzić retrospektywnie? Dziennik o którym mówiliście mógłby tu pomóc?
Wracam trochę do początku, bo przez całą tę rozmowę kręcimy się wokół tego jak weryfikować, jak rozpoznać, kiedy za dużo. A Niezapominajka na początku pytała od czego zacząć jak się czuje zagubiony. I mam wrażenie że ta dyskusja właśnie pokazuje dlaczego tak trudno odpowiedzieć na to pytanie - bo zanim cokolwiek zaczniesz, już jest milion kwestii do przemyślenia.
Pochwist ma rację i właściwie to jest odpowiedź na moje pytanie z tytułu - od czego zacząć jak się czuje zagubiony. Może właśnie od obserwacji tego co już jest, a nie od konstruowania czegoś nowego. Zorza znalazła ławkę. Eleonorka zaczęła od snów które i tak miała. Ja przez długi czas szukałam gotowej formy i nie znajdowałam, a potem zauważyłam że od lat rano patrzę przez okno zanim cokolwiek powiem. To już było.
To jest piękne co piszesz, naprawdę. To patrzenie przez okno - czy teraz coś z tym robisz, czy zostało jak było? Pytam bo sama mam coś podobnego i zastanawiam się czy dotykanie tego świadomością zmienia samą czynność na lepsze czy na gorsze.
Mam pytanie bo trochę mnie ta rozmowa zaskoczyła - zaczęło się od rytułów kiedy się jest zagubionym, a wyszło na to że może najlepsza odpowiedź brzmi: nic nie rób specjalnie, tylko patrz co już robisz. Czy to nie jest trochę unikanie tematu? Bo ktoś kto jest naprawdę zagubiony może potrzebować jakiegoś impulsu, nie obserwacji.
Zgadzam się z Kabablistą ale mam inne wątpliwości. To obserwowanie co już masz - wymaga pewnej stabilnosci żeby to zobaczyć. A jak ktoś jest naprawde zagubiony to może nie mieć tej stabilnosci żeby obserwować. Co wtedy? Czy jest jakiś punkt wejścia który jest łatwiejszy?
Ale właśnie - to rozróżnienie między rytuałem a podstawami. Skąd wiesz gdzie jest ta granica? Bo siedzenie ze świeczką i nic nierobienie może być rytuałem samo w sobie dla jednej osoby, a dla innej zwykłym siedzeniem w ciemności. Czy to nie jest kwestia intencji?
No ale to brzmi jak post-hoc racjonalizacja. Tzn. robimy coś, nic nie rozumiemy, a potem tłumaczymy że intencja była nieświadoma. Skąd wiemy że to nie jest po prostu nawyk bez znaczenia?
Mam wrażenie że ta rozmowa kręci się coraz bardziej wokół teorii i traci kontakt z tym od czego zaczęła Niezapominajka. Ona pytała co zrobić kiedy się jest zagubionym. A my dyskutujemy czy intencja jest świadoma. Czy ktoś może po prostu powiedzieć co zrobił kiedy był w takim miejscu?
To ja powiem. Jak byłam naprawdę zagubiona to jedyne co mi pomogło to wychodzenie o świcie. Nawet nie wiem czemu zaczęłam, chyba nie mogłam spać. I przez jakiś czas to było po prostu wychodzenie, ale w pewnym momencie zaczęłam zatrzymywać się w tym samym miejscu i patrzeć w tę samą stronę. Żadnego powodu, żadnej intencji. Teraz myślę że to był rytuał, wtedy w ogóle tak nie myślałam.
To co Pogoda opisuje z tym świtem - bardzo mi bliskie. I to co mówi o nazwie która coś odbiera. Ja miałam identycznie z tym patrzeniem przez okno. Jak tylko zaczęłam myśleć o tym jako o czymś celowym, zrobiło się trochę sztuczne. Może zagubienie ma tę jedną zaletę że nie masz jeszcze aparatu do oceniania tego co robisz.
Ciekawe że kilka osób tu mówi o tym że świadomość rytuału go trochę psuje. A z drugiej strony Eleonorka i inni mówili o dzienniku, o zapisywaniu, o refleksji. To jest sprzeczność czy da się jakoś to pogodzić?
A ja mam pytanie do Eleonorki - czy zdarzyło ci sie że dziennik pokazał coś czego nie chciałas wiedziec? Pytam bo sama prubowałam i po kilku tygodniach zobaczyłam pewien wzorzec który był troche niepokojący i nie wiedziałam co z tym zrobic.
To co Perydotka opisuje to brzmi znajomo i trochę mnie to uspokaja że nie tylko ja tak mam. Ale mam pytanie do wszystkich - czy ktoś świadomie zmienił ten wzorzec z gaszenia pożarów na coś regularnego? I jak? Bo teorię rozumiem, ale nie wiem jak zacząć coś robić zanim przyjdzie kryzys.
