Dobra, ale to oznacza, że praktycznie każdy nawyk mógłby być rytuałem? Nie wiem czy to mi pomaga czy jeszcze bardziej miesza. Bo wchodząc w ten temat myślałam, że rytuał to coś specyficznego, celowego, a teraz wychodzi, że herbata i parking się kwalifikują.
Słucham tego i myślę o tym parkingu i o sobie. Bo ja właśnie nie mam wyraźnego końca. Siedzę, kręci mi się w głowie, zasypiam, budzę się następnego dnia i jest trochę lepiej, ale nie wiem kiedy to przeszło. Może właśnie o to chodzi - że mi brakuje tego zamknięcia, o którym pisze Gabrysieńka.
Właśnie to co Spellbound opisuje mnie interesuje od strony astrologicznej, bo w kartach urodzeniowych widać pewne schematy jeśli chodzi o podatność na takie kumulowanie energi. Osoby z Saturnem w 12. domu albo z silną Neptun mają tendencję do zaciągania czego do domu z pracy, jakby barierka była cienka. I dla takich osob ten rytuał zamknięcia dnia jest podwójnie istotny, bo to nie jest kwestia charakteru tylko struktury urodzeniowej.
Wchodzę tu trochę z boku, bo czytam od jakiegoś czasu. To co mnie tutaj uderzyło to to, że większość opisanych praktyk - rysunek runy, stanie przy drzwiach, herbata - ma jeszcze jeden wspólny mianownik, który chyba nie był tu nazwany wprost. To są czynności wykonywane w samotności i ciszy. Zastanawiam się, czy to nie jest warunek, nie symbol i nie forma. Czy ktokolwiek z was próbował czegoś podobnego w hałasie albo w obecności innych ludzi i miało to ten sam efekt?
Onufry trafia na coś ważnego i chyba niedocenionego w tej dyskusji. Cisza i samotność w kontekście rytuałów zamykających dzień to nie tylko kwestia komfortu - to warunek przejścia między stanami. Anthropolodzy rytuału, m.in. Victor Turner, pisali o fazie liminalnej jako o przestrzeni, która z definicji wymaga wyłączenia bodźców zewnętrznych, żeby zmiana stanu mogła się dokonać. W hałasie i towarzystwie ta faza po prostu nie zachodzi, bo mózg jest cały czas w trybie reaktywnym.
A jak ktoś nie ma tej ciszy i samotności, bo mieszka z rodziną, dziećmi, partnerem który chce rozmawiać jak tylko wrócimy do domu? Pytam serio, bo to jest chyba bardzo realne ograniczenie dla wielu osób. Czy da się to jakoś obejść, czy ten rytuał po prostu nie zadziała w takich warunkach?
No ale serio, nadgarstki pod zimną wodą to jest po prostu zwykłe chłodzenie się, to nie ma żadnego wymiaru rytualnego. Mogę tak samo powiedzieć, że mycie rąk przed obiadem to rytuał oczyszczający. Nie wiem, może mi czegoś brakuje w tej dyskusji, ale coraz bardziej mam wrażenie że tu wszystko może być rytuałem jeśli tylko ktoś tak to nazwie.
To co Zina opisuje to jest chyba najczęstszy problem z rytuałami zamykającymi w praktyce domowej. Nawet jak zrobisz coś dla siebie, możesz od razu zostać z tego wyciągnięta. Ja próbowałam różnych rzeczy i jedyne co mi faktycznie pomogło to kilka minut z notatnikiem - zapisuję jedną konkretną rzecz którą odkładam. Nie żadna lista, tylko jedno zdanie. To mogę zrobić nawet przy włączonym telewizorze i działa podobnie jak cisza. Jakby to pisanie było tym zamknięciem, a nie warunki zewnętrzne.
Petronelka pisze o czymś, co ma bardzo konkretne oparcie - pisanie jako zamknięcie to jest mechanizm eksterioryzacji. Tworzy się fizyczny ślad poza głową, co mózg odczytuje jako 'to już nie musi być trzymane w środku'. To samo zasada stoi za konfesją w katolicyzmie i za japońskim zwyczajem pisania negatywnych myśli na papierze podczas Setsubun. Różne kultury, ten sam mechanizm - przerzucasz ciężar na nośnik zewnętrzny. Ciekawi mnie tylko, czy Petronelka pisze to potem zostawia, czy niszczy?
Zostawiam w notatniku i nie wracam. Próbowałam palić kartki, ale to było dla mnie teatralne, nie czułam żeby coś dawało. Samo zapisanie i zamknięcie okładki to jakby wystarczyło. Może dlatego, że notatnik fizycznie gdzieś leży i 'trzyma' to zamiast mnie, a spalony papier znikał i nie byłam pewna czy ktoś/coś faktycznie to przejęło. Nie wiem czy to ma sens ezoteryczny, ale tak to u mnie funkcjonuje.
To co Petronelka opisuje z zamknięciem okładki jest ciekawe, bo to jest właśnie ten wyraźny koniec o którym pisałem wcześniej. Fizyczny gest domknięcia. Palenie jest efektowne, ale wymaga miejsca, czasu, warunków - to nie jest coś, co można zrobić przy kuchennym stole. A zamknięcie okładki zajmuje sekundę. Może właśnie prostota i dostępność sprawiają, że to działa lepiej jako codzienny rytuał, a nie coś okazjonalnego?
Właściwie Rojnik opisuje dokładnie moją sytuację. Chcę żeby coś zadziałało bez wysiłku, bo po wysiłku całego dnia nie mam zasobów na kolejny wysiłek. Tylko że im więcej tu czytam, tym bardziej mi wychodzi że te rzeczy bez zaangażowania to są głównie placebo albo w ogóle nic. Może to jest właśnie ta trudna prawda. Że ochrona wymaga pracy i nie ma skrótu.
Jacenty zadał bardzo dobre pytanie i sama zastanawiam się nad tym od jakiegoś czasu. Bo z jednej strony jest ta koncepcja którą przywoływała Simma - że rytuał buduje intencję przez powtarzanie. Z drugiej strony intuicyjnie mi się wydaje, że jak coś powtarzam tak mechanicznie że już nie czuję że to mówię, to chyba nie spełnia żadnej funkcji. Ale może właśnie o to chodzi, żeby to były dwa różne progi - początkowo robisz ze skupieniem, a potem ciało i umysł same wiedzą co to znaczy, nawet bez skupienia?
To co pisze Simma zgadza sie z tym co widze w horoskopach - osoby z silną Merkurym w praktycznych znakach szybciej budują te cielsne przyzwyczajenia i krotciej potrzebują świadomego powtarzania. Ludziom z silnym Neptunem lub Księżycem w znakach zmiennych zajmuje to dłużej bo ich uwaga jest bardziej płynna. Nie mówię ze to determinuje, ale może tłumaczyć dlaczego jedni po dwóch tygodniach mają to z głowy a inni po miesiącu nadal muszą się skupiać.
Wracając do praktyki, bo ta dyskusja o kartach mnie interesuje ale trochę odpłynęłyśmy. Mam pytanie do tych, którzy pracują z zawodami naprawdę ciężkimi - mówię o pielęgniarkach, ratownikach, nauczycielach w trudnych szkołach. Czy te domowe rytuały zamykające wystarczają, czy to jest za mało? Bo mam koleżankę, lekarkę na SOR, i jak ona opowiada o tym co tam widzi, to myślę że jedno zdanie w głowie albo nadgarstki pod wodą to trochę słabo jak na to co dźwiga.
To co Zina opisuje z tą pielęgniarką to jest bardzo konkretna rzecz. Czytałam kiedyś o pojęciu 'compassion fatigue' - zmęczenie współczuciem - i tam właśnie opisują to odcięcie jako efekt kumulacji bez rozładowania. Ale zastanawiam się czy rytuał jest odpowiedzią na to, czy raczej jednym z elementów. Bo to brzmi jak coś co wymaga też czegoś więcej niż wieczorne mycie rąk.
Strzybog wymienił kąpiele rytualne z solą i ziołami i to mnie interesuje, bo to brzmi już jak coś wymagającego przygotowania. Ale mam inne pytanie - czy jest jakaś granica między rytuałem a zwykłą higieną mentalną? Tzn. kiedy prysznic ze świadomą intencją staje się rytuałem, a kiedy to jest po prostu prysznic z myślami w głowie?
Czyli masz na myśli, że wystarczy np. zawsze zaczynać prysznic od jakiegoś konkretnego gestu czy zdania i kończyć innym, żeby to działało jak rytuał? Bez żadnych ziół, soli, kamieni? Bo to brzmi prawie za prosto.
Mam pytanie, bo słucham tej rozmowy o strukturze i konsekwencji i zastanawiam się nad czymś innym. Czy nie jest tak, że dla niektórych zawodów problem nie jest w tym co zostawiasz po pracy, ale w tym z czym idziesz do pracy? Tzn. rytuał ochronny przed wejściem, nie zamykający po wyjściu. Bo nauczyciel który idzie do klasy z grupą trudną może potrzebować czegoś co go stabilizuje zanim wejdzie, nie tylko po tym jak wychodzi.
Onufry napisał o ukłonie przy drzwiach i to mi przypomniało coś co czytałam o japońskich praktykach zawodowych, gdzie próg jest traktowany bardzo serio jako granica przestrzeni. Nie tylko w zen, ale np. w tradycyjnych warsztatach rzemieślniczych był rytuał wejścia i wyjścia. Zastanawiam się czy to jest coś co można przenieść na nowoczesne środowisko pracy, np. szpital, gdzie tych progów jest dużo i są nieostre.
Zina zadała dobre pytanie, sama bym chciała wiedzieć. Mnie zastanawia jeszcze coś innego - mówimy o rytuałach dla konkretnych zawodów, ale czy ekspozycja na negatywność w pracy biurowej, np. toksyczny szef, ciągłe konflikty zespołowe, nie wymaga podobnych mechanizmów? Bo nie ma tu śmierci ani traumy, ale kumulacja jest i to bardzo realna.
Alembik opisuje coś co jest bardzo specyficzne - ruminację, nie transferowaną energię. I to jest inna kategoria, bo tu rytuał musi zatrzymać aktywny proces myślowy, nie pasywne niesienie czegoś. Pętla myślowa potrzebuje przerwania, a nie zamknięcia. Dlatego tutaj fizyczne zaangażowanie ciała ma szczególne znaczenie - coś co angażuje zmysły na tyle mocno, żeby uwaga przeniosła się ze świata symbolicznego do fizycznego. Stąd zimna woda, intensywny zapach, gwałtowny ruch. To nie metafora oczyszczenia, to dosłowna redyrekcja uwagi.
Simma pisze o zimnej wodzie i gwałtownym ruchu jako przerwaniu pętli i pierwszy raz w tym wątku coś mi kliknęło. To znaczy że dla mnie, który mam ten problem z ruminowaniem po pracy, właściwy rytuał to nie jest zapalenie świecy i cisza, tylko raczej coś odwrotnie intensywnego? Czy to może być np. bieganie, albo zimny prysznic, i to już jest rytuał, bez żadnej ezoterycznej otoczki?
Ten obrazek z ciemnym pokojem jest dobry i dużo tłumaczy. Znam to z autopsji. Mnie kiedyś pomogło coś co na pozór wygląda absurdalnie - przy wychodzeniu z pracy zacząłem liczyć kroki do samochodu. Nie medytacyjnie, tylko mechanicznie, żeby zająć tę część głowy która inaczej zaczyna układać monologi. Nie wiem czy to rytuał w pełnym sensie, ale działa od lat i traktuję to jako próg między jednym stanem a drugim.
To co Arat opisuje z tym odświeżaniem jest bardzo ważne i rzadko o tym się mówi w kontekście rytuałów ochronnych. Większość podejść zakłada że jak coś działa, to masz to robić zawsze tak samo - a tymczasem umysł się adaptuje i ten sam bodziec traci swój kontrast. W praktyce rytuał nie jest czymś raz ustalonym na zawsze, jest żywą strukturą. Mnie interesuje czy ktoś świadomie zmienia swoje rytuały i na jakiej zasadzie - intuicyjnie, sezonowo, czy wtedy gdy zauważy że efekt spada?
Simma zadała pytanie które mam odnotowane u siebie od dawna. Ja zmieniam co sezon, trochę z przyzwyczajenia do runicznego cyklu, ale też dlatego że zauważam kiedy coś przestaje dawać ten efekt zatrzymania. Jest coś takiego że przez pierwsze dni nowego elementu jesteś bardziej obecna przy tym co robisz, a potem to mija. Więc tak naprawdę ten 'efekt rytuału' jest może po prostu efektem nowości i wymuszania uwagi? Strzybog, co ty o tym myślisz, bo to wydaje się iść pod prąd temu co pisałeś o powtarzalności.
Słucham tego wątku o zmienianiu rytuałów i mam konkretne pytanie praktyczne - jak rozróżnić moment, w którym rytuał 'stracił' od momentu, w którym po prostu jesteś za bardzo zmęczona żeby go poczuć? Bo miałam taki okres że moje wieczorne zamknięcie po pracy wydawało mi się puste i pomyślałam że trzeba coś zmienić, ale potem okazało się że po prostu byłam na granicy wypalenia i żaden rytuał by nic wtedy nie dał.
