Zaczęłam się zastanawiać nad tym tematem po rozmowie z kilkoma osobami, które pracują w naprawdę ciężkich zawodach - pielęgniarki, pracownicy socjalni, ratownicy medyczni. Każda z nich mówiła to samo: że po pewnym czasie coś się zmienia, że wraca się do domu z czymś, czego się nie chce przynosić. Nie chodzi mi tu o klasyczny wypalenie zawodowe w psychologicznym sensie, tylko o coś bardziej subtelnego - jakby pewne energie, emocje, stany innych ludzi zostawały przyklejone. I zaczęłam myśleć, czy rytuały ochronne mają w ogóle sens w kontekście zawodowym, czy to temat w ogóle poruszany w tradycjach, które znacie. Bo ja swoje praktyki mam, ale ciekawa jestem, co robią inni, szczególnie ci, którzy pracują z ludźmi w kryzysie.
To jest temat, który mnie od dawna siedzi w głowie. Jak patrzę na różne tradycje, to widać wyraźnie, że ochrona praktykujących zawodowo pojawiała się zawsze tam, gdzie ktoś regularnie wchodził w kontakt z cierpieniem, chorobą albo śmiercią. Szamani syberyjscy mieli całe sekwencje oczyszczające po powrocie z pracy z chorym - nie tylko dla siebie, ale też dla przestrzeni, w której mieszkali. Podobnie u uzdrawiaczy w tradycji andyjskiej, paqo - istniał konkretny protokół zakończenia pracy, żeby to, co zostało zebrane podczas sesji, nie pozostało w ciele uzdrawiacza. Ciekawe jest to, że w tych tradycjach nie traktowano tego jako ewentualność, tylko jako obowiązek. Nie robiłeś tego - byłeś nieodpowiedzialny. Pytanie, które mam do Simmy: czy te osoby, o których mówisz, odczuwają to bardziej fizycznie, czy raczej emocjonalnie? Bo to może zmieniać podejście do rytuału.
Pracuję w hospicjum jako wolontariuszka i to, co Simma opisuje, znam bardzo dobrze z własnego doświadczenia. Przez długi czas myślałam, że to po prostu zmęczenie, ale to było coś innego - pewna ciężkość, która nie znikała po śnie. Zaczęłam robić coś prostego na granicy wyjścia z budynku - dosłownie zatrzymuję się przy drzwiach, oddycham kilka razy i wyobrażam sobie, że zostawiam tam wszystko, co nie jest moje. Brzmi banalnie, ale zaczęło działać. Zastanawiam się teraz, czy to działa, bo naprawdę coś robi, czy dlatego, że mam do tego przekonanie i to wystarczy. Ktoś miał podobny dylemat?
Mam zapisane w notatkach kilka run związanych właśnie z ochroną i oczyszczaniem, bo to mnie zawsze ciągnęło bardziej niż reszta. Algiz to oczywisty wybór jeśli chodzi o ochronę, ale patrząc na to, co tu piszecie, zastanawiam się czy Isa nie byłaby lepsza do pracy na granicy - do oddzielania tego, co moje od tego, co nie moje. Isa zatrzymuje, mrozi, buduje barierę. Próbowałam tego ostatnio w kontekście kontaktów z osobami bardzo obciążonymi emocjonalnie i mam wrażenie, że to inaczej działa niż Algiz. Ale mam pytanie do Simmy i Strzyboga - czy w tradycjach, o których piszecie, jest coś analogicznego do tej granicy między ochroną a oczyszczaniem? Bo to chyba dwa osobne mechanizmy, które my często mieszamy w jedno.
Czytam i mam takie wrażenie, że wy mówicie o tym tak, jakby każdy człowiek pracujący w trudnym zawodzie był z definicji wrażliwy na te energie. A co z kimś, kto nigdy nic nie czuje, żadnego ciężaru, żadnej ciężkości, i normalnie funkcjonuje? Czy taka osoba potrzebuje rytuału ochronnego, czy może po prostu ma jakąś naturalną barierę? To mnie zastanawia, bo znam kogoś takiego i szczerze nie wiem, czy jej gratulować, czy się martwić.
A nie prościej po prostu porządnie się wysyknąć po pracy, wziąć prysznic i nie myśleć o robocie? Serio pytam, bo nie rozumiem, dlaczego do tego potrzeba rytuału. Mój kumpel jest strażakiem i po pracy po prostu idzie na piwo, śpi i rano jest ok. Nie mówię, że wy macie rację ani że nie macie, po prostu nie widzę tu czegoś, czego zwykły odpoczynek nie załatwia.
Przeczytałam cały wątek i mam pytanie, może głupie - czy te rytuały ochronne działają tylko dla osób, które pracują zawodowo w takich trudnych miejscach, czy też dla kogoś, kto ma w rodzinie osobę bardzo obciążoną i przez to sam jest cały czas narażony? Bo moja sytuacja jest taka, że mieszkam z osobą chorą psychicznie i mam wrażenie, że to opisywane przez Spellbound zjawisko - ta ciężkość, która zostaje - u mnie jest na co dzień, nie po pracy.
To co Petronelka_54 pisze jest ważne i rozszerza ten temat w dobrym kierunku. Ale chciałem wrócić do czegoś, co Strzybog powiedział wcześniej - że w tamtych tradycjach brak rytuału oczyszczającego był traktowany jako nieodpowiedzialność. Zastanawiam się, jak to przekładało się na praktykę grupową. Czy wspólnota to kontrolowała, pilnowała? Bo współcześnie to jest bardzo indywidualna sprawa, robimy albo nie robimy, nikt nas do tego nie zobowiązuje. Mam wrażenie, że przez to łatwiej to porzucamy kiedy jesteśmy zmęczeni, czyli dokładnie wtedy kiedy tego najbardziej potrzebujemy.
Ten wątek idzie w ciekawą stronę. Chcę dorzucić jedną obserwację, którą zrobiłem przez lata - rytuały, które działają długoterminowo, mają jedną wspólną cechę. Są zakorzenione w czymś, co ma dla osoby autentyczne znaczenie. Nie chodzi o to, żeby skopiować protokół szamański albo wziąć runę, bo ktoś napisał na forum, że działa. Chodzi o to, żeby zbudować własny system, który ma wewnętrzną logikę. Widziałem ludzi, którzy porzucali praktyki po kilku tygodniach, bo były cudze - przejęte z książki, z internetu, z czyichś sugestii. I widziałem takich, którzy trzymali się czegoś przez lata, bo to było ich własne, nawet jeśli z zewnątrz wyglądało skromnie.
Słuchajcie, wchodzę w ten wątek z trochę innej strony. Mam przyjaciółkę, która pracuje jako terapeutka traumy i ona opisuje to, co wy tu nazywacie zbieraniem energii, jako zjawisko znane w psychologii jako wtórna traumatyzacja albo zmęczenie współczuciem. Jej superwizorzy nie mówią o rytuałach, ale ich zalecenia są zadziwiająco podobne do tego, co tu opisujecie - wyraźne granice czasowe i przestrzenne między pracą a domem, rytuał zakończenia sesji, regularne oczyszczanie przestrzeni. Tylko inaczej to nazywają. Zastanawiam się, czy to jest ten sam fenomen opisywany różnymi językami, czy jednak jest między nimi jakaś różnica, która ma znaczenie.
Gabrysieńka50 porusza coś ważnego. Ja zresztą myśle że to samo zjawisko jest też widoczne w astrologi, konkretnie w Saturnie i jego relacji do granic. Ludzie silnie saturnińscy często naturalnie budują takie granice bez świadomego rytuału - po prostu tak działają. Ale ci, co mają Saturna słabego albo w trudnych aspektach, mogą mieć z tym ogromny problem, bo granice im się rozmywają bez wysiłku. Nie wiem czy to ważne dla waszej dyskusji ale mnie zawsze uderza jak tradycje ezoteryczne opisują to samo co astrologia tylko inaczej.
Czytam to od początku i mam takie pytanie praktyczne, bo sam pracuję w call center z reklamacjami, co może nie jest hospicjum, ale po kilku godzinach słuchania wściekłych ludzi też się coś zbiera. Czy te rytuały, o których mówicie, nadają się do czegoś takiego, czy to raczej przeznaczone dla osób, które mają kontakt z ciężką chorobą albo śmiercią? Bo mam wrażenie, że w moim przypadku to brzmi jak przerost formy nad treścią, ale z drugiej strony ta ciężkość po pracy jest realna.
No i właśnie o to mi chodzi - czy ktoś z was próbował stosować cokolwiek w kontekście takiej pracy jak moja? Bo call center z reklamacjami to nie jest hospicjum, zgoda, ale godzina w godzinę słucham ludzi, którzy krzyczą, przeklinają, zrzucają na mnie odpowiedzialność za rzeczy, na które nie mam żadnego wpływu. I po sześciu godzinach tego mam wrażenie, że jestem dosłownie poobijany od środka. Nie wiem jak to inaczej nazwać.
Ten wątek z call center mnie zatrzymał, bo rzeczywiście rzadko myślimy o tych zawodach w tym kontekście. A tymczasem nauczyciel w szkole z trudną młodzieżą, kasjer w hipermarkecie w piątek po południu, pracownik działu skarg - to są ludzie, którzy absorbują cudzą frustrację przez kilka godzin dziennie, regularnie, bez przerwy. I nikt im nie mówi, że mogą cokolwiek z tym zrobić, bo to 'tylko praca'. Mnie ciekawi, czy Alembik próbował kiedyś czegokolwiek po pracy, żeby się z tego wytrząsnąć, czy to spontaniczne.
Spontaniczne głównie. Czasem idę pobiegać, to pomaga. Ale zdarzają się dni, kiedy jestem tak wykończony, że nie mam siły na nic i po prostu się kładę i próbuję zasnąć, a w głowie mi się kręcą te rozmowy. Konkretne zdania, konkretne głosy. To chyba jest właśnie ten problem. Spellbound, a to twoje wyobrażenie przed pracą - robiłaś je w domu, przed wyjściem, czy gdzieś już w drodze albo w pracy?
To z tymi głosami kręcącymi się w głowie to jest dokładnie to, co badacze wtórnej traumatyzacji opisują jako intruzywne reminiscencje - te same mechanizmy co przy PTSD, tylko w łagodniejszej formie. Mam wrażenie, że tutaj granica między tym, co ezoteryczne i psychologiczne jest naprawdę cienka. Bo jeśli rytuał zamknięcia pracy faktycznie pomaga na takie rzeczy - to dlaczego? Co w nim jest, że działa na coś, co psychologia opisuje jako problem neurologiczny?
To co Strzybog pisze o granicy czasowej jest dla mnie kluczowe, bo właśnie o to mi chodziło, kiedy pisałam o Isa. Ta runa to nie jest tylko 'zatrzymanie' - to jest lód, czyli coś, co twardnieje i tworzy wyraźną powierzchnię. Jak się nad tym zastanawiam, to właśnie ta twardość, ta wyrazistość granicy, jest chyba tym, czego szukamy. Nie rozmyte zakończenie dnia, tylko coś ostrego. Mam pytanie do osób, które mają jakiś regularny rytuał zamknięcia - czy on ma w sobie jakiś element, który fizycznie oznacza granicę? Coś, co się robi rękami, ciałem, nie tylko myślą?
Dobra, nie chcę być tym, który psuje dyskusję, ale serio - kładzenie ręki na framudze? To mi bardziej wygląda jak OCD niż rytuał ochronny. Skąd wiecie, że to nie jest po prostu nawyk, który daje złudzenie kontroli? Nie mówię złośliwie, serio pytam, bo nie rozumiem tej logiki.
Mam wrażenie, że ta rozmowa trochę odpływa w kierunku psychologii kontra ezoteryka i zaczynam się gubić, która strona ma rację. Bo z jednej strony Strzybog i Arat mówią rzeczy, które mnie przekonują, z drugiej Kanko zadaje pytania, które też nie są bez sensu. Chciałam zapytać Petronelkę - te runy, o których piszesz, stosujesz je jako element jakiegoś konkretnego rytuału, czy raczej jako coś, co nosisz przy sobie? Bo to dla mnie dwie różne rzeczy i nie do końca wiem, jak oddzielić jedno od drugiego.
To co Petronelka pisze o intencji przypomina mi coś z astrologii - konkretnie o znaczeniu Merkurego w kontekście rytuałów. Merkury rządzi komunikacją i granicami mentalnymi, i jak ktoś ma go mocno zaznaczonego, to rytuały werbalne, czyli właśnie z wymawianiem intencji, działają dla niego lepiej niż na przykład rytuały z użyciem świec czy kadzidła. To może tłumaczyć dlaczego nie ma jednej metody która pasuje do wszytskich - może to jest też kwestia indywidualnego układu.
Rojnik porusza coś, nad czym sam się zastanawiałem. Może zamiast szukać tej 'właściwej' metody, warto najpierw obserwować, co naturalnie robimy po trudnym dniu. Nie jako ezoterykę, tylko jako własne zachowanie. Niektórzy palą papierosa, inni idą pod prysznic, inni gotują, jeszcze inni słuchają konkretnej muzyki. I może to jest właśnie punkt wyjścia - bo to co robimy spontanicznie, to jest jakiś sygnał, czego nasz system nerwowy szuka. Simma, mam wrażenie że ty o tym pisałaś wcześniej przy tych pielęgniarkach - czy one miały jakieś spontaniczne rytuały, zanim zaczęły coś robić świadomie?
Słucham tej dyskusji i mam coraz bardziej konkretne pytanie. Mój mąż wraca z pracy i właściwie przez pierwsze dwie godziny jest niedostępny - siedzi, patrzy w ścianę albo w telefon i nie da się z nim rozmawiać. To trwa już od lat i tłumaczy to stresem w pracy. Ale słuchając was, zaczynam się zastanawiać - czy to nie jest właśnie taki spontaniczny rytuał wyciszenia, który robi nieświadomie? I czy mogłabym mu w jakiś sposób pomóc go ustrukturyzować, żeby to trwało krócej albo było bardziej skuteczne?
To co Gabrysieńka napisała o spontanicznych strategiach mi zostało w głowie. Bo mój mąż właściwie sam wypracował to siedzenie w ciszy i chyba nie uważa tego za problem. Problem widzę ja, bo czuję się wtedy jakby mnie nie było. Ale wracając do tego wątku - czy w takim razie te rytuały oczyszczające, o których tutaj piszecie, w ogóle mogą działać na kogoś, kto nie wie, że to robi? Albo kto nie chce tego nazywać rytuałem?
No właśnie, więc to nie jest żaden rytuał, tylko przerwa. Kolega Jacenty01 po prostu odpoczywał. Temu trzeba nadawać jakieś mistyczne nazwy? Idę na kawę po ciężkim mailu - powinienem to zacząć nazywać rytuałem oczyszczającym wodą?
Ale czy ta intencja nie zmienia czegoś naprawdę, czy tylko sprawia, że czujemy się, jakby zmieniała? Bo jak słucham tej dyskusji, to mam wrażenie, że cały czas kręcimy się wokół tego samego pytania i nikt nie może udzielić odpowiedzi, bo jej po prostu nie ma.
Zina trafia w sedno, tylko że to pytanie zakłada, że 'naprawdę' i 'w naszym odczuciu' to dwa osobne porządki. W tradycjach szamańskich, szczególnie w syberyjskich praktykach jak te opisywane przez Mirceę Eliadego, nie ma takiego rozróżnienia - intencja jest częścią przyczyny, nie tylko subiektywną interpretacją skutku. Z tego punktu widzenia 'naprawdę działa' i 'zmienia coś w głowie' to to samo zdarzenie opisywane z dwóch stron.
Petronelka mówi coś, z czym się zgadzam i co obserwuję też u innych. Intencja może przychodzić stopniowo, przez powtarzanie. Antropolodzy rytualności, np. Pascal Boyer, pisali o tym, że rytuał tworzy intencję przez strukturę, nie odwrotnie - to znaczy, że samo powtarzalne zachowanie wytwarza w mózgu schematy semantyczne, którym dopiero potem przypisujemy znaczenie. Więc kolega z parkingu, jeśli robi to samo każdego dnia, może nieświadomie budować coś, co działa podobnie.
