Pytanie z tytułu mnie trochę nurtuje, bo sama zadawałam je sobie przez długi czas. Mam okresy, kiedy życie się zagęszcza i nie ma mowy o tym, żeby usiąść na godzinę ze świecami i spokojem. Przez jakiś czas miałam do siebie pretensje, że 'nie praktykuję porządnie', ale w którymś momencie przestałam z tym walczyć. Zaczęłam robić krótkie rzeczy w biegu - zapalenie świecy rano przy kawie i dosłownie dwie minuty skupienia na intencji. Albo krótka afirmacja przy myciu rąk, bo to robię i tak kilkanaście razy dziennie. I szczerze? Nie wiem, czy to 'działa' tak samo jak pełny rytuał, ale na pewno coś daje. Przynajmniej mi. Zastanawiam się, czy to w ogóle jeszcze można nazywać rytuałem, czy to już tylko nawyk z ezoterycznym zabarwieniem.
To jest ciekawe rozróżnienie - nawyk kontra rytuał. Bo nawyk z definicji jest automatyczny, a rytuał chyba wymaga tej chwili świadomości, tej intencji. Tylko że jak robisz te dwie minuty przy kawie regularnie i jednak jesteś w tym obecna, to może to nie jest taki czysty 'nawyk'? Ja mam podobnie z czakrami - przez lata robiłem długie sesje, teraz często to jest dosłownie kilka oddechów z wizualizacją przed wyjściem z domu. Nie wiem, czy to robota na tym samym poziomie co godzinna praca, ale ignorowanie tego w ogóle byłoby gorsze.
To rozróżnienie nawyk/rytuał jest stare jak świat i nigdy nie zostało porządnie rozstrzygnięte, bo zależy od tradycji. W wielu starszych systemach - np. w ceremonialnej magii zachodniej - liczy się przede wszystkim regularność i powtarzalność. LBRP robiony codziennie, nawet 'na autopilocie', miał swój sens strukturalny niezależnie od tego, ile uwagi mu poświęciłeś. Idea była taka, że samo działanie czyści przestrzeń i wzmacnia wzorce energetyczne bez konieczności emocjonalnego zaangażowania przy każdym wykonaniu. Ale to jest perspektywa ceremonialnej tradycji. W innych podejściach - szamańskich, niektórych nurtach wicca - intencja i obecność są uznawane za absolutnie kluczowe, a mechaniczne działanie bez nich to według nich strata czasu. Więc zanim ktoś odpowie na pytanie z tytułu, warto sprecyzować, w jakiej w ogóle tradycji to pytanie stawiamy, bo odpowiedź będzie różna.
To zależy też od tego, co chcemy osiągnąć danym działaniem. Jeżeli chodzi o czakry czy pracę energetyczną - z mojego doświadczenia wynika, że pięć minut prawdziwej uwagi robi więcej niż czterdzieści minut błądzenia myślami i odtwarzania listy zakupów w głowie. Więc gdybym miał wybierać między długim rytuałem na wpół obecny a krótkim i skupionym - wybieram krótki. Ale to jest zupełnie inne pytanie od tego, czy minutowe praktyki w ogóle mają sens. To pierwsze dotyczy jakości, to drugie - minimalnego progu.
A czy ktoś wie ile to minimum? Bo czytałam różne rzeczy i jedni piszą że 5 minut wystarczy, inni że to nie ma sensu poniżej 20 minut. Mnie interesuje konkretnie tarot - czy rozłożenie jednej karty rano z intencją to coś, czy to żart?
Jedna karta rano to ja też robię czasem, głównie z ciekawości. Nie traktuję tego jako rytuał, raczej jako pytanie dnia. Ale żeby być szczera - nie wiem, czy to działa, czy to przypadek, że czasem karta się zgadza z tym, co się potem wydarza. Statystycznie rzecz biorąc, przy wystarczającej liczbie prób, jakiś procent się 'sprawdzi' tylko z tego powodu, że interpretacje kart są szerokie. Nie jestem przekonana, że jedna karta bez żadnego szerszego kontekstu ma sens jako praktyka.
Jak ktoś pyta o sens minutowych rytuałów to odpowiem tak - regularność bije długość. To nie jest moja opinia, to jest coś, o czym pisał nawet Aleister Crowley w kontekście magicznych dzienników - że codzienne małe działanie jest ważniejsze niż wielkie rytuały raz na rok. Znam ludzi co robią wielogodzinne odprawy raz na miesiąc i nic z tego nie wynika, bo brakuje tej ciągłości między sesjami. Minutowy rytuał robiony codziennie buduje coś w psychice i w przestrzeni, co jest trwalsze. Przy okazji - karta rano to według mnie świetna praktyka, ale pod warunkiem że naprawdę się zatrzymujesz przy tej jednej karcie, a nie patrzysz przez 10 sekund i idziesz dalej.
Dziękuję wszystkim za tę rozmowę, naprawdę dużo się tu dzieje. Mam pytanie trochę z boku - czy ktoś ma doświadczenie z numerologią i krótkimi praktykami? Np. skupienie na liczbie dnia rano, liczba minut intencji itd.? Czytałem że pracując z liczbą dnia można skrócić praktykę bo jest jakby gotowy 'klucz', ale nie wiem na ile to sensowne.
wróce do twojego pytania bo je pominełam. Dla mnie przy runach to jest tak że jak nie mam energii albo głowy to naprawde wole nie sięgac po nie w ogóle. Raz miałam taki okres kiedy działałam mechanicznie i mi sie wydaje że z retrospektywy te runy były jakby głuche - nie dostawałam nic co by się potem potwierdziło albo co by miało sens. Ale nie wiem czy to była kwestia braku skupienia, czy po prostu zły okres. Trudno to rozdzielić.
Czytam tę rozmowę od początku i mam wrażenie, że miesza się tu kilka rzeczy. Bo minutowa praktyka afirmacyjna to jest zupełnie coś innego niż minutowy rytuał w sensie ceremonialnym. Sama robię afirmacje i to może być naprawdę krótkie, ale dla mnie działa to inaczej niż rytuał ze świecą czy jakimś przedmiotem. Przy afirmacji wystarczy mi chwila skupienia. Przy czymś bardziej ceremonialnym - nie wiem, może potrzebuję więcej czasu żeby w ogóle 'wejść' w to, co robię.
Przepraszam że wchodzę trochę z innej strony, ale właśnie o tym myślałam przy czakrach. Czasem mam taki wieczór że mam może 5 minut i robię tylko tę jedną czakrę, na której akurat czuję napięcie. Nie wiem, czy to robi tyle co pełna praca przez wszystkie centra, ale coś mi to daje, przynajmniej subiektywnie. Tylko nie wiem, czy 'czuję coś' bo naprawdę cos się dzieje, czy dlatego że skupiłam uwagę na jednym miejscu w ciele i każda uwaga coś robi.
Ja mam taki przedmiot - kamień, który trzymam przy sobie - i czasem po prostu go ściskam w dłoni przez chwilę, kiedy jestem w złym miejscu. Nie wiem, czy to rytuał, ale coś to robi. Może to tylko kotwica psychologiczna. Choć dla mnie to nie ma znaczenia, czy coś 'naprawdę działa' ezoteryczne, czy działam przez głowę - i tak mi pomaga.
Tak, dziękuję za ten wątek, naprawdę dobrze że ktoś to poruszył. Mnie zawsze było głupio, że nie mam czasu na więcej. Teraz czuję że może te małe chwile mają jednak swoje miejsce. Ale mam pytanie - czy ktoś ma jakiś sposób na to, żeby ta krótka praktyka nie stała się czymś, co się robi automatycznie i bez sensu po tygodniu? Bo ja mam tendencję do tego, że coś fajnego zamieniam w rutynę, która traci serce.
Wracam do tego, co pisała Saturnella o runach i mechanicznym działaniu. Mnie to skłania do szerszego pytania - czy w ogóle istnieje coś takiego jak 'neutralna' praktyka? Znaczy, czy można po prostu 'przejść przez ruchy' i żeby to nie miało żadnego skutku - ani pozytywnego, ani negatywnego? Bo jeśli nie, to minutowy rytuał zrobiony byle jak nie jest po prostu bezużyteczny, ale może być aktywnie szkodliwy dla samego procesu, który próbujesz zbudować.
To jest bardzo stare rozróżnienie. W tradycji hermetycznej mówi się o habitusie - nawykowej dyspozycji, którą się buduje latami ćwiczenia. Franz Bardon opisuje to w Inicjacji do hermetyzmu właśnie w kontekście krótkich ćwiczeń - że ich wartość rośnie geometrycznie wraz z konsekwencją, bo adept buduje coś, co można by nazwać 'torowaną ścieżką' w swojej psychice i energetyce. Dlatego krótka praktyka eksperta jest czymś innym niż identyczna praktyka outsidera. Ale uwaga - to nie znaczy, że brak tej historii uniemożliwia skuteczność. Znaczy tylko, że skuteczność jest innej natury i przychodzi w innym czasie.
Zastanawiam się, czy to pytanie o czas w ogóle ma sens w tej formie. Habitus w rozumieniu Arystotelesa - a Bardon do tego nawiązuje - to nie jest kwestia kalendarzowej liczby dni, tylko liczby powtórzeń z uwagą. Dlatego ktoś, kto robi coś codziennie, ale byle jak, może nie zbudować nic przez rok. A ktoś, kto robi to rzadziej, ale z pełną obecnością - może mieć ten habitus po kilku miesiącach. Więc bardziej niż 'ile czasu' - pytanie powinno brzmieć 'ile świadomych powtórzeń'.
Dorzucę coś z praktyki, bo ta rozmowa robi się bardzo teoretyczna. Miałam kiedyś taki okres, może dwa miesiące, kiedy robiłam ten sam krótki rytuał rano - naprawdę krótki, może trzy minuty - i pamiętam, że przez pierwsze tygodnie to było dla mnie jak obowiązek. Mechaniczne, ale nie z niechęci, raczej z braku głębokości. A potem w pewnym momencie coś się przestawiło i te trzy minuty zaczęły mi wystarczać do wejścia w stan, który wcześniej zajmował mi znacznie więcej czasu. Więc może odpowiedź na pytanie Edka jest taka, że sam zauważysz, kiedy to zadziała - bo zmieni się jakość, nie długość.
To co piszesz jest dla mnie bardzo pomocne, bo miałam dokładnie to poczucie obowiązku, o którym mówisz, i myślałam, że to znaczy, że coś robię źle. Że skoro czuję, że to mechaniczne, to może lepiej w ogóle nie robić. A tu wychodzi, że to po prostu etap? Czy dobrze rozumiem?
Słucham tej rozmowy i mam takie pytanie z boku - jak w ogóle oceniacie, że coś 'zadziałało'? Serio pytam, bez ironii. Bo jak ktoś robi rytuał na spokój wewnętrzny i po tygodniu czuje się spokojniej, to jak odróżnić, że to skutek rytuału, a nie to, że po prostu minęło napiecie z poprzedniego tygodnia albo pogoda się poprawiła?
To jest kwestia podejścia i można ją obejść inaczej niż przez weryfikację skutków. W magice chaosu - Spare, Carroll - skuteczność rytuału ocenia się przez zmianę w samym operatorze, nie w zewnętrznej rzeczywistości. Jeśli po praktyce czujesz się inaczej, myślisz inaczej, masz inne nastawienie - to jest wskaźnik, że coś się ruszyło. Nie musisz wiedzieć, czy 'coś zewnętrznego' zadziałało.
Mam pytanie do całej tej rozmowy o weryfikację - czy wy w ogóle prowadzicie jakieś notatki z praktyk? Bo mi się wydaje, że jak się notuje, to z czasem widać wzorce, które inaczej byłyby niewidoczne. Ja zaczęłam niedawno zapisywać, co robiłam i jak się czułam przed i po, i już po kilku tygodniach zaczęło mi się pokazywać, że pewne rzeczy powtarzają się w określonych sytuacjach. Nie wiem, co to znaczy, ale przynajmniej mam jakiś materiał.
Słyszę tę rozmowę i mam wrażenie, że wróciła do sedna tematu, ale od innej strony. Minutowe praktyki mają sens między innymi dlatego, że są na tyle małe, żeby je notować - nie zajmuje to dużo czasu, jest mniej oporu przed samym notowaniem. A właśnie to gromadzenie obserwacji w czasie może dawać to zakotwiczenie, którego szukała Malachitka. Długie rytuały raz na jakiś czas trudniej śledzić.
Nie notuję, ale zaczynam myśleć, że może powinnam. Mój kamień, o którym pisałam wcześniej, ściskam go intuicyjnie - czasem kilka razy dziennie, czasem wcale. I właściwie nie wiem, czy jest jakaś prawidłowość w tym, kiedy po niego sięgam. Jakbym zaczęła to zapisywać, może bym coś zobaczyła.
Właśnie tak myślę - że mogłabym zacząć zapisywać, kiedy po niego sięgam i co się dzieje potem. Może by wyszło, że nie jest tak przypadkowe, jak mi się wydaje.
Czy ktoś wie, czy do takich notatek lepiej używać zwykłego zeszytu, czy może jakiejś aplikacji? Pytam, bo słyszałem, że zapisywanie ręcznie ma inne znaczenie niż wpisywanie w telefon, ale nie wiem czy to prawda czy mit.
Mam pytanie do tych, którzy notują - czy wy notujecie samo wykonanie rytuału, czy też to, co się dzieje przez resztę dnia? Bo wydaje mi się, że jak notujesz tylko samą praktykę, to możesz przegapić te powiązania, o których Olaf pisał.
Wchodzę w to, bo mam inne zdanie. To notowanie wzorców po kilku miesiącach brzmi sensownie, ale jest jeden problem - jak zaczynasz szukać wzorców, to je znajdziesz. Mózg jest w tym dobry, a wręcz za dobry. Masz skłonność do pareidolii statystycznej - widzisz porządek tam, gdzie jest szum. Pytanie, co z tym robić.
