Wchodzę w ten wątek bo mam podobne doświadczenie z wypaleniem i rytuałem. U mnie był taki moment że przestałam w ogóle robić wieczorne zamknięcie, bo czułam że 'nic nie daje' - i dopiero po kilku tygodniach bez tego zauważyłam jak bardzo się różnię od siebie z rytuałem. Jakby dopiero brak pokazał co tam było. To trochę zmienia perspektywę - może nie zawsze czujemy efekt na bieżąco, bo jest zbyt stopniowy.
Onufry trafił w coś co dla mnie jest centralnym paradoksem rytuałów ochronnych - one są właśnie po to żeby działały wtedy kiedy ty nie działasz. Jeśli rytuał wymaga że musisz być 'w odpowiednim stanie' żeby go wykonać, to jest bezużyteczny w sytuacjach kryzysowych. To co Gabrysieńka opisała - poczucie że rytuał zawiódł kiedy była wypalona - może być sygnałem że rytuał był zbyt zależny od jej stanu wewnętrznego. I to jest rzecz do przemyślenia przy układaniu rytuałów dla trudnych zawodów.
Simma napisała że rytuał ma działać kiedy ty nie działasz i to mnie trochę zatrzymało. Bo ja jak słyszę 'ochrona w trudnym zawodzie' to myślę o czymś co aktywnie robisz, jakimś wysiłku. Ale tu brzmi jakby chodziło o coś co cię utrzymuje bez twojego udziału. Czy to nie jest trochę za dużo oczekiwać od rytuału? Tzn. skąd on czerpie tę siłę kiedy ty jej nie masz?
Strzybog napisał że budowanie rytuału w czasie spokoju jest ważniejsze niż szukanie na chwilę kryzysu i to mi mocno siedzi, bo to oznacza że w zasadzie większość ludzi robi to odwrotnie. Szukają czegoś kiedy już jest źle. Mam zapisane kilka przypadków z obserwacji własnych i innych - i faktycznie, rytuały wprowadzone w panice rzadko się utrzymują. Ale mam pytanie praktyczne - jak długo trzeba to robić regularnie zanim ta struktura się zakoduje? Bo nie wiem czy ktoś to badał.
Petronelka napisała coś co mnie zatrzymało - że większość ludzi szuka rytuału kiedy już jest źle. I to jest dokładnie to co obserwuję przez lata. Ktoś przychodzi z wypaleniem, z poczuciem że praca go zjada, i chce teraz, natychmiast, czegoś co go ochroni. Ale to trochę jakby zacząć trenować kondycję w trakcie pożaru. Struktura musi być wcześniej, żeby w ogóle miała się do czego uruchomić.
Simma napisała że struktura musi być wcześniej i to mnie uderzyło, bo właściwie kiedy jest ten właściwy moment na budowanie rytuału ochronnego? Bo logicznie biorąc - jeśli robisz to w spokoju, to skąd wiesz czego właściwie potrzebujesz? Nie masz jeszcze doświadczenia z tym co cię będzie obciążać.
To co Spellbound pisze o uwadze mnie zastanawia. Ale chciałam zapytać o coś bardziej konkretnego - bo w tym wątku dużo się mówi o zawodach trudnych i o ochronie przed negatywnością, ale właściwie co to znaczy 'negatywność' w tym kontekście? Bo to może być i energetyczne przejęcie cudzych emocji, i po prostu stres, i coś zupełnie innego. Czy to nie jest rozmyty termin?
Petronelka trafnie opisuje tę różnicę i ja to znam z innej strony - pracowałem przez kilka lat w miejscu z bardzo dużą rotacją kryzysowych spraw i na początku kompletnie nie rozróżniałem skąd pochodzi moje wyczerpanie. Dopiero po czasie zauważyłem że po pewnym typie rozmów byłem wyczerpany mimo że nic trudnego się nie wydarzyło od strony zawodowej. Nie mam dobrego wyjaśnienia czemu, ale ta obserwacja była dla mnie punktem wyjścia do szukania czegoś co działa inaczej niż relaks.
Arat mówi o wodzie i to jest obecne w praktycznie każdej tradycji jako gest oczyszczenia po kontakcie z tym co obciążające. W judaizmie netilas yadayim, w islamie wudu, w japońskim shinto misogi, ale też w zupełnie świeckich rytuałach pogrzebowych wiele kultur ma zwyczaj mycia rąk po kontakcie z ciałem. To nie jest przypadek - woda jako granica między stanami jest tak powszechna że trudno ją zignorować jako przypadkowy kulturowy wynalazek.
Simma napisała że ciało 'wie' kulturowo i to mnie trochę zatrzymuje, bo co jeśli ktoś wychował się poza tymi tradycjami albo ma do nich stosunek ambiwalentny? Czy rytuał z wodą zadziała tak samo dla kogoś kto np. żadne z tych kulturowych skojarzeń mu nic nie mówi? Pytam szczerze, bo mam bliską osobę w sytuacji kiedy zaczyna szukać ochrony dla siebie w pracy i zastanawiam się co polecić.
To co Strzybog mówi o własnych rytuałach potrzebujących więcej czasu mnie zastanawia w kontekście zawodów trudnych specyficznie. Bo np. ratownicy czy psychiatrzy mają swoje środowiskowe rytuały - czarny humor, konkretne rytuały przy zmianie służby, pewne gesty. Czy to też się liczy jako rytuał ochronny, skoro nie jest świadomy?
To co Kanko zadał to właściwie pytanie o to kto definiuje co jest skutecznym rytuałem ochronnym. I nie wiem czy to nie wychodzi poza to co tu omawiamy, ale wydaje mi się ważne. Wracając do praktycznej strony - w tym wątku mówiliśmy dużo o elementach wody, o granicach czasowych, o budowaniu struktury z wyprzedzeniem. Ale nie słyszałam jeszcze żeby ktoś powiedział wprost: co robisz kiedy rytuał z jakiegoś powodu jest niemożliwy do wykonania tego dnia? Bo są takie dni.
Rojnik zadała pytanie o to co jeszcze poza wodą i granicą, i chciałam do tego wrócić bo myślę że w tym wątku trochę ominęliśmy dym. A to jest element który w kontekście zawodów trudnych ma naprawdę solidne podstawy - zarówno etnograficzne jak i praktyczne. Kadzidła, żywice, zioła. W tradycjach szamańskich z całego świata dym jest nośnikiem intencji i granicą między przestrzeniami - przestrzenią pracy a przestrzenią powrotu. Copal w Mezoameryce, palo santo, sagrada, żywica labdanum w basenie śródziemnomorskim, kadzidło w prawosławiu i katolicyzmie, joss sticks w tradycjach wschodnioazjatyckich. Nie chodzi o to żeby kopiować cudzą tradycję, ale o to że dym jako element rytuału ochronnego ma za sobą tyle warstw zbiorowego znaczenia, że samo siedzenie przy nim z jakąś intencją robi coś z uwagą. Dla mnie osobiście w pracy jest to element zamknięcia dnia - nie otwarcia. Wieczorem, nie rano.
A dlaczego zamknięcia, nie otwarcia? Trochę intuicyjnie mi się wydawało że raczej powinno być przed - żeby się zabezpieczyć zanim wyjdziesz. Ale co ty mówisz o zamknięciu dnia brzmi jakby to była inna logika.
Ale to jest dosłownie to samo co aromaterapia relaksacyjna po pracy. Znaczy się kupujesz dyfuzor z lawendą, też się relaksujesz. Gdzie tu jest rytuał a gdzie po prostu produkt do relaksu?
Wątek dymu i wody mnie zastanawia w kontekście pewnej rzeczy której tu jeszcze nie powiedzieliśmy - że te elementy mają też bardzo konkretne odpowiedniki w runach. Fehu, Laguz i Kenaz to trzy runy które pojawiają się w kontekście ochrony granic energetycznych przy pracy pomocowej. Laguz to woda w szerokim sensie - przepływ, ale też głębokość i to co niewidoczne. Kenaz to ogień kontrolowany, świadomość, ale też ciepło jako bariera. Nie mówię że ktoś musi pracować z runami, tylko że te archetypy wychodzą niezależnie od tradycji w podobnych kontekstach.
To co Petronelka mówi o rysowaniu na nadgarstkach przypomniało mi że w tradycji żydowskiej jest coś podobnego - mezuza na progu domu jest fizycznym markerem granicy. Ale też w kabale są gesty ochronne przed wejściem w przestrzeń potencjalnie trudną. Podobnie w tradycji chrześcijańskiej - żegnanie się przed wejściem do szpitala albo na pogrzeb. Wszystkie te gesty to zaznaczanie progu. I to na ciele, nie w przestrzeni.
Ale czy te progi można zbudować samemu od zera jeśli się pracuje zdalnie? Bo mam koleżankę która pracuje jako psycholog online i mówi że to jest zupełnie inny problem - gabinet jest w domu, klient jest w laptopie, koniec sesji to zamknięcie okna przeglądarki. I dosłownie nie ma gdzie postawić progu fizycznie.
To jest bardzo konkretny problem i myślę że go nie doceniamy. Praca zdalna w zawodach pomocowych rozmywa właśnie tę strukturę granicową. Ale próg nie musi być fizycznym miejscem - może być gestem. Wstanie od biurka i zmiana ubrania po ostatniej sesji. Herbata parzona konkretnie po pracy, nie przy okazji. Coś co ciało kojarzy jako sygnał. Koleżanka Gabrysieńki mogłaby spróbować stworzyć rytuał wyjścia z 'przestrzeni pracy' mimo że fizycznie jest w tym samym pokoju - przez zmianę czegoś namacalnego.
Przepraszam że się wtrącam ale mam pytanie do Simmy - ty mówisz o zmianie ubrania po pracy jako rytuał i ja to słyszę pierwszy raz w takim kontekście. Ale czy to nie jest za proste żeby zadziałało? Mam na mysli że to robi pewnie milion osób bez żadnej intencji i nie czują żeby coś się zmieniło.
Nie odzywałem sie tu wcześniej ale czytam od początku i chce dodać jeden element ktory sie tu nie pojavił - aspekty planetarne i pory dnia przy rytuałach ochronnych. Godziny Saturna są tradycyjnie używane do rytuałów granic i ochrony, godziny Marsa do budowania siły. Jak ktoś pracuje w zawodzie trudnym i chce budować rytuał, warto uzupełnić go o czas - nie robić tego byle kiedy. To daje strukturę zewnętrzną kiedy wewnętrzna jest trudna do utrzymania.
Dodam jeszcze że godziny Saturna nie są losowe - Saturn rządzi strukturą, granicami, dyscypliną. To planetarna zasada za tym stoi. W praktyce oznacza to że wtorek o świcie albo sobota to nie są równoważne dni do rytuałów ochronnych. Różnica jest subtelna ale po czasie się czuje. Choć rozumiem że ktoś kto pracuje na nocnych zmianach ma z tym problem logistyczny.
Przepraszam że wchodzę w to pytaniem z boku, ale czy ktoś może mi wyjaśnić skąd właściwie pochodzi ten system godzin planetarnych? Bo Modest piszę o wtorku i Saturnie, a ja zawsze myślałam że Saturn to sobota. Czy to się różni w zależności od systemu?
Przepraszam ale ja ciągle nie rozumiem jednej rzeczy w tym co mówicie o godzinach Saturna i mezuzach i progach. Czy nie jest tak że te wszystkie praktyki wymagają że człowiek w nie wierzy żeby działały? Bo jak ktoś jest sceptyczny i robi rytuał ochronny to co wtedy?
Wracam chwilę do Edytki i zmiany ubrania, bo chcę dodać coś konkretnego. Nie chodzi tylko o intencję w sensie 'teraz muszę być skupiona'. Chodzi o to że ciało rozpoznaje wzorce. Jeśli przez kilka miesięcy zdejmujesz określone ubranie po pracy i za każdym razem robisz przy tym jeden gest, oddech, cokolwiek - ciało zaczyna ten moment traktować jako sygnał do zmiany trybu. To nie jest wiara, to jest warunkowanie. I to warunkowanie jest w moim odczuciu zupełnie realnym mechanizmem ochronnym, szczególnie dla tych zawodów gdzie nie ma fizycznej granicy między pracą a resztą dnia.
Simma - to ma sens jak to tak tłumaczysz. Ale mam pytanie dodatkowe - czy ten gest musi być czymś specjalnym czy może być zwykłym ruchem? Bo ja na przykład zawsze zapinam i odpinam ten sam zegarek rano i wieczór, ale robię to nieświadomie od lat. Czy coś takiego może być rytuałem ochronnym jeśli zacznę to robić z większą uwagą?
Słucham was i myślę że ta kwestia z zegarkiem i automatyzacją to jest w sumie serce całej tej dyskusji. Bo z jednej strony Strzybog mówi że w tradycjach liturgicznych powtarzalność ma wartość niezależnie od skupienia. Z drugiej Simma mówi o warunkowaniu. A z trzeciej kilka postów temu Arat przyznał że w trudniejszych momentach wracał do bardziej świadomego wykonywania. Może te trzy rzeczy po prostu opisują różne funkcje tego samego działania?
