to jest ważna rzecz którą powiedziałaś. Smutek zamiast spokoju to jest sygnał, że ten przedmiot jest teraz czymś innym niż był. I myślę że twoja mama ma zdrową intuicję, że sama ci to powiedziała zamiast udawać że jest dobrze.
A czy twoja mama mówiła co czuje kiedy w ogóle siada żeby pobyć chwilę w ciszy? Bez żadnego przedmiotu, bez żadnej struktury? Pytam bo może problem nie leży w tym co robić, tylko w tym że ona sama nie wie już czego chce od rytuału - ulgi, kontaktu, wspomnienia?
Słucham tego i mam taką myśl, może trochę z boku - czy seniorzy którzy mają za sobą długą historię z rytuałami nie potrzebują czasem kogoś obok? Nie w sensie prowadzenia ich za rękę, tylko takiej obecności? Bo moja babcia zawsze robiła swoje rzeczy w grupie i potem kiedy tej grupy już nie było, sama przestała.
No i dochodzimy do sedna - bo to już nie jest tylko kwestia uproszczenia praktyki, tylko kwestia tego że warunki zewnętrzne się zmieniły. Samotność, inny czas życia, inne ciało. Może te rytuały dla seniorów powinny w ogóle uwzględniać że część z nich jest sama?
Wchodzę w ten wątek bo to jest coś z czym się zmagam koncepcyjnie. Mówimy o minimalistycznych praktykach dla seniorów, ale im bardziej ta rozmowa idzie, tym bardziej widać że minimalizm formy nie wystarczy jeśli nie ma minimalizmu psychologicznego. Znaczy że uproszczony rytuał i tak może być obciążający jeśli osoba niesie w nim całą historię oczekiwań wobec siebie.
Halinka, myślę że nie da się tego nauczyć inaczej niż przez robienie tego źle kilka razy i zauważenie tego. Przynajmniej u mnie tak to szło. Siadałam i czułam że zaraz się zacznę oceniać, i to samo w sobie już było sygnałem że coś idzie nie tak. Z czasem przerwa między bodźcem a oceną się wydłuża. Nie wiem czy to działa tak samo u kogoś starszego.
Mam pytanie bo może jestem naiwna - ale czy nie jest tak że starsi ludzie sa moze mniej surowi dla siebie niż my młodsi? Moja babcia nigdy sie sama nie krytykowała tak jak ja to robie. Może oni mają ten minimalizm psychologiczny naturalnie po prostu przez to że przeżyli już tyle?
To wszystko brzmi sensownie ale mam takie poczucie że gdzieś zgubiliśmy wątek praktyczny. Czy ktoś wie co konkretnie robią osoby które dobrze funkcjonują w praktykach na starość? Nie filozoficznie, tylko co tam jest? Ile trwa, jak wygląda?
Maciejos, to jest coś co powiedziałam mamie nieco inaczej - że może nie chodzi o rytuał w sensie ceremonii, tylko o jeden moment dziennie który jest jej. Ona sie zamyśliła i powiedziała że lubi rano otwierać okno i stać chwilę z filiżanką. Zawsze. I ja sobie teraz myślę czy to właśnie nie jest już rytuał, tylko ona nigdy tak tego nie nazywała.
To co Chryzoprazka powiedziała o mamie i oknie z filiżanką - to mnie zatrzymało. Bo ja też mam taki moment rano, tylko że przy kalendarzu. Patrzę na datę, czasem przez chwilę myślę o dniu i tyle. Nigdy nie nazywałam tego rytuałem, ale może właśnie to jest to o czym rozmawiamy? Że starsi ludzie już to mają, tylko nie wiedzą że to mają?
Trzygłow, powiem co zrobiłam z mamą bo to może być ta praktyczna odpowiedź. Zaproponowałam jej żeby podczas tego stania przy oknie, jeśli ma ochotę, pomyślała o jednej rzeczy za którą jest wdzięczna. Tylko jednej. Nie żeby to zapisywała, nie żeby to wypowiadała głośno, po prostu żeby była. Powiedziała że spróbuje. Nie wiem czy próbuje, nie pytam. Myśle że to ważne żeby nie pytać.
Chryzoprazka, ale jak ty wiedziałaś że jedna wdzięczność to dobra liczba? Że nie za dużo i nie za mało? Pytam szczerze bo sama nie wiem jak to dawkować kiedy zależy mi na kimś i chcę zaproponować coś prostego a nie wiem gdzie jest granica między wsparciem a narzuceniem.
To co piszesz o tej jednej wdzięczności - czytałam kiedyś że w buddyjskiej tradycji therawady jest coś podobnego, mudita, czyli współradość, i że praktykuje się ją często przez jedno proste przypomnienie sobie czegoś przyjemnego, nie przez rozbudowaną medytację. Że to może być dosłownie sekunda. Nie wiem czy to pasuje do tego co tu omawiamy, ale skojarzyło mi się.
Słucham i mam taką obserwację z własnego doświadczenia z osobami starszymi w mojej rodzinie - że im bardziej coś jest proste, tym ważniejsze jest żeby miało jakiś kotwicę czasową. To okno o tej samej porze działa właśnie dlatego że jest o tej samej porze. Jak to się przesuwa, jak jest 'kiedy mam chwilę', to znika. Dla osób które mają zaburzone poczucie czasu przez samotność albo chorobę, ta regularność jest czymś więcej niż tylko nawykiem.
Właśnie sobie pomyślałem że w japońskiej tradycji zen jest pojęcie keisaku, tego kija którym nauczyciel stuka podczas medytacji żeby przywołać uwagę. I zastanawiam się czy dla osób starszych coś podobnego, ale łagodnego, nie fizycznego, może mieć sens. Jakiś dźwięk, zapach, coś co regularnie mówi: czas. Nie wiem tylko czy to nie jest znowu za dużo warstw.
I tu wracam do pytania które gdzieś się pojawiło wcześniej - czy tworzyć nowe rytuały dla seniorów czy szukać tych które już mają. Bo Trzygłow właśnie opisał rytuał który jego dziadek miał od dawna i działał. Nikt go nie projektował. Może rolą kogoś bliskiego jest tylko zauważyć i może delikatnie wzmocnić, a nie budować od zera?
A czy ktoś wie jak to jest z osobami które całe życie praktykowały coś bardziej złożonego i teraz tego nie mogą kontynuować w tej formie? Bo tu chyba jest inny problem niż z kimś kto nie miał żadnej praktyki. To musi być rodzaj żałoby za własną dawną praktyką, nie?
Jacenty, Halinka - właśnie to mnie zastanawia odkąd przeczytałam wasz wątek. Czy żałoba za własną praktyką to coś co w ogóle jest uznawane za coś realnego, czy raczej się ją zbagatelizowuje? Bo mam wrażenie że jak ktoś mówi 'nie mogę już tyle ćwiczyć jogę' to słyszy 'to zacznij coś łagodniejszego' jakby forma była wymienialna. A ona może nie jest.
forma i treść rytuału to nie jest to samo, masz rację. W literaturze o rytuałach przejścia - szczególnie u van Gennepa - jest ten koncept liminality, stanu progowego. I utrata zdolności do kontynuowania własnego rytuału to jest właśnie wejście w taki stan progowy, z którego nie wiadomo jak wyjść. Nie ma dla niego gotowej mapy. Van Gennep pisał o rytuałach które prowadzą przez próg, ale co jeśli próg jest odcięciem od samych rytuałów?
Ale jak to w praktyce wygląda - transmitować istotę? Masz na myśli że jeśli ktoś medytował siedząc, to może zacząć medytować leżąc i to jest ten sam rytuał? Czy to już inny rytuał? Bo dla mnie intuicyjnie to wciąż medytacja, ale może dla tej osoby forma była nieodłączna.
Właśnie czytałam gdzieś że w japońskim pojęciu kata - tych ustalonych form w sztukach walki czy ceremoniach - forma jest nośnikiem treści i nie można ich tak łatwo rozdzielić. Że jak zmienisz formę, to coś z treści się traci, nawet jeśli niby to 'to samo'. Nie wiem jak to się ma do rytuałów u seniorów, ale to mnie uderzyło kiedy czytałam tę dyskusję.
Ja bym tu poszła inaczej. Są badania z terapii tańcem i ruchem, w tym z osobami po udarach, które pokazują że mózg potrafi 'wykonać' ruch bez fizycznego wykonania go. I że to aktywuje podobne struktury. Nie wiem czy to jest odpowiedź na pytanie o rytuał, ale coś z tego wynika - może wyobrażone wykonanie rytuału ma sens, nie tylko jako zastępcze, ale jako realne.
To co Edek opisuje przypomina mi praktyki medytacyjne w tradycji tybetańskiej, gdzie jest coś co się nazywa visualization practice - szczegółowe wyobrażanie sobie całego rytuału, każdego gestu, każdego elementu. I to jest traktowane jako pełnoprawna praktyka, nie jako 'namiastka'. Może to jest właśnie ten most dla kogoś kto stracił możliwość fizycznego wykonania?
Tajemniczka ma punkt. Moja mama nigdy nie medytowała w żadnym technicznym sensie, i gdybym jej zaproponowała 'wyobraź sobie że stoisz przy oknie' to by na mnie spojrzała dziwnie. Ona musi naprawdę stać. Może dlatego ta prostota - stanie przy oknie - jest lepsza od wszystkiego bardziej rozbudowanego, bo jest dostępna prawie do końca.
I chyba właśnie to jest sedno tego co robimy na tym wątku - że minimalizm w rytuałach dla seniorów to nie jest uproszczenie z litości, tylko jakiś rodzaj mądrości. Im mniej elementów zależy od sprawności, tym dłużej rytuał żyje. To nie jest ograniczenie, to jest odporność.
Dobra, ale żeby zejść na ziemię - czy ktoś z was w praktyce próbował zaproponować jakiś minimalistyczny rytuał osobie starszej i to nie wyszło? Bo dotąd słyszę o tym co działa, a zastanawiam się co się sypie i dlaczego.
To mnie prowadzi do myśli - może w ogóle najlepsze rituały dla seniorów to te które nie mają żadnego produktu. Żadnego zapisu, żadnego efektu do pokazania. Czyste bycie. Ale jak to się ma do tej wspólnotowości o której wcześniej mówiliśmy? Bo jak jest tylko w środku i dla nikogo, to czy może być widziane przez innych tak żeby spełniało tę funkcję przynależności?
