Słucham tego i... właściwie może to wystarczy? Tzn. nie o dowód mi chodziło w sensie naukowym. Chodziło mi o to, że jak nie mam żadnego sygnału zwrotnego, to robienie czegokolwiek w kółko staje się absurdalne. Notatki mogą być właśnie tym sygnałem, nawet jeśli nie są dowodem.
To co mówisz trafia w coś ważnego - różnica między weryfikacją a orientacją. Weryfikacja wymaga kontroli, orientacja potrzebuje tylko punktów odniesienia. Dla praktyki, szczególnie krótkiej, to drugie w zupełności wystarczy. I właśnie minutowe rytuały, jeśli się je notuje, mogą dawać bardzo gęstą siatkę takich punktów.
Chcę tu trochę skomplikować, bo ta rozmowa o notowaniu zrobiła się bardzo psychologiczna, a warto spojrzeć na to od strony tradycji. W hermetyce dziennik magiczny - tzw. magical record - to nie jest opcja, to jest wymóg. Crowley był w tym bardzo systematyczny, podobnie Regardie. Ale ich celem nie było 'sprawdzenie, czy coś działa' w sensie mierzenia samopoczucia. Chodziło o to, żeby zobaczyć, jak zmienia się operator przez czas - a to jest coś innego niż szukanie korelacji z wydarzeniami zewnętrznymi.
Słuchajcie, wychodzimy trochę od pytania z początku - czy minutowe praktyki mają sens. Mam wrażenie, że przez całą tę rozmowę wszyscy doszliśmy gdzieś do wniosku, że tak, ale pod warunkami. I teraz rozmawiamy o notatkach, które są jednym z tych warunków. Ale jest jeszcze jeden wątek, który pojawił się i zniknął - co z rytualną formą? Czy minutowa praktyka musi mieć jakiś schemat, czy może być za każdym razem inna?
O, to jest dobre pytanie. Bo ja właśnie zmieniałam różne rzeczy w tej samej praktyce i nie wiem, czy to jej szkodzi, czy nie ma znaczenia. Tzn. ta sama intencja, ale raz ze świecą, raz bez, raz z konkretnym gestem, raz po prostu siedząc cicho.
To jest pytanie o to, czy rytuał jest zapisem czy naczynikiem. Jeśli jest zapisem - jak runy - to zmiana formy to zmiana treści. Jeśli jest naczynikiem, to liczy się co do niego wkładasz, nie kształt naczynia. I nie da się tego ustalić ogólnie, bo różne tradycje mają tu różne odpowiedzi.
Dziękuję Kosmie za to rozróżnienie - zapis kontra naczynie, to mi dużo wyjaśnia. Ale wracając do tego co mówiłam o zmienianiu formy - to jest właśnie mój problem z minutowymi praktykami. Jak mam mało czasu, to automatycznie upraszczam. I nigdy nie wiem, czy ta uproszczona wersja to nadal to samo, czy już coś innego. Szczególnie przy afirmacjach - czy jak zmieniam słowa, bo akurat nie pamiętam dokładnego brzmienia, to czy to działa tak samo?
To pytanie o czakry jest ciekawe, bo jest tu coś, co dotyczy wszystkich krótkich form. Skrócony rytuał ma sens tylko wtedy, gdy wcześniej przeszedłeś przez długą formę wystarczająco wiele razy, żeby skrót był pełnowartościowy - tzn. żeby twój system nerwowy i uwaga wiedziały, dokąd idą, nawet jak nie przechodzisz całej drogi. To jest jak skrót na mapie, który znasz tylko dlatego, że wcześniej jeździłeś długą trasą. Dla kogoś kto nie zna terenu, skrót jest ślepą uliczką.
Właśnie o to chciałam zapytać, bo czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że moje 'minutowe praktyki' to w ogóle nie są praktyki, tylko próby. Robię medytację na czakry od kilku tygodni, ale ciągle zmieniam długość, kolejność, technikę. Nigdy nie przeszłam żadnej z tych form wystarczająco długo, żeby w ogóle móc powiedzieć, że ją 'znam'. Więc czy to, co mówi Kosma, oznacza, że najpierw muszę się zatrzymać na jednej formie i dopiero potem skracać?
Tu wchodzi coś, o czym nie rozmawialiśmy - kwestia sekwencji. To nie jest tak, że albo długa forma, albo krótka. Pytanie jest o to, kiedy w ogóle ma sens przejście do skróconej wersji. I Kosma ma rację, że ten skrót musi mieć za sobą coś konkretnego, żeby działał. Ale to nie znaczy, że Anusia powinna porzucić całą praktykę - raczej że warto przez jakiś czas trzymać się jednej formy, zanim zacznie się kombinować z wariantami.
Słuchałam tej dyskusji o skrótach i mam jedno pytanie do Kosmy albo Zdzislawy - ile to jest 'wystarczająco wiele razy'? Tzn. rozumiem zasadę, ale w praktyce jak to wygląda? Czy to jest kwestia tygodni, miesięcy, czy po prostu wiesz w pewnym momencie, że możesz skracać?
u mnie z runami to było tak że przez pierwsze pół roku w ogóle nie skracałam nic. każda runa osobno, pełny czas, pełna uwaga. dopiero potem zaczęłam łączyć i skracać i wiedziałam że to nadal to samo bo czułam ciągłość. jak ktoś od razu zacznie od krótkich form to nie ma tego punktu odniesinia i nie wie nawet że mu czegoś brakuje
Właściwie ta rozmowa o ciągłości cały czas kręci się wokół czegoś, co mnie nurtuje od początku wątku - czy minutowe praktyki mogą być sensowne dla kogoś, kto nie ma jeszcze tej bazy, o której mówi Kosma? Bo wychodzi na to, że krótka forma jest dobra dla doświadczonych, a dla początkujących to może być bardziej szkodliwe niż brak praktyki, bo daje złudzenie, że coś się robi.
To jest teza warta rozwinięcia, ale nie do końca się z nią zgadzam. Złudzenie robienia czegoś jest problemem tylko wtedy, gdy powoduje brak motywacji do pogłębienia. Jeśli ktoś robi minutową praktykę i to sprawia, że w ogóle zaczyna eksplorować, to wartość inicjująca jest realna, nawet jeśli efekt rytualny jest na razie zerowy. Hermetyczna zasada stopniowania - od prostego ku złożonemu - nie wyklucza zaczynania od form skróconych, ale wymaga świadomości, że to tylko wejście, nie cel.
Właśnie - i tu wchodzi kwestia intencji przy wejściu. Jak ktoś traktuje minutową praktykę jako trampolinę, to ma to sens. Jak traktuje ją jako pełnoprawną alternatywę dla dłuższej pracy, to w pewnym momencie trafi na sufit. Widziałem to przy rytuałach solarnych - ludzie rozkładają wersję skróconą na lata i potem dziwią się, że nie ma progresji.
Dorzucę perspektywę z astrologii - cykliczność tu mocno pomaga w ocenie. Jak śledzisz praktykę w kontekście cykli księżycowych albo pór roku, to te 'suche' okresy często mają wyraźny korelat w transytach. Zatrzymanie się przy Saturnie nad czymś osobistym to nie stagnacja, to akurat właściwy czas na przetrawianie, nie na progresję. Może to dlatego minutowe praktyki w pewnych momentach mają więcej sensu niż rozbudowane - bo to wtedy odpowiada potrzebie chwili.
Chciałam tylko dodać, że dla mnie minutowe praktyki zaczęły mieć sens dopiero, kiedy przestałam oceniać czy 'działają'. Robię krótkie rzeczy z przedmiotami - tylko tyle, że trzymam coś w ręku i skupiam się przez chwilę - i nie wiem czy to rytuał czy nie. Ale zmienia mi nastawienie na resztę dnia. Czy to wystarczy? Nie wiem, ale nie rezygnuję.
To co powiedziała Rozalinka63 i Zdzislawa na koniec jest ciekawe, ale mam z tym pewien problem. 'Zmienia nastawienie i nie rezygnuję' - to brzmi jak uzasadnienie dla każdej praktyki, niezależnie od jej rzeczywistej wartości. Jeśli ktoś przez rok robi minutowe rzeczy i nie rezygnuje, ale też nie pogłębia - to sukces czy stagnacja? Serio pytam, bo nie wiem jak to odróżnić.
Ale jak ktoś nie ma jeszcze tego punktu odniesienia - czyli tej dłuższej formy - to w ogóle nie wie, czego szukać przy powrocie. To jest ten problem, o którym mówiłam wcześniej. Saturnella wie co sprawdzać, bo wcześniej przez pół roku robiła to po bożemu. A ktoś, kto zaczął od skrótów, nie ma skali porównawczej.
Malachitka porusza coś, co ma swoją nazwę w tradycji - chodzi o to, że każda skrócona forma rytuału jest de facto referencją do formy pełnej. W astrologii wygląda to tak samo - skrócona analiza horoskopu ma sens tylko dla kogoś, kto wie, co pomija. Dla kogoś bez tej wiedzy skrót nie jest skrótem, tylko czymś innym. Ale tu pojawia się pytanie: czy 'coś innego' jest bezwartościowe, czy ma po prostu inną wartość?
Anusia, to jest dobre pytanie i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Ale powiem ci jak to widzę z własnej perspektywy - robiłam przez lata dużo rzeczy bez pełnej bazy i część z nich okazała się sensowna dopiero z perspektywy czasu, kiedy baza w końcu była. Nie wszystko wymaga pełnego przygotowania żeby zostawić ślad. Pytanie jest inne - czy wiesz, że to co robisz jest wstępem do czegoś głębszego, czy traktujesz to jako docelową formę?
Ja mam podobne rozterki co Anusia i właśnie dlatego to pytanie mnie zatrzymało. Bo jak słucham tej rozmowy, to wychodzi, że minutowe praktyki albo są dla zaawansowanych jako skróty, albo są 'czymś innym' dla początkujących. Ale nikt nie powiedział wprost, czym to 'coś innego' jest. Czy to jest sensowna inicjacja w temat, czy trochę kręcenie się w kółko?
Przy numerologii mam podobne doświadczenie. Przez długi czas robiłem tylko jedno - rano sprawdzałem wibrację dnia i wieczorem zapisywałem trzy zdania o tym, co się wydarzyło. Brzmi banalnie, ale po kilku miesiącach zacząłem widzieć wzorce, których bym nie wychwycił bez tej regularności. Nie byłem wtedy w stanie robić nic więcej, a te trzy minuty dziennie okazały się konkretną bazą danych.
Właśnie ten błąd potwierdzenia jest chyba największym problemem przy krótkich praktykach. Robisz minutę skupienia, czujesz że 'coś jest', i potem interpretujesz resztę dnia przez ten filtr. Przy rytuałach solarnych widziałem to wielokrotnie - ktoś robi pięciominutowy rytuał przy wschodzie, a potem każdą pozytywną rzecz przypisuje temu rytuałowi. To nie jest weryfikacja, to jest post-hoc uzasadnianie.
Słucham tej dyskusji o błędzie potwierdzenia i myślę, że to może być prawda, ale nie przeszkadza mi to aż tak. Bo ja nie robię krótkich praktyk po to, żeby coś udowodnić - robię je, żeby się zatrzymać. I nawet jeśli to potwierdzenie jest złudzeniem, to to zatrzymanie jest realne. Może to za mało z punktu widzenia rytuału, ale z punktu widzenia codzienności - dla mnie ma wartość.
Ale ile czasu ma to zająć zanim zacznie cokolwiek realnie działać? Czytam tę rozmowę od początku i wychodzi mi, że przez pierwsze miesiące to właściwie jest tylko trening uwagi a nie prawdziwy rytuał. Czy naprawdę nie da się szybciej?
Nebularia, to jest uczciwe pytanie i rozumiem skąd się bierze. Ale sama nie wiem, czy jest jeden moment. U mnie to było bardziej jak... przestałam sprawdzać czy 'działa'. I to nie było rozleniwienie, tylko że przestałam potrzebować dowodu przy każdym krótkim rytuale. Nie wiem czy to jest ten moment o który pytasz, ale coś się wtedy zmieniło.
