Zostaję przy tym co Petronelka napisała o warstwach, bo mam podobne doświadczenie z tarotem. Mam kilka kart które wyciągam rano przed trudnymi dniami - nie jako wróżbę, ale jako jakiś punkt orientacyjny. I też nie wiem czy to karta działa, czy samo wyciągnięcie karty i zastanowienie się chwilę nad tym co przede mną, czy rutin. Ale kombinacja tych trzech rzeczy daje mi coś co ciężko nazwać inaczej niż gotowość.
Wątek kavanah jest dobry ale chcę wtrącić coś innego. Przez całą tę rozmowę skupiamy się na tym co robi jednostka przed lub po pracy. Ale w wielu tradycjach ochrona zawodowa jest zbiorowa - szamani mają swoje społeczności wspierające, kapłani mają liturgię grupową, rytuały inicjacyjne w zawodach niebezpiecznych były zbiorowe. Strażak przed akcją nie idzie sam w kąt zapalić kadzidełko. Czy ktoś tu kiedyś próbował czegoś w tym kierunku, zbiorowy rytuał przed trudnym dniem?
Dyskrecja to ważny wątek który mi też chodzi po głowie od jakiegoś czasu. Ratownik nie może zapalić kadzidła przed karetką. Ale może mieć kamień w kieszeni, może mieć konkretny sposób zakładania rękawiczek, może mieć dwa zdania które mówi w myślach. Zbiorowy aspekt z którego mówi Syriusza jest realny i myślę że jego brak jest jednym z powodów dla których te osoby są tak narażone. Ale samotny rytuał dyskretny jest prawdopodobnie i tak lepsz niż nic. Tylko żeby to nie było poczucie winy gdy ktoś nie ma czasu go zrobić.
To co Simma napisała o karetce i rękawiczkach jest dla mnie ciekawe z innego powodu niż się może wydawać. W tradycjach szamańskich wejście w przestrzeń rytuału często oznaczało dosłowne przekroczenie progu - wejście do namiotu, okrążenie ogniska, nałożenie konkretnego stroju. Ale to nie był element dekoracyjny. To było sygnalizowanie dla własnego układu nerwowego i dla sił z którymi się pracuje jednocześnie. Ratownik zakładający rękawiczki z konkretną intencją może robić dokładnie to samo, tylko w zupełnie innym języku.
Kanko - to pytanie krąży tu od kilku stron wątku i chyba nie odpuści. Powiem jak ja to widzę, nie jako ostateczne słowo. Robię coś ezoterycznego i psychologicznego jednocześnie, i nie szukam między tym granicy. Jeżeli ciało reaguje na gest, a gest ma znaczenie w jakiejś tradycji, to oba wymiary są aktywne. Próba rozdzielenia tego to trochę jak pytanie czy serce pompuje krew bardziej fizycznie czy bardziej biologicznie.
Simma ma rację że to pytanie wraca, ale myślę że Kanko pyta o coś konkretniejszego niż tylko 'które to jest'. Kanko, jak dobrze rozumiem, chodzi ci o to czy intencja wystarczy żeby coś działało, czy potrzeba też formy? Bo to są dwa różne pytania i do tej pory rozmowa miesza je trochę w jedno.
Wracając do praktycznej warstwy tego wątku, bo trochę odpłynęliśmy - ktoś wspomniał wcześniej o dyskretnych markerach dla zawodów gdzie nie ma miejsca na otwarty rytuał. Mnie interesuje coś co może być zbyt proste żeby o tym mówić, ale robię to od lat. Mam konkretne słowa które powtarzam w myślach wychodząc z domu przed trudnym dniem. Nie są to mantra w żadnym klasycznym sensie, po prostu kilka zdań które sam ułożyłem. Działa jako marker granicy równie dobrze jak cokolwiek fizycznego, może nawet lepiej bo jest ze mną niezależnie od okoliczności.
Zdania w myślach to jest coś co pojawia się w bardzo różnych tradycjach, nie tylko ezoterycznych. W buddyzmie tybetańskim jest praktyka tonglen gdzie wdychasz czyiś ból a wydychasz ulgę - to się robi w głowie, nikt nie widzi, a jest uznawane za jedną z głębszych praktyk współczucia i ochrony jednocześnie. Nie mówię że Arat robi tonglen, ale zasada że słowo wewnętrzne ma inny status niż tylko myśl - to jest obecne szeroko.
Okej, to mi trochę otwiera oczy. Więc forma i intencja to nie jest albo-albo, tylko jedno przechodzi w drugie z czasem? Jeśli dobrze rozumiem to co mówi Syriusza - zaczynasz od formy z intencją, a potem forma staje się nośnikiem intencji nawet jak nie myślisz aktywnie? To by wyjaśniało te zegarki i rękawiczki o których była tu mowa.
Właśnie tak mi się wydaje i to pierwsze co tu czytam co mi naprawdę kliknęło. Bo ja z tym zegarkiem - robiłam to latam bez myslenia i teraz jak się zastanawiam to czuję ze to jest inne od innych rzeczy które robię rano. Jakby miało inną wagę. Może właśnie dlatego że jest taki automatyczny a jednocześnie znaczący?
To co Edytka opisuje z zegarkiem jest w sumie modelowym przykładem tego jak rytuały chroniczne powstają - nie z projektu tylko z życia. Przedmiot ma ładunek emocjonalny, gest jest powtarzalny, moment jest graniczny. Wszystkie elementy są, tylko nikt tego nie zaplanował. I teraz pojawia się pytanie które zostawię bez odpowiedzi bo jest dobre do przemyślenia: czy taki rytuał który wyrósł sam jest słabszy, mocniejszy czy po prostu inny od tego który ktoś skonstruował świadomie dla konkretnego celu?
To co Simma napisała o zegarku Edytki mnie uderzyło, bo mam podobną rzecz z bransoletką. Dostałam ją od babci i zakładam ją do pracy od lat. Nigdy nie myślałam o tym jako o rytuale, ale teraz jak to czytam... jest coś w tym że zakładam ją właśnie przed wyjściem do trudnych sytuacji. I jak jej nie mam, to czuję że czegoś brakuje. Czy to już jest rytuał ochronny, czy jeszcze tylko przesąd?
Kwestia jednego przedmiotu kontra kilku jest naprawdę nieoczywista. W niektórych tradycjach jest coś w rodzaju zestawu - masz osobny element na ochronę, osobny na skupienie, osobny na kontakt z czymś wyższym. Ale to wymaga bardzo świadomego budowania każdego z nich oddzielnie. Jak składasz to razem bez tego rozróżnienia, to faktycznie rozmywa się znaczenie. Myślę że intuicja Edytki jest tu zdrowa - jedno z pełnym ładunkiem jest lepsze niż pięć połowicznych.
W kontekście przedmiotów ochronnych - czy ktoś tu pracuje z amuletami które były celowo przygotowane pod konkretne środowisko pracy, a nie tylko rzeczami które nabrały znaczenia? Bo to jest chyba inny mechanizm. Przedmiot od babci ma ładunek relacyjny i emocjonalny. Amulet robiony z intencją ochrony w miejscu pracy ma ładunek celowy. Pytam bo zastanawiam się czy te dwa typy działają tak samo czy inaczej.
To rozróżnienie które robi Jacenty jest naprawdę ważne i myślę że trochę za szybko przeszliśmy dalej. Bo jeśli mamy dwa typy - przedmiot celowo naładowany i przedmiot który nabrał właściwości przez historię i relację - to pytanie wraca: który jest bardziej skuteczny w ochronie podczas pracy w trudnym środowisku? I czy te dwa typy można łączyć? Bo wyobrażam sobie że można wziąć przedmiot z ładunkiem historycznym i dołożyć do niego celowy rytuał. Albo odwrotnie - przedmiot zrobiony intencjonalnie może z czasem nabrać ładunku relacyjnego.
Ten wątek z kartą Onufrego mnie zatrzymał, bo mam podobne doświadczenie ale z kamieniem. Dostałam obsydian od kogoś kto go długo nosił, więc miał już swój ładunek. Próbowałam go oczyścić i ustawić od nowa pod swoje potrzeby. I przez długi czas czułam że coś w nim się opiera. Nie wiem czy to sugestia, ale ta obserwacja że przedmioty z historią inaczej reagują na nowe intencje - to mi siedzi w głowie od tamtej pory.
Gabrysieńka opisuje coś co w magii ceremonialnej jest traktowane bardzo poważnie - kwestia tego czy przedmiot ma własną historię którą trzeba albo uszanować albo naprawdę głęboko przepracować zanim się go weźmie pod inną intencję. Nie ma tu jednej szkoły. Jedni mówią że oczyszczenie zeruje przedmiot jak nowy. Inni że przedmiot z długą historią nigdy nie jest naprawdę pusty, tylko zmienia warstwy. Mam wrażenie że doświadczenie Gabrysieńki i Onufrego wskazuje raczej na to drugie. Ale to też może być kwestia tego jak zostało zrobione oczyszczenie.
Trochę wracam do pierwotnego tematu wątku, bo przepływamy przez bardzo ciekawe obszary ale tytuł mówił o ochronie w trudnych zawodach. Mam pytanie praktyczne do Simmy albo Syriuszy. Pracuję w środowisku gdzie ludzie regularnie przychodzą z bardzo ciężkimi emocjami - żeby nie za dużo zdradzać. I moje zabezpieczenie rytualne działa do pewnego momentu, ale po naprawdę intensywnym dniu czuję że coś przeszło. Czy są rytuały nie tylko 'przed' ale też 'w trakcie' - coś co można robić aktywnie podczas pracy, nie po?
Cały ten wątek idzie w kierunku który mi się podoba, ale mam jedno pytanie które siedzi mi od dłuższego czasu. Mówimy o ochronie przed negatywnością w pracy, ale czy ktoś tu rozróżnia między negatywnością która pochodzi od innych ludzi a tą która pochodzi z samej natury pracy? Bo pracownik hospicjum jest narażony na co innego niż nauczyciel w trudnej klasie, nawet jeśli oboje potrzebują ochrony. I wydaje mi się że rytuał powinien być do tego kalibrowany, a nie jeden dla wszystkich.
To pytanie które zadajesz na końcu jest akurat dla mnie kluczowe. Bo pracuję z kilkoma osobami które mają bardzo dużo wewnętrznego chaosu i zauważyłam że po takich sesjach czuję się inaczej niż po sesjach z kimś kto przynosi ciężkie emocje ale ma jakiś porządek w sobie. Zewnętrzna negatywność to jedno - możesz się osłonić, możesz mieć barierę, możesz zakończyć kontakt. Ale ta która pochodzi z ciebie samej, z twojego własnego zmęczenia, z czegoś co ta praca ci uruchomiła - tego bariera na zewnętrzu nie zatrzyma. Więc czy wasze praktyki ochronne w ogóle uwzględniają ten podział?
To rozróżnienie które Zina wnosi jest bardzo ważne i myślę że wielu praktykujących je pomija, bo koncentruje się na tym co zewnętrzne - buduje bariery, robi oczyszczenia po pracy, nosi przedmioty - a nie patrzy na to co dzieje się w środku. W tradycji hermetycznej jest coś co można by przetłumaczyć jako oczyszczenie wnętrza przed pracą, nie po. Chodzi o to żeby wejść w kontakt z innymi z możliwie czystym stanem, nie zanosić tam własnych nieuporządkowanych treści. Ale to jest trudniejsze niż postawienie bariery, bo wymaga uczciwości wobec siebie przed każdą sesją.
Zaraz, bo chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Mówicie że bariera energetyczna działa tylko na zewnętrzne rzeczy, tak? A to co wewnętrzne przechodzi przez nią bez problemu? To trochę dziwne bo zawsze myślałem że jeśli się osłonię to jestem osłonięty w ogóle. Jak to działa mechanicznie?
Mam notatki z okresu kiedy pracowałam intensywnie z klientami i robiłam ochronę tylko na zewnątrz. Skończyło się wypaleniem. Dopiero kiedy dodałam coś co robiłam rano - krótki przegląd własnego stanu przed jakimkolwiek kontaktem - zaczęło się zmieniać. Nie był to rozbudowany rytuał, bardziej zatrzymanie i uczciwa odpowiedź na pytanie: z czym ja dzisiaj przychodzę. To głupio proste ale robiło różnicę.
W tekstach hermetycznych - i tu mówię głównie o tradycji zachodniej, szczególnie o tym co wywodzi się z Corpus Hermeticum - jest pojęcie katharsis które nie jest jednorazowym aktem ale stanem do którego się dąży. Forma rytualna może być bardzo konkretna: cisza, oddech, czasem krótka modlitwa lub afirmacja stanu, ale cel nie jest 'zrób to i jesteś czysty'. Chodzi raczej o świadome rozpoznanie swojego stanu i jego tymczasowe odłożenie, nie udawanie że go nie ma. To jest zresztą bliższe terapeutycznej superwizji niż temu co zwykle rozumiemy przez rytuał ochronny. Inne tradycje mają podobne podejście - w buddyzmie tybetańskim mowa o tonglen, który paradoksalnie jest praktyką wejścia w trudną emocję a nie ucieczki od niej.
To co mówi Simma o katharsis jest dokładnie tym co Heschel opisywał inaczej w kontekście żydowskiej tradycji - jest tam pojęcie kavana, czyli intencji, ale nie abstrakcyjnej, tylko bardzo ugruntowanej w konkretnym momencie. Przed każdą modlitwą czy działaniem masz się zatrzymać i sprawdzić czy twoja kavana jest czysta - czy robisz to z właściwego miejsca w sobie. I to nie jest coś co możesz zrobić raz rano i mieć z głowy - może się zmieniać w ciągu dnia. Ciekawe że w tak różnych tradycjach ten mechanizm wewnętrznego sprawdzenia przed działaniem jest tak podobny.
Ja słucham tej rozmowy i mam wrażenie że to co opisujecie to jest coś czego w ogóle nie robiłam. Zawsze myślałam o ochronie jako o czymś co się zakłada jak płaszcz przed wyjściem z domu. A wy mówicie że to jest bardziej jak sprawdzenie czy w ogóle jesteś gotowy żeby wyjść. Czy to znaczy że jak masz za sobą ciężki dzień to po prostu nie powinnaś wchodzić w kontakt z kimś wymagającym? Bo to brzmi trochę jak luksus którego nie zawsze możemy sobie pozwolić.
Ten hak przy drzwiach to jest świetny obraz i o dziwo bardzo mi pomaga zrozumieć o czym rozmawiamy od kilku postów. Bo cały czas szukałam jakiejś techniki, jakiegoś konkretnego działania, a tu chodzi bardziej o rodzaj wewnętrznej decyzji. Mam pytanie bo jestem ciekawa - czy ten 'hak' może być fizyczny? Znaczy czy gdybyś miała konkretny przedmiot, który zostawia się przed wejściem do pracy, to działa tak samo? Bo to by łączyło wątek przedmiotów który wcześniej ciągnęliśmy z tym co teraz mówimy o wewnętrznym stanie.
