To z ocenianiem w trakcie to jest znany problem w każdej praktyce i szczerze mówiąc nie ma na to skrótu. Musisz wielokrotnie złapać się na ocenianiu i wielokrotnie wrócić. Z czasem przerwy między łapaniem się a wracaniem się skracają. Minutowe praktyki akurat dobrze się do tego nadają bo nie masz kiedy długo błądzić w ocenianiu.
Tadek ma punkt, ale Czarnobog też. One się nie wykluczają. Krótka praktyka może być wystarczająca dla tego co robi codziennie, ale nie zastąpi głębszego wejścia raz na jakiś czas gdzie naprawdę możesz zobaczyć co się dzieje w środku. To wróci do tego co Czarnobog57 mówił wcześniej o geometrii - minuty budują coś, ale potrzebują od czasu do czasu czegoś dłuższego żeby ta geometria miała sens.
I tu właśnie jest pytanie które mnie nurtuje od początku tego wątku - czy ktoś świadomie łączy te dwa tryby? To znaczy regularne minutowe praktyki plus rzadsze, dłuższe sesje, i celowo to tak skonstruował? Bo ja to robię trochę przypadkowo - mam codzienne krótkie rzeczy z kamieniami i raz na jakiś czas dłuższą medytację - ale nigdy nie traktowałem tego jako system. Ciekawi mnie czy można to zaprojektować.
Wchodzę w to pytanie Edka, bo sam się nad tym zastanawiam od dawna. Chyba różnica jest w tym czy jesteś obecny zanim zaczniesz, czy dopiero w trakcie albo wcale. Przyzwyczajenie można zrobić myśląc o czymś innym od początku do końca. Praktyka wymaga choćby chwili intencji na wejściu.
Ale jak w praktyce sprawdzić czy intencja jest żywa czy tylko wymawiana? Bo to brzmi jak coś co można sobie wmówić w obie strony. Mogę sobie powiedzieć że jest żywa i tak to czuję, a i tak robię to na autopilocie.
To co Czarnobog pisze o ciele jako detektorze - to mi jakoś trafia. Bo ja często zastanawiam się czy robię to dobrze i teraz myślę że może właśnie dlatego zwracam uwagę nie tam gdzie trzeba. Nie na myśl tylko na to co dzieje się z oddechem albo z ramionami. Nigdy tak nie patrzyłam na to.
Anusia, i tu jest coś ważnego - to przestawienie uwagi z 'czy dobrze' na 'co czuję' samo w sobie jest już wejściem w praktykę. Dlatego minutowe rzeczy mogą być wystarczające jeśli ta jedna minuta jest naprawdę w ciele a nie w głowie oceniającej. Trzydzieści sekund w ciele robi więcej niż pięć minut sprawdzania czy się robi dobrze.
Okay ale to jest łatwiej powiedzieć niż zrobić. Jak mam pięć minut rano i siedzę z kartą tarota to głowa i tak zaczyna oceniać. Mam to po prostu wyłączyć? Jakby to było takie proste to bym nie pisała o swoich problemach z regularnością tutaj.
Kwestia alarmu w telefonie to dla mnie był realny problem przez długi czas. Zamieniłem go na coś bardziej stopniowego - aplikacja która przez ostatnie dwadzieścia sekund robi ściszający dźwięk zamiast wyłączyć go gwałtownie. I jakoś te minuty są teraz pełniejsze. To głupie że takie coś ma znaczenie ale ma.
Czytam ten wątek od dawna i dopiero teraz chcę coś dodać, bo ta rozmowa o wyjściu z praktyki coś mi uświadomiła. Ja kończę zawsze tak samo i trochę byle jak - odkładam kamień, wstaję i już. Nie ma żadnego zamknięcia. I może dlatego te sesje nie czują się jak coś skończonego, tylko jak przerwa w czymś innym.
to z tym jednym celowym działaniem na koniec - czy to musi być zawsze to samo, czy może być różne za każdym razem? Bo zastanawiam się czy nie chodzi właśnie o stałość tego gestu żeby umysł go rozpoznał jako sygnał końca.
Stałość gestu ma sens, ale tylko jeśli ten gest nie stanie się kolejnym automatem. Widziałem to u siebie - robiłem trzykrotny oddech na zakończenie tak długo że przestał cokolwiek oznaczać. Musiałem go zmienić i paradoksalnie nowy był bardziej wyraźny przez jakiś czas właśnie dlatego że był nowy.
To co tu piszecie o gestach i sygnałach końca to ma konkretne uzasadnienie w neurologii, nie tylko w tradycji. Mózg koduje granice zdarzeń - tzw. event boundaries - i to jest mechanizm który sprawia że przejścia między czynnościami są zapamiętywane lepiej niż środki. Celowe zakończenie rytuału to dosłownie tworzenie takiej granicy zdarzenia. I dlatego krótka praktyka z wyraźnym początkiem i końcem zostaje w pamięci inaczej niż ta sama ilość czasu spędzona bez struktury.
Tylko że to co mówi Nekromanta odnosi się do zwykłych czynności, a rytuał to coś innego. Energia którą wkładasz w intencję nie jest tym samym co zapamiętywanie zdarzeń przez mózg. To trochę jakby mówić że modlitwa działa bo aktywuje korę prefrontalną. Może i aktywuje, ale to nie jest całość wyjaśnienia.
Zatrzymuję się przy tej wymianie bo ona dotyka czegoś ważnego dla całego wątku. Jeśli minutowe praktyki działają częściowo przez ten mechanizm granic zdarzeń, to znaczy że nawet bez żadnego przekonania o ich sensie mogą coś robić - bo struktura jest wystarczająca. To jest albo pocieszające albo trochę deflacyjne, zależy jak na to patrzysz.
ale to nie jest chyba zaskoczeniem? Runy działają na mnie inaczej kiedy jestem skupiona i inaczej kiedy jestem roztrzęsiona - i to nie zależy od tego ile lat temu zaczynałam. Sam fakt siedzenia z nimi przez minutę i zamknięcia tego celowo zmienia cos w tym jak potem funkcjonuję przez resztę dnia. Nie wiem czy to neurologia czy coś innego i szczerze nie muszę wiedzieć.
Saturnella, to co piszesz o tym jak funkcjonujesz przez resztę dnia - to jest coś co zaczynam rozumieć dopiero teraz czytając ten wątek. Bo ja myślałam że praktyka to tylko te kilka minut samo w sobie. A tu wychodzi że to też jest pytanie o to co ta minuta zostawia po sobie. I to jest dla mnie zmiana perspektywy.
Mam podobne pytanie do Tadka bo od kiedy zaczęłam świadomiej kończyć sesje z kamieniami to coś jest inaczej przez kilka godzin po. Trudno mi to nazwać. Ale nie wiem czy to efekt samego zamknięcia rytuału czy po prostu tego że w ogóle więcej uwagi przykładam do całości.
To co opisuje Rozalinka i Tadek to jest klasyczny problem z atrybuowaniem efektu. Nie można łatwo oddzielić co robi struktura rytuału, co robi intencja, a co po prostu fakt że siedzisz spokojnie przez minutę zamiast lecieć od razu do kolejnej rzeczy. Badania kontemplacyjne mają z tym problem od lat - efekty są, ale mechanizm sporny. Ale z perspektywy praktycznej: czy to ma znaczenie? Jeśli ślad pozostaje, to pozostaje.
czytam ten wątek od góry bo trafiłam tu przez pole wyszukiwania i mam pytanie - czy te minutowe prktyaki mają senso tylko jako codzienna sprawa, czy można je robić np co kilka dni? Bo mi ciężko codziennie ale raz na jakiś czas owszem.
To co Zdzislawa mówi o ciągłości jako nici - czy to działa nawet jeśli te minuty są bardzo różne każdego dnia? Bo u mnie nie ma dwóch takich samych poranków i zastanawiam się czy to przeszkadza, czy właśnie nie, skoro intencja jest za każdym razem w jakiś sposób podobna.
Zastanawiam się nad tym co napisała Zdzislawa o ciągłości jako nici. Bo moje poranne minuty są naprawdę różne - raz jest to dosłownie zapalenie świeczki i świadome siedzenie przez chwilę, innym razem coś dłuższego, innym razem prawie nic bo spóźniam się. Czy taka nieregularna regularność to w ogóle coś buduje, czy raczej jest jak zrywany sznurek?
Mnie to pytanie Wezuwianit53 dotknęło bo sam się z tym borykam. Mam wrażenie że przez długi czas myliłem regularność z jakością i liczyłem punkty - ile razy w tygodniu, ile minut. A potem był tydzień kiedy robiłem to naprawdę rzadko ale każda ta chwila była bardzo konkretna i w sumie przez tamten tydzień czułem się bardziej 'w tym' niż przez poprzedni miesiąc codziennych odfajkowań.
To co Czarnobog57 napisał o degeneracji rytuału w nawyk - chciałem do tego wrócić, bo to jest chyba jeden z bardziej konkretnych problemów dla kogoś kto robi minutowe praktyki. Przy długich sesjach masz czas żeby wejść w skupienie nawet jeśli zaczniesz od automatyzmu. Przy minucie nie masz tego buforu. Minutowy rytuał z automatu to prawie nic, minutowy rytuał z pełną obecnością to coś zupełnie innego. I tu jest problem, bo to drugie wymaga dobrego stanu wejściowego, którego akurat kiedy brakuje czasu, zazwyczaj nie ma.
To co Anusia pisze o zapachu jest bardzo ciekawe, bo ja z kolei mam coś z dźwiękiem - jeden konkretny dźwięk nagrany w telefonie, nic specjalnego, taki mały gong, i ten dźwięk jakoś od razu zmienia jakość chwili. Nie wiem skąd to się wzięło, po prostu zaczęłem tak robić i teraz bez tego wejście jest wyraźnie trudniejsze. Czy to jest warunkowanie, jak pisali wyżej, czy coś więcej?
Czytam tę wymianę i mam pytanie które może być głupie - czy te sygnały wejściowe, zapach, zimna woda, gong, mogą z czasem stracić działanie? Bo skoro to warunkowanie, to chyba może wygasnąć jak nie jest podtrzymywane albo jak przestaje być kojarzone z tym co po nim następuje?
Tylko że to wszystko zakłada że rytuał to jest kwestia mechanizmu i skojarzenia, a ja nie jestem pewien że to wszystko. Bo w tradycji na przykład Wicca albo w ceremonializmie hermetycznym, dźwięk na otwarcie rytuału nie jest po to żeby się przestawić neurologicznie. Jest po to żeby powiadomić. I to jest fundamentalnie inna intencja. Wibracja, nie sygnał.
