Mam wrażenie, że to pytanie pojawia się bardzo często, ale zwykle zadają je ci, którzy dopiero wchodzą w jakikolwiek kontakt z rytuałami i nie wiedzą od czego zacząć, kiedy są w środku jakiegoś życiowego bałaganu. Sama przez to przechodziłam. Nie chodzi o zagubienie duchowe w wielkim sensie, tylko o takie codzienne - straciłam orientację w tym, co ważne, nie wiedziałam co dalej z pracą, z sobą. I właśnie wtedy zaczęłam szukać czegoś, co mogłoby mnie uziemić. Nie wiedziałam jeszcze co wybrać. Próbowałam różnych rzeczy. Zaczęłam od czegoś bardzo prostego - codziennego rytuału o świcie, bez żadnej magii, po prostu zapalenie świecy i kilka minut ciszy. Dopiero z czasem to rozbudowałam. Ale to był dobry punkt wyjścia, bo dawał poczucie, że w dniu jest coś stałego. Zastanawiam się, czy inni też tak mieli - że musieli zacząć od czegoś bardzo prostego, zanim w ogóle poczuli, że mają głowę do czegokolwiek bardziej złożonego?
To co opisujesz - świeca, cisza, poranek - ma swoje głębsze uzasadnienie niż by się mogło wydawać. W tradycji hermetycznej istnieje pojęcie 'threshold ritual', rytuału progowego, który ma zaznaczać granicę między jednym stanem a drugim. Nie chodzi w nim o efekt, tylko o sygnał dla psychiki: teraz zaczyna się coś innego. Jungianie powiedzieliby, że taki rytuał uruchamia proces indywiduacji przez stworzenie świadomego kontenera dla chaosu. Ale żeby to nie brzmiało zbyt abstrakcyjnie - mam pytanie do wszystkich czytających: co dla was konkretnie oznacza 'zagubienie'? Bo to słowo jest bardzo pojemne i może oznaczać zupełnie różne stany, a od tego zależy, jaki rodzaj praktyki ma w ogóle sens.
Ja właśnie jestem teraz w takim momencie i szczerze nie wiedziałam, że to można jakoś rytuałem ujarzmić. Myślałam, że rytuały to coś konkretnego - na coś konkretnego. A tu mówicie, że to bardziej o uziemieniu? To zmienia perspektywę. Ale mam pytanie - jak rozróżnić, że taki prosty rytuał coś robi, a nie że po prostu człowiek sam z siebie wraca do siebie po czasie?
No i tu jest pies pogrzebany. Szczerość - tego rozróżnienia często nie da się zrobić. Ale czy to ważne? Jeśli codzienny rytuał jest tym, co sprawia, że człowiek w ogóle siada i przez chwilę nie ucieka myślami, to czy naprawdę trzeba wiedzieć, skąd efekt? Mnie bardziej interesuje co ten rytuał robi ze strukturą dnia niż co robi 'metafizycznie'.
Nie zgadzam się z takim podejściem. Rytuał bez intencji to żaden rytuał, to tylko przyzwyczajenie. Jak myjesz zęby codziennie, to też jest powtarzalna czynność, ale nikt nie mówi, że to rytuał uziemiający. Intencja jest tu kluczowa. Kiedy byłam zagubiona po pewnych wydarzeniach, zrobiłam rytuał oczyszczenia przestrzeni i siebie - i to był świadomy akt, nie automatyczne działanie. Efekty były zupełnie inne niż gdybym po prostu 'siedziała w ciszy'.
Wchodzę w ten wątek, bo mi się to bezpośrednio teraz przyda. Ale chcę dopytać - Kabalisto, mówisz o rytuałach przejścia. Czy 'zagubienie' jest według ciebie stanem przejściowym w tym sensie? Bo mam takie poczucie, że ja jestem gdzieś pomiędzy - po czymś, ale nie wiem jeszcze przed czym. I właśnie to 'pomiędzy' najbardziej doskwiera.
Ale co konkretnie robić w tej liminalności? Bo ja słyszę dużo teorii, a nadal nie wiem od czego zacząć. Zapalić świecę i siedzieć - to rozumiem. Ale jak długo? Codziennie? Co mówić, myśleć, robić w tej ciszy? Bo mi ta cisza od razu ucieka w kółko tych samych myśli i nic z tego nie wynika.
Zgadzam się z Paprotką co do punktu zaczepienia, ale chciałam dodać perspektywę czakr, bo kiedy się jest zagubionym, często jest to blokada w czakrze korzeniowej - muladhara. To ona odpowiada za poczucie bezpieczeństwa, przynależności i zakorzenienia. Rytuały, które działają na ciało i na ziemię - kontakt z naturą, kamienie jak obsydian czy czarny turmalin, czy choćby chodzenie boso po trawie - często dają szybszy efekt niż te 'umysłowe'. Nie mówię, że jedno wyklucza drugie, ale jeśli ktoś jest totalnie zagubiony, praca z ciałem może być pierwszym krokiem, zanim wejdzie w cokolwiek bardziej złożonego.
A nie za szybko przeskakujemy do konkretnych recept? Bo tu się mówi o świecach, pisaniu, kamieniach, czakrach - a osoba zagubiona, zwłaszcza jeśli nie wie jeszcze co jej 'siedzi', może się tym wszystkim bardziej zagubić niż pomóc. Mam pytanie do tych, co przez to przeszli - jak wy w ogóle wiedzieliście, że dany rytuał był dla was odpowiedni? Skąd to wiadomo z góry?
Ale ile czasu trzeba dać rytuałowi zanim się oceni, że nie działa? Bo ja próbowałem kilku rzeczy i za każdym razem po tygodniu rzucałem, bo nie widziałem różnicy. A może po prostu za krótko?
Jest jeszcze jeden aspekt, który pomijamy. Kiedy ktoś jest zagubiony, często jest też w stanie, który w starszych tradycjach określano jako 'rozproszone qi' lub w terminologii greckiej jako 'akrasia' - niemoc działania. I wtedy problemem nie jest dobór rytuału, tylko samo podjęcie działania. Dlatego w niektórych tradycjach terapeutycznych - nie mówię tu o magii, ale o rytuałach przejścia stosowanych przez antropologów klinicznych jak Angeles Arrien - pierwszym krokiem jest zawsze coś fizycznego i bardzo prostego. Nie medytacja, nie wizualizacja, tylko konkretna czynność rąk. Lepienie gliny, zbieranie kamieni, układanie czegoś. To omija intelektualny opór.
Mnie uderzyło to co powiedział Kabalista o 'pomiędzy'. Ja myślałam, że to zły stan, z którego trzeba jak najszybciej wyjść. A tu wychodzi, że może lepiej jest się w nim jakoś zadomowić na chwilę, zamiast szarpać? Nie wiem czy dobrze to rozumiem. Czy rytuał ma pomagać z tego wyjść, czy raczej w tym trwać bez paniki?
Boże, ta rozmowa mi tyle daje, serio. Szczególnie to co piszecie o liminalności i o tym, żeby nie traktować zagubienia jako problemu. Właśnie tego mi brakowało - żeby ktoś powiedział, że to nie jest stan awaryjny, tylko po prostu etap. Mam pytanie - czy są jakieś rytuały, które można robić bez żadnych 'akcesoriów', bo mieszkam w akademiku i nie mam za bardzo przestrzeni ani możliwości palenia świec?
Ja miałam dokładnie ten dylemat i długo mi zajęło, zanim w ogóle przestałam się o to pytać. Dla mnie przełomem nie był żaden rytuał sam w sobie, ale moment kiedy zaczęłam coś notować. Dosłownie - co czuję zanim, co w trakcie, co po. Brzmi banalnie, ale kiedy masz to zapisane przez kilka tygodni, zaczyna wychodzić wzorzec. I wtedy wiesz, czy coś cię zakotwicza, czy tylko zajmuje głowę.
A jak długo u ciebie trwało zanim zobaczyłaś ten wzorzec? Pytam serio, bo mnie zawsze po kilku dniach odpuszcza motywacja i rzucam. Mam wrażenie, że jak nie ma efektu od razu, to zakładam, że coś jest nie tak.
To akurat nie jest paradoks, tylko kwestia tego, czym jest cel rytuału. Jeśli cel jest instrumentalny - zrobię X, żeby osiągnąć Y - to za każdym razem będziesz sprawdzał Y. Ale rytuał przejścia nie działa tak. On nie prowadzi do celu, on jest samym przejściem. Różnica jest zasadnicza. Kiedy sama przez to przechodziłam, musiałam przestawić myślenie z 'po co to robię' na 'co to dla mnie oznacza'. To zmieniło wszystko.
Eleonorka, ale jak to 'przestawienie' w praktyce wygląda? Bo brzmi prosto, ale u mnie głowa natychmiast wraca do oceniania. Czy to jest coś, co się przepracowuje samym powtarzaniem rytuału, czy potrzeba czegoś innego żeby w ogóle wejść w tę jakość skupienia?
To ciekawe co Karolcia mówi o ciele, bo ja ostatnio czytałam o tym, że w wielu tradycjach szamańskich rytuał zawsze zaczynał się od czynności fizycznej - bicie w bęben, taniec, nawet samo wejście w określoną przestrzeń w określony sposób. Jakby ciało musiało najpierw się przestawić, a dopiero po nim szło coś głębszego. Czy ktoś próbował czegoś takiego zamiast siedzenia w ciszy?
Ta uwaga Kabalistry o eurocentryzmie to ważna rzecz. Dużo tego co krąży w internecie na temat rytuałów jest albo zdecontextualizowane, albo przefiltorowane przez dość specyficzne założenia o tym czym medytacja 'powinna' być. Widziałam to wielokrotnie - ktoś przychodzi zagubiony i mówi 'próbowałam medytacji i nie działa', a potem okazuje się, że próbowała siedzieć nieruchomo i robić pustkę w głowie. Co jest jednym z wielu możliwych podejść, nie jedynym. A jak się nie siedzi dobrze w ciszy, to może po prostu ta forma nie jest dla tej osoby.
No właśnie, to jest mój problem. Cisza mnie dobija, kompletnie. Za każdym razem kiedy próbuję czegoś spokojnego, po trzech minutach mam w głowie listę zakupów i przypomnienia. Więc co - dla mnie rytuały po prostu nie działają? Serio pytam, bo zaczynam tak myśleć.
Ja tu głównie czytam, ale to pytanie Karolci mnie zatrzymało, bo zaczęłam się sama nad tym zastanawiać. U mnie to jest gotowanie - kiedy robię coś z przepisu krok po kroku, głowa naprawdę sieje i przestaję myśleć o wszystkim innym. Nigdy nie myślałam o tym jako o czymś bliskim rytuałowi, ale jak czytam tę rozmowę, to może to jest właśnie to? Trochę mi się miesza co jest rytuałem a co nie.
Ja mam podobnie jak Sasanka z gotowaniem, tylko u mnie to jest rysowanie mandal. Kompletnie przypadkowo odkryłam, że jak siedzę i rysuję te koncentryczne okręgi przez pół godziny, to wychodzę z tego w zupełnie innym stanie. Nigdy nie traktowałam tego jako rytuał, po prostu lubiłam to robić. A może od dawna robiłam coś, co działa, i dopiero teraz to nazywam?
Eleonorka, ale uważałbym z tym 'tylnym wejściem'. W tradycji hebrajskiej mamy pojęcie kawwanah - to jest ta intencja, skupienie, które powinno towarzyszyć działaniu. I tam jest dosyć wyraźne rozróżnienie między czynnością wykonaną z kawwanah i bez. Samo nadanie nazwy nie wystarczy, bo możesz nazwać coś rytuałem i robić to dalej bezrefleksyjnie. Pytanie do Mimoza63 - jak to wygląda u ciebie w środku, kiedy rysujesz? Jesteś gdzieś konkretnie myślami, czy właśnie nie jesteś?
Wchodzę tu bo mnie ta kawwanah zainteresowała. Kabalisto, chciałam zapytać - czy to pojęcie jest specyficzne dla tradycji żydowskiej, czy ma swoje odpowiedniki gdzieś indziej? Bo jak słyszę opis Mimozy, to mi to brzmi prawie jak to, co w buddyzmie nazywają sati - uważność skierowana na konkretne działanie.
Dobra, ale mnie to zaczyna gubić trochę. Bo z jednej strony słyszę, że rytuał wymaga intencji, z drugiej że jak jesteś za bardzo skupiony na celu, to nie działa. Jak to pogodzić? Mam mieć intencję, ale nie sprawdzać efektów - to jak to w ogóle działa?
Niezapominajka ujęła to lepiej niż ja bym potrafiła. Ja bym dodała tylko, że oczekiwanie w zasadzie cię wyrzuca z rytuału - jesteś w nim ciałem, ale głową jesteś już przy ocenianiu. I wtedy nawet jeśli coś się dzieje, to tego nie odbierasz, bo patrzysz w inne miejsce.
Okej, ale czy ktoś z was miał sytuację, że przez długi czas nic nie czuł, a potem nagle coś się zmieniło? Bo ja z tym gotowaniem, o którym mówiłam wcześniej - próbowałam kilka razy i za każdym razem po prostu gotowałam i tyle. Żadnego wyciszenia, żadnej zmiany. To może po prostu dla mnie nie ma wejścia przez gotowanie?
