Mam ostatnio dziwne uczucie przy moich wieczornych rytuałach. Robię to samo od jakichś dwóch lat, te same kroki, ta sama kolejność, ale coraz częściej łapię się na tym, że po prostu odhaczam kolejne punkty na liście. Zapalę świecę, wyciągnę kamienie, zrobię intencję - i tyle. Żadnego poczucia że coś się dzieje. Zastanawiam się czy to w ogóle ma sens tak kontynuować, czy może to już jest po prostu przyzwyczajenie bez żadnej treści. Ktoś miał coś podobnego?
To jest jeden z tych tematów, o których mało się mówi. Większość rozmów kręci się wokół tego jak zacząć, co kupić, jak ułożyć ołtarz. A to co opisujesz to zupełnie inna sprawa. Mam pytanie - czy kiedy zaczynałaś te rytuały, miałaś jakiś konkretny cel albo motywację? Bo mam wrażenie, że to może być klucz do zrozumienia co się teraz dzieje.
U mnie był dokładnie taki moment, opisuję to dosłownie jako 'rytualne wypalenie'. Nie wiem czy to termin z jakiegoś podręcznika ale tak to sobie nazwałam. Przez kilka miesięcy chodziłam przez wszystko jak przez wodę. Runy rozkładałam mechanicznie, bez żadnego skupienia. I w pewnym momencie stwierdziłam że to jest gorsze niż nierobienie nic - bo to jakby udawanie przed samą sobą.
Jest takie pojęcie w antropologii religii - 'orthopraxy' kontra 'orthodoxy'. Upraszczając: niektóre tradycje zakładają że samo wykonanie czynności ma wartość niezależnie od tego co czujesz w środku. Inne zakładają że liczy się stan wewnętrzny. Pytanie do was - jaką filozofię przyjęłyście? Bo to może decydować o tym czy czucie obowiązku to problem czy nie.
To ciekawe co mówisz Selena, bo nigdy tak tego nie układałam. Chyba intuicyjnie zakładałam że muszę czuć żeby miało sens. Ale teraz jak to tak patrzę - może to jest właśnie ten problem? Że oczekuję od siebie jakiegoś stanu emocjonalnego jako warunku, a nie jako efektu?
A można zapytać głupio - czy to nie jest po prostu zmęczenie, nie koniecznie coś duchowego? Mam na myśli, że jeżeli robimy coś codziennie przez dwa lata to normalne że trochę odpada ten pierwszy hype. Z medytacją jest podobnie - po czasie to po prostu siedzisz i oddychasz, bez żadnych wizji i ekstazy.
Mam wrażenie że dużo osób myśli o rytuałach jak o przepisie kulinarnym - jak wykonasz krok po kroku to wyjdzie. Ale chyba nie o to chodzi, przynajmniej nie tylko. Ja jak robiłam swoje rzeczy wyłącznie z poczucia obowiązku to potem miałam dziwne uczucie dyskomfortu, jakby coś było nie na miejscu. Nie wiem jak to inaczej opisać.
Słuchajcie, jestem tu trochę z boku bo sama jestem sceptyczna co do tego czy rytuały w ogóle coś 'robią', ale to co opisujecie z tym poczuciem obowiązku mnie interesuje z innej strony. Czysto psychologicznie - jeżeli coś robisz bez przekonania to twój umysł to rejestruje. Może efekty albo ich brak mają po prostu tyle wspólnego z tym jak do tego podchodzisz co z samą czynnością?
A jak w ogóle odróżnić że to jest ten obowiązek a nie po prostu dyscyplina? Bo słyszałam że w wielu tradycjach właśnie regularność jest ważna i nie wolno odpuszczać nawet jak nie czujesz. Trochę się pogubiłam w tym co czytam.
Mam takie wrażenie, może się mylę, ale czy to nie jest trochę tak że im bardziej skomplikowany rytuał tym łatwiej go odczuwać jako obowiązek? Jak jest dużo kroków, dużo rzeczy do przygotowania, to w pewnym momencie skupiasz się na logistyce a nie na samej intencji. U mnie tak było z jednym rytuałem który zaadaptowałam z internetu - cały czas pilnowałam czy mam wszystko, czy w dobrej kolejności i kompletnie nie byłam obecna w tym co robię.
Jest jeden aspekt o którym jeszcze nie mówiłyście - intencja zbiorowa kontra indywidualna. Wiele rytuałów w tradycjach spirytualistycznych było pierwotnie grupowych. Kiedy wykonujesz to samo co inni, w tym samym czasie, z podobną intencją, jest inny ładunek. Kiedy robisz to solo i jeszcze z poczuciem obowiązku, jesteś de facto sama z własnym brakiem zaangażowania. To potrafi być demotywujące.
Wracając do początku - Kunisia napisała że robi to samo od dwóch lat. Mam wrażenie że tu może być sedno. Nie że rytuał jest zły, ale że może po dwóch latach ty jesteś już inną osobą i to co działało wtedy nie musi działać teraz. Rytuał który nie rośnie razem z człowiekiem w pewnym momencie zaczyna go ograniczać zamiast wspierać.
To co pisze Celestyn pasuje mi do czegoś co kiedyś słyszałam - że rytuał powinien być żywy, nie zakonserwowany. Trochę jak roślina, jak przestajesz ją podlewać intencją to usycha, nawet jak fizycznie wszystko jest na miejscu. Ale mam jedno pytanie do was wszystkich - jak rozpoznać moment kiedy zmienić rytuał a kiedy po prostu przeczekać ten gorszy czas?
Pytanie do Pogody.1, bo zostało bez odpowiedzi - skąd wiesz kiedy rytuał 'żyje' a kiedy już tylko trwa? Jak to u ciebie wygląda w praktyce? Bo mnie się wydaje że sama bym tego nie odróżniła, dopóki by mnie ktoś nie zapytał wprost.
Słucham tej rozmowy od początku i mam wrażenie że wszyscy zakładacie że rytuał powinien wywoływać jakieś uczucia. A co jeśli ktoś po prostu nie jest emocjonalnie 'czułym' typem? Mam na myśli - są ludzie którzy nie czują specjalnie nic przy muzyce, przy modlitwie, przy czymkolwiek rytualnym. I to nie znaczy że są zepsuti. Czy dla takiej osoby ten cały temat obowiązku kontra przyjemności w ogóle ma sens?
Właśnie to co piszecie z tym odłączeniem - u mnie było tak że przestałam mieć jakiekolwiek myśli podczas rytuału. Kiedyś to był zalew skojarzeń, jakichś obrazów, pytań. Potem zrobiło się... czysto. I przez jakiś czas myślałam że to dobrze, że w końcu osiągam skupienie. Dopiero po czasie dotarło do mnie że to nie jest skupienie tylko po prostu pustka. Zupełnie inna jakość.
Hej, przepraszam że wchodzę z boku, ale skoro Igorek zapytał o tych 'nieczułych emocjonalnie' - ja się chyba do tej grupy zaliczam i zastanawiam się czy moje podejście do run jest w ogóle właściwe. Robię to raczej głową niż czuciem. Czy to jest ten obowiązek o którym mówi Kunisia, czy po prostu inny styl pracy?
Wracam do pytania o te tradycje grupowe bo Gerwazy wspomniał o tym wcześniej i jakoś to we mnie zostało. Rozumiem że energia zbiorowa działa inaczej, ale czy ktoś z was próbował jakoś to odtworzyć samodzielnie? Nie wiem - synchronizowanie się z jakimś kalendarzem, z porami roku, z czymś co jest ponadindywidualne? Zastanawiam się czy to nie byłoby wyjście dla osób które pracują solo.
A może to jest kwestia tego jak podchodzisz do tej daty? Bo dla mnie pełnia albo nów to bardziej okazja niż deadline. Jak ją przegapię to trudno, będzie następna. To chyba zmienia nastawienie - nie 'muszę bo pełnia', tylko 'jest pełnia, to dobry moment'.
Może to głupie skojarzenie ale to co Pogoda.1 pisze o tej presji nawet przy 'okazji' to brzmi dokładnie jak z siłownią. Jak ktoś kupuje karnet to nagle każdy dzień gdy nie pójdzie to strata. A jak po prostu idzie bez karnetu jak ma ochotę, to nie ma presji. Nie wiem czy to porównanie cokolwiek wnosi, ale wydało mi się podobne.
Igorek, to porównanie wcale nie jest złe. Jest takie pojęcie - 'reactance' w psychologii - że jak coś staje się obowiązkiem to automatycznie rośnie opór, nawet jeśli wcześniej to lubiłeś. Dokładnie ten mechanizm. Ciekawe czy w kontekście rytuałów można to jakoś świadomie ominąć.
Czytam to wszystko i zaczynam myśleć że mój problem nie jest z samym rytuałem ale z tym jak go skonstruowałam. Zrobiłam z niego coś zbyt stałego, zbyt szczegółowego. Każdy krok był dokładnie taki sam od miesięcy. I chyba właśnie to zabiło tę zmienność, która była potrzebna żeby cokolwiek czuć. Zastanawiam się czy nie powinnam rozebrać tego całkowicie i zacząć inaczej, ale boję się że to zepsuję.
Kunisia - co konkretnie miałoby się zepsuć? To pytanie poważnie, nie retorycznie. Bo jak to rozbijesz na części to co jest tym 'czymś' co chroni rytuał przed zmianą? Intencja, forma, kolejność kroków? Wydaje mi się że to rozróżnienie jest ważne zanim zaczniesz cokolwiek rozkładać.
Słuchajcie, mam trochę przewrotne pytanie. A co jeśli rytuał jako obowiązek jest po prostu normalnym etapem i nie trzeba go naprawiać? Znaczy - może przez jakiś czas robisz mechanicznie, a potem coś się znowu przebudza. Nie każda sucha passa to kryzys wymagający interwencji. Skąd wiadomo że to jest problem a nie po prostu pewna faza?
To co Alinka napisała jest warte przemyślenia, ale mam wątpliwość. 'Coś się znowu przebudza' - dlaczego zakładasz że to jest automatyczne? Mam wrażenie że ten schemat - mechaniczne wykonywanie z nadzieją że coś wróci - może działać w obie strony. Czasem wraca, ale równie dobrze można utrwalić nawyk robienia czegoś bez obecności w tym.
To co Celestyn pisze o utrwalaniu nawyku bez obecności - to jest chyba dokładnie to co mi się przytrafiło. I teraz mam pytanie do siebie właściwie: czy jak zaczęłam to zmieniać, to naprawdę coś się zmieniło czy tylko zmieniłam formę, a środek zostaje taki sam? Nie jestem pewna.
Słucham was i zastanawiam się czy to nie jest tak, że sami sobie komplikujecie. Pytam szczerze, bez złośliwości. Może jak coś nie działa to po prostu nie działa i koniec, a nie trzeba analizować każdego kroku. Czy ktoś z was po prostu rzucił rytuał bez tej całej analizy i coś z tego wynikło?
