I tutaj chyba wrócimy do sedna całego wątku, bo przy minutowych praktykach to rozróżnienie ma praktyczne znaczenie. Jeśli rytuał to tylko mechanizm uwagi, to minuta wystarczy. Jeśli jest coś więcej, to minuta może być za mało żeby to 'coś więcej' w ogóle zaistniało. Albo może być wystarczająca jeśli ten sygnał wejściowy jest tak wyrobiony że to co po nim następuje jest od razu pełne. Nie wiem jak to rozstrzygnąć.
To co Kosma napisał jest dla mnie ważne bo właśnie tutaj jest ta granica między rytualną formą jako strukturą a rytuałem jako stanem. Forma można skompresować. Stan niekoniecznie. Ale z mojego doświadczenia - stan można się nauczyć wchodzić bardzo szybko, właśnie przez formę. Nie zawsze, nie każdego dnia, ale ta droga jest dostępna. Minutowy rytuał który jest wyłącznie formą bez stanu to trochę jak koperta bez listu. Może i jest, ale nie wiem po co.
Zdzislawa, to porównanie z kopertą i listem to bardzo trafia. Ja mam wrażenie że przez długi czas robiłam właśnie koperty. Forma była, kamienie na miejscu, świeczka, to co zawsze - a środka nie było. I nie bardzo umiałam tego zmienić bo nie wiedziałam czego szukać. Teraz jest inaczej, ale nadal nie potrafię powiedzieć co się zmieniło. Bardziej chyba to że przestałam się starać żeby było 'dobrze'.
Alinka92, nie wiem czy dobrze to opiszę, ale postaram się. U mnie to nie było żadne ćwiczenie ani technika. Po prostu w pewnym momencie przestałam oczekiwać że coś poczuję i zaczęłam po prostu być przy tym co robię. Nie 'próbować być', tylko być. To brzmi banalnie, wiem, ale różnica była wyraźna. Jakby wcześniej stałam obok rytuału i patrzyłam czy działa, a potem po prostu w nim byłam. Nie umiem powiedzieć skąd to przyszło, naprawdę.
To co Saturnella.2 mówi o skupieniu na konkretnym szczególe to chyba ma sens fizjologicznie. Jak masz bardzo wąski punkt skupienia uwagi to po prostu nie ma miejsca na równoległe myślenie o efekcie. Przy długich sesjach łatwiej to osiągnąć bo czas robi swoje, ale przy minutowych praktykach ten jeden konkretny detal może być właśnie tym co 'wciąga' do środka. Mam podobnie z kamieniami - jak skupiam się na temperaturze w dłoni to reszta odpada.
Słucham tego i mam wrażenie że wszyscy opisujemy różne drogi dojścia do tego samego miejsca. Saturnella.2 idzie przez kształt runy, Edek przez temperaturę kamienia, Tadek wcześniej przez dźwięk gongu. To są kotwice, ale różne rodzaje kotwic - dotykowe, wzrokowe, słuchowe. I pytanie które mnie od jakiegoś czasu chodzi po głowie: czy to znaczy że sam rodzaj kotwicy jest nieistotny i liczy się tylko to że istnieje, czy jednak różne typy wejść prowadzą do różnych stanów?
Kwestia różnych typów sensorycznych wejść do rytuału jest zresztą dość dobrze opisana w literaturze ceremonialnej. W Golden Dawn na przykład systemy korespondencji obejmują wszystkie zmysły jednocześnie - kolor, zapach, dźwięk, gest - właśnie po to żeby wejście było wielokanałowe i żaden zmysł nie dominował. Ale to jest logika długich ceremonii. Przy minutowej praktyce nie masz czasu na wielokanałowość, więc siłą rzeczy wybierasz jedno wejście. I może to nie jest wada tylko ograniczenie które wymaga innej strategii.
Przemko dotknął czegoś istotnego. W tradycji ceremonialnej wielokanałowość sensoryczna nie jest ozdobą, tylko metodą synchronizacji różnych warstw świadomości. Każdy zmysł aktywuje inną część psychiki, a rytuał ma za zadanie zebrać te części razem. Przy jednym kanale wchodzisz niepełny, że tak powiem. Ale - i to jest kwestia której nie chcę zamiatać pod dywan - niektóre tradycje wchodziły przez jeden kanał bardzo świadomie. Zen kōan to jest właściwie brutalne zawężenie do jednego punktu. Tyle że tam to nie jest minutowa praktyka, to jest często wiele lat.
A mnie zastanawia coś innego w tym co Przemko napisał o wielokanałowości. Jeśli każdy zmysł aktywuje inną część psychiki, to czy możliwe że jedna bardzo intensywna kotwica sensoryczna - powiedzmy bardzo mocny zapach albo bardzo głośny dźwięk - mogłaby zastąpić kilka słabszych? Czy to nie działa tak liniowo?
Czytam tę wymianę i mam mieszane odczucia. Z jednej strony to wszystko brzmi spójnie i interesująco, z drugiej - zaczynam się zastanawiać czy nie za bardzo komplikujemy coś co może być proste. Bo to co Rozalinka63 opisała, to 'bycie przy tym co się robi', to nie wymaga teorii o modalnościach sensorycznych. Może po prostu jest jakiś próg obecności który albo przekraczasz albo nie, i to jest ważniejsze niż wszystko inne?
Wezuwianit53 mówi coś ważnego i nie chcę żeby to zginęło w tym wątku. Bo faktycznie - dyskutujemy o mechanizmach a to może być pójście za daleko. Próg obecności którego ona używa to chyba jest w istocie to samo co ja wcześniej próbowałam opisać jako stan versus forma. Mechanizmy pomagają przekroczyć próg, ale to próg jest punktem. I on może być przekraczany przez minutę, przez sekundę, albo nie być przekroczony przez godzinę. Długość nie jest zmienną wystarczającą.
Mogę wejść z trochę innej strony? Bo patrzę na to co tu piszecie i myślę o rytmie, nie o długości. W numerologii dużo pracuje się z cyklami i powtórzeniem, i zauważyłem że regularność minutowej praktyki o tej samej porze dnia robi coś innego niż ta sama minuta wykonana przypadkowo. Jakby regularność budowała coś w czasie, czego pojedyncza długa sesja nie buduje. Czy ktoś ma podobne odczucia z innych tradycji?
I właśnie wróciłam - tzn. wróciłem - do punktu wyjścia całego wątku. Zdzislawa pytała na początku czy minutowe praktyki w ogóle cokolwiek znaczą, i po tej całej dyskusji mam wrażenie że pytanie było postawione odwrotnie. Nie 'czy minuta wystarczy zamiast godziny', tylko 'co buduje minuta czego nie buduje godzina' - i tu są odpowiedzi. Regularność, kotwica, próg obecności. Godzina ma swoje zalety, minuta ma swoje. To nie jest ta sama skala.
No i Kosma podsumował to bardzo ładnie, ale mi zostało jedno pytanie bez odpowiedzi. Bo ta ścieżka o której mówiłem - ona się tworzy przez regularność, zgoda. Ale Tygrysica pytała czy wygasa. I ja szczerze nie wiem. W tradycji thelema jest coś takiego jak 'magical record' - dziennik praktyk - właśnie po to żeby nie tracić ciągłości nawet jeśli się robi przerwy. Jakby zapis sam w sobie podtrzymywał ścieżkę. Ale czy to działa bez zapisu, czysto przez pamięć ciała? Nie mam pewności.
Wiem że to może brzmiec troche dziwnie ale ja to czuje bardzo fizycznie kiedy wracam do run po przerwie. Jakby pierwsze kilka sesji to jest taki ruch przez opór, a potem sie odtkuje. Nie wiem czy to jest ta 'ścieżka' czy moje własne opory psychiczne, ale fizycznie jest różnica. I to mi mowi więcej niż teoria.
Czytam tę wymianę o oporze i myślę że może wracamy do czegoś co Zdzislawa i ja próbowałyśmy powiedzieć wcześniej, tylko od innej strony. Ten 'opór' który Saturnella.2 opisuje - czy on nie jest po prostu brakiem obecności? Że ciało jest, intencja jest, ale ta warstwa uwagi jeszcze nie doszła? I wtedy może nie chodzi o to czy minuta czy godzina, tylko o to kiedy ta uwaga faktycznie przybywa.
Wracam tu po chwili przerwy i mam wrażenie że doszliśmy do czegoś co jest bliskie odpowiedzi, choć może nie takiej jaką bym sformułowała na początku. Minuta się liczy - ale nie jako minuta, tylko jako moment wejścia. I to wejście zależy od historii, od kotwicy, od regularności, od tego czy uwaga jest w stanie przyjść szybko. Dla kogoś z wyrobioną ścieżką minuta może robić więcej niż godzina u kogoś kto zaczyna od zera. To mnie prowadzi do pytania które mnie nurtuje od jakiegoś czasu - czy minutowe praktyki nie są może lepsze do podtrzymywania niż do budowania czegoś nowego?
To co Zdzislawa napisała na końcu wydaje mi się ważne i w numerologii widzę to podobnie. Cykle podtrzymujące i cykle inauguracyjne to nie to samo - mają inną energię, inny rytm. Minutowa praktyka codziennie o tej samej porze to podtrzymywanie rytmu. Godzinny rytuał raz na jakiś czas to może być wejście w nowy cykl. I jedno nie zastępuje drugiego, bo są do różnych rzeczy. Ale teraz mam pytanie do Nekromanty albo Czarnobog57 - czy w tradycjach ceremonialnych też jest to rozróżnienie, czy robię tu własny konstrukt?
