Właśnie to 'przestałam sprawdzać' mnie zatrzymuje. Jak ktoś dopiero zaczyna, to to sprawdzanie jest chyba naturalnym etapem? Nie da się powiedzieć żeby ktoś po trzech tygodniach przestał weryfikować czy cokolwiek się dzieje. Więc może to nie jest kwestia czasu, tylko jakiegoś wewnętrznego przesunięcia?
Przy runach miałam dokładnie ten moment co Zdzislawa opisuje. Przez długi czas po każdym losowaniu runo szukałam potwierdzenia w ciągu dnia. Jak wyciągnęłam Hagalaz to obserwowałam czy coś się rozpadnie. I w pewnym momencie przestałam - nie dlatego że przestałam wierzyć, ale że losowanie samo stało się wystarczające. Trwało to może kilka miesięcy zanim to poczułam. Ale nie wiem czy każdy przechodzi przez to samo.
Właśnie, i to jest ta wartość notatek której się nie spodziewałem na początku. Nie chodziło o to, żeby udowodnić sobie że numerologia działa. Chodziło o to, że po kilku miesiącach miałem dowód własnego przesunięcia. Widziałem jak moje notatki z pierwszych tygodni są inne od tych późniejszych. Nie treścią, tylko sposobem patrzenia.
O, to z wątpliwościami to coś nowego dla mnie. Zawsze myślałam że w notatkach do praktyki powinny być tylko pozytywne obserwacje, żeby nie 'zaprzątać' sobie głowy negatywami. Ale może właśnie przez to moje notatki z afirmacji wyglądają wszystkie tak samo i nic z nich nie wynika po kilku tygodniach.
Ten wątek z notatkami jest dla mnie nieoczekiwanie pomocny, bo sama nigdy tego nie robiłam. Myślałam że notatki to dla bardziej systematycznych ludzi, a ja jestem raczej intuicyjna. Ale może właśnie dlatego moje krótkie praktyki są takie nieuchwytne - nie mam żadnego śladu po nich.
Ten wątek o notatkach to ciekawa ilustracja czegoś szerszego. W tradycjach astrologicznych jest pojęcie 'electional chart' - horoskop wyboru momentu na działanie. Krótka praktyka bez żadnej formy utrwalenia jest jak działanie bez wybranego momentu - dzieje się, ale nie zostawia śladu który można by potem przeczytać. Notatka tworzy czas, daje praktyce kotwicę. Pytanie do Wezuwianit53 - co konkretnie robisz w tej pięciominutowej medytacji? Bo od tego zależy co w ogóle warto zapisywać.
To pytanie Wezuwianit53 jest właśnie sednem całej tej dyskusji, bo nie padło wprost przez sto postów. Gdzie jest granica między rytualem a pauzą? Bo jeśli jej nie ma, to tytuł wątku jest pytaniem o to, czy pauzy liczą się jako praktyki. A to już inna rozmowa.
Słucham tej wymiany o granicy między rytualem a pauzą i uświadamiam sobie, że moje 'praktyki z czakrami' to prawdopodobnie mieszanka obu. Raz to jest naprawdę intencjonalne, innym razem siadam bo mam pięć minut i chcę się uspokoić. I nigdy tego nie rozróżniałam. To może być powód, dla którego nie wiem co właściwie buduję.
I właśnie to rozróżnienie, które Przemko zrobił, jest dla mnie nowe - że ta sama minuta może być rytualem albo pauzą zależnie od tego, z czym do niej siadasz. Nigdy tak na to nie patrzyłam. Teraz się zastanawiam czy moje poranki z czakrami w ogóle mają ten rytm o którym mówił, czy to jest po prostu codzienne wyciszenie przykryte etykietką praktyki.
Ten wątek z definicją rytuału kontra pauza zaczyna być ciekawszy niż tytuł wątku. W tradycjach pracy z czakrami jest całe spektrum - od bardzo sformalizowanych sekwencji po coś co praktycznie jest tylko świadomym oddechem. I nikt nie twierdzi, że jedno jest 'prawdziwsze'. Ale jest różnica między świadomym oddechem a medytacją, nawet jeśli trwają tyle samo. Ta różnica nie jest w minutach, tylko w tym co się wnosi do tej przestrzeni.
To z tym 'domknięciem' mnie zatrzymuje. Jak to fizycznie wygląda? Bo ja robię krótką praktykę z numerologią rano, patrzę na swoją liczbę dnia, chwilę siedzę - i nie wiem czy mam to jakoś aktywnie kończyć, czy to samo się kończy. Zdzislawa pisała wcześniej o tym że przestała sprawdzać, ale ja jeszcze na tym etapie jestem.
Tadek, to domknięcie to nie jest coś co musisz z zewnątrz nałożyć na praktykę. U mnie przez długi czas wyglądało to tak, że po prostu wstawałam i to był znak końca. Z czasem ten znak stał się bardziej wewnętrzny - jakieś poczucie że 'ok, to tyle'. Trudno to precyzyjniej opisać, bo to nie jest myśl, bardziej wrażenie zatrzymania.
Mnie to domkniecie z runami przyszło samo jak zaczełam je odkładać zawsze w to samo miejsce. Serio, taki głupi gest - wkładam runę do woreczka i to jest koniec. Nie wiem kiedy to stało sie sygnałem ale teraz bez tego czuje że coś wisi w powietrzu cały dzień. Więc może domknięcie to wcale nie jest wewnętrzne uczucie, może to jest po prostu gest.
Dobra ale to idzie w kierunku, który chyba trochę komplikuje temat wątku. Bo jeśli każdy rytuał potrzebuje tego 'opakowania', to minutowa praktyka bez opakowania w ogóle nie jest rytuałem. Czyli pytanie z tytułu odpowiada się samo: nie, nie liczą się, bo nie są rytuałami. Chyba że naprawdę masz opakowanie w minutę.
Właśnie to jest coś, co chcę sprawdzić u siebie. Bo moja afirmacja rano - wchodzę w nią od razu po przebudzeniu, bez żadnego 'wejścia', i kończę jak skończy się tekst. Żadnego gestu, żadnego domknięcia. I teraz rozumiem czemu potem w ciągu dnia to wszystko jest takie nieuchwytne jak pisałam. To nie jest rytuał, to jest recytacja.
Ten wątek o obecności w trakcie jest trochę podobny do tego co opisywałem z numerologią - nie pamiętam pierwszych tygodni notatek bo pisałem mechanicznie. Dopiero jak zacząłem się zatrzymywać przed zapisaniem, nawet na pół minuty, to te notatki zaczęły cokolwiek znaczyć. Może ta kwestia obecności jest ważniejsza niż długość i czy to jest 'prawdziwy rytuał' czy nie.
Wracając trochę do pytania z tytułu, bo dyskusja o obecności i oprawieniu jest dobra, ale gubi nam główny kontekst. Minutowe praktyki mają sens tylko wtedy, gdy są częścią większego cyklu - tak samo jak tranzyt planety ma znaczenie w kontekście całego horoskopu, nie jako izolowane zdarzenie. Pojedyncza minuta bez ciągłości to fragment, nie praktyka. Ale minuta jako stały punkt dnia, powtarzany przez tygodnie - to już jest coś, co buduje własną geometrię. Nie mówię, że bez dłuższych sesji nic nie osiągniesz, tylko że izolowane minuty to inna rozmowa niż minuty jako rdzeń regularnej struktury.
Czarnobog57, a ta 'geometria' którą budują powtarzane minuty - po jakim czasie to zaczyna działać? Bo rozumiem że nie ma odpowiedzi na tydzień, ale czy to jest miesiąc, kilka miesięcy? Pytam bo mam wrażenie że jak zaczynam nową praktykę, to zawsze w którymś momencie ją porzucam zanim ta regularność się utrwali i nie wiem czy to dlatego że za krótko, czy że za mało.
To z tym miejscem i gestem powraca kilka razy w tym wątku i mam wrażenie że to jest naprawdę istotna rzecz, którą łatwo pominąć przy rozmowie o minutowych praktykach. Skupiamy się na długości, a może kluczowe jest przestrzeń - fizyczny punkt w domu i gest, który sygnalizuje ciału że 'to teraz'. To mogłoby wytłumaczyć czemu jedni mają skuteczne pięciominutowe praktyki a inni godzinne sesje bez efektu.
To co Edek pisze o przestrzeni fizycznej - nie mam z tym sporu, ale mam wrażenie że to nie jest warunek konieczny dla krótkich praktyk. Znam ludzi którzy robią to samo w pracy, w tramwaju, w kuchni i działa. Nie chodzi o miejsce, chodzi o to żeby głowa wiedziała że zaczyna i kończy. Miejsce może w tym pomagać, ale czy jest niezbędne?
To pytanie Nekromanty o warunek konieczny jest ważniejsze niż się wydaje. W kontekście rytuałów mamy dwa podejścia - jedno mówi że przestrzeń sakralna jest konstytutywna dla rytuału, drugie że rytuał tworzy przestrzeń sakralną wszędzie tam gdzie jest wykonywany. Te dwa podejścia mają konsekwencje dla całej dyskusji o minutowych praktykach. Jeśli przyjmiemy to pierwsze, to bez przygotowanego miejsca nie ma rytuału. Jeśli drugie - to nawet pięć sekund przy biurku może być pełnoprawną praktyką.
Dobra, wracam do tego miejsca bo sam poruszyłem temat i chcę dopytać - mówię o miejscu nie w sensie specjalnego ołtarza z kadziłem, ale o jakimś powtarzalnym punkcie w przestrzeni. Może to być fotel, może okno, może róg stołu. Chodzi mi o to że ciało zapamiętuje miejsca i samo przechodzi w inny tryb. Czy ktoś to sprawdzał świadomie, to znaczy specjalnie wybrał jedno miejsce do krótkich praktyk i obserwował czy robi różnicę?
Autosugestia czy nie - jeśli działa to czy to ma znaczenie jak to nazwać? Mnie bardziej zastanawia czy da się to zbudować szybciej niż przez miesiące. Bo jeśli to ciało zapamiętuje miejsce przez regularność, to minutowe praktyki muszą być BARDZO regularne żeby to w ogóle zadziałało. A o regularność tu najtrudniej.
Nie zeruje. Z tego co obserwuję u siebie i u innych - przerwy nie kasują całej pamięci praktyki, one tylko tworzą szum. Po przerwie wracasz wolniej do tego stanu niż ktoś kto jest w ciągłości, ale szybciej niż byłeś na początku. To nie jest liniowe. Ale Nebularia, mam pytanie - co powoduje te tygodniowe dziury, bo to może być bardziej konkretny problem do rozwiązania niż samo pytanie o regularność.
To co Nebularia opisuje - że praktyka wydaje się czymś na co trzeba mieć siłę - to jest chyba jedno z bardziej powszechnych pułapek. I to też odpowiada na pytanie z tytułu wątku pośrednio. Minutowa praktyka działa tylko jeśli jej próg wejścia jest naprawdę niski. Jeśli psychicznie traktujesz ją jako zadanie, które wymaga zasobów, to zawsze będzie pierwsza do wyrzucenia przy zmęczeniu. Jak to zmienić - nie wiem czy jest jedna odpowiedź, ale u mnie pomogło oddzielenie praktyki od oczekiwań wobec niej.
To oddzielenie praktyki od oczekiwań - czy możesz rozwinąć co to znaczy w praktyce? Bo ja ciągle mam z tyłu głowy 'no i co z tego wyniknie', i może to jest właśnie ten ciężar który sprawia że odkładam.
Ja mam podobnie do Rozalinki. Zaczynam coś z kamieniami albo z oddechem, i po chwili zaczynam oceniać czy to 'wystarczająco dobrze'. I potem przestaję bo czuję że robię to źle. Zdzislawa, masz rację że to jest pułapka, ale jak w ogóle wejść w coś bez oceniania? To znaczy - jak to zrobić nie tylko w teorii?
