To pytanie Jacentego mnie zatrzymuje - co z tą wspólnotowością jak rytuał jest tylko wewnętrzny? Bo mam wrażenie że przez całą tę dyskusję mówimy o rytuale jako czymś prywatnym, jednostkowym. Ale przecież dużo tradycyjnych rytuałów seniorów to były właśnie rytuały wspólne - niedziela, rodzina, coś co się robiło razem. I jak się starzeje w izolacji, co jest coraz częstsze, to skąd ta wspólnotowość ma się wziąć?
Wracając do tej wspólnotowości - jest coś w tradycji rytuałów, co się nazywa communitas, pojęcie Turnera. To stan wspólnoty który pojawia się właśnie w liminality, w tym progu. I Turner obserwował że może się pojawić nawet bez fizycznej bliskości - że pielgrzymi idący tą samą drogą w różnych częściach świata tworzą communitas. Więc może seniorzy robiący podobne rzeczy o podobnych porach, nawet nie wiedząc o sobie nawzajem, są jakoś w tym samym? Nie wiem czy to pocieszenie czy rzeczywiście coś.
Ale wróćmy do tej minimalności, bo Jacenty dobrze to ujął - rytuały bez produktu. Zastanawiam się czy nie jest tak że dla starszych osób rytuał jest właśnie najbardziej czysty kiedy nie ma w nim żadnego 'po co'. Moja babcia (ta sama od notesu) najlepiej chyba czuje się przy piciu kawy rano przy oknie - i ona nigdy by nie powiedziała że to rytuał. Ale jak jej nie ma tej kawy, to dzień idzie nie tak.
To co Faustynka opisuje z tą kawą brzmi jak dokładnie to o czym myślę przy mojej mamie. I teraz się zastanawiam - czy to że ona nie nazywa tego rytuałem ma znaczenie? Czy rytuał musi być nazwany żeby być rytuałem? Bo mam wrażenie że jak tylko zaczniesz nazywać, to zaczynasz też oczekiwać, a to niszczy właśnie tę lekkość.
a właśnie - i może to jest coś czego nie robić, czyli nie mówić starszej osobie 'to jest twój rytuał'. Zostawić to bez etykietki. Bo jak tylko się powie 'rób to jako rytuał', to od razu pojawia się pytanie czy robi się dobrze, czy wystarczająco poważnie, i ta cała presja.
Ale to jest trochę dziwna pozycja - my tutaj rozmawiamy o rytuałach dla seniorów, a wychodzi na to że najlepsza rada to żeby im tego nie mówić? Że niech sobie mają rytuały, tylko nie powiedzmy im że je mają? 🙂 Nie wiem, trochę paternalistycznie to brzmi.
Myślę że Trzygłow trafił w coś ważnego. Ten wątek chyba nie jest o seniorach którzy mają swoje praktyki i im to działa - tych nie trzeba ruszać. On jest o tych którzy coś tracą, bo sprawność spada, bo środowisko się zmienia, bo zostają sami. I pytanie czy wtedy rytuały dostosowujemy czy budujemy od zera - to jest pytanie o stratę i o to jak ją przepracować. To nie jest tylko ezoteryczne.
Wracam do tej kata którą wcześniej wspominałam, bo ta dyskusja mi to przypomniała - w japońskiej tradycji jest coś jeszcze, co się nazywa ma, czyli przestrzeń między ruchami, pauza. I w niektórych starszych interpretacjach to jest właśnie ta przestrzeń traktowana jako równie ważna co sam ruch. Więc jeśli ktoś nie może już wykonać ruchu, to może jeszcze być w ma? Nie wiem czy to ma sens poza kontekstem japońskim.
Słucham tego wszystkiego i mam takie odczucie że im dłużej rozmawiamy, tym bardziej wszystko się komplikuje. A przecież miało być minimalistycznie. Może właśnie to jest odpowiedź - że minimalizm jest trudny do opisania, ale łatwy do życia? I że te wszystkie nasze próby zdefiniowania co jest rytuałem a co nawykiem, co jest kata a co ma - są dla nas, a nie dla tych osób?
Faustynka ma rację z tym pytaniem do dziadka, ale dodam jedno - może okazać się że nie wie. Albo że powie 'wszystko'. Moja mama jak pytam dlaczego coś robi, często mówi że po prostu tak trzeba. I to nie jest brak refleksji, to jest coś głębszego - że rytuał jest właśnie tym co się robi bez zastanawiania dlaczego. Więc jak zaczniesz pytać, możesz trafić na ścianę i nie wiedzieć co z tym dalej zrobić.
No i właśnie - mama mówi 'tak trzeba' i tu jest coś, co mnie zatrzymuje. Bo jeśli rytuał jest poza refleksją, poza językiem, to jak w ogóle rozmawiać o tworzeniu nowych? Skąd wiadomo że coś nowego będzie miało tę samą wagę, skoro ta waga chyba nie pochodzi z decyzji tylko z... czego? Czasu? Powtórzenia? Nie wiem jak to nazwać.
Właśnie to mnie zastanawia w tej Faustynki historii z babcią - czy rytuał który wyniknął z żałoby jest inny niż taki który się po prostu zaczęło robić bez powodu? Bo może w żałobie to wcielenie następuje szybciej właśnie dlatego że jest ta intensywność emocjonalna?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że trochę kręcimy się wokół pytania - czy rytuały tworzy się czy się je odkrywa? Bo z tego co Chryzoprazka mówiła o mamie i co Faustynka o babci - tam nikt nic nie tworzył. To się samo ukształtowało. I może to jest klucz dla seniorów - nie tworzyć, tylko pomagać dostrzec co już jest?
Trzygłow trafił w coś co siedziało mi z tyłu głowy przez cały ten wątek. Ta rozmowa cały czas zakładała że trzeba coś zrobić - stworzyć, zaproponować, dostosować. A może dla starszych osób praca jest odwrotna - nie dodawać, tylko zobaczyć co jest. I w tym sensie odpowiedź na tytuł wątku jest trochę przewrotna, bo może nie trzeba ani dostosowywać ani tworzyć, tylko uważnie patrzeć.
To ma sens ale mam pytanie praktyczne bo sama jestem w tym 'seniorskim' wieku - co jeśli ta starsza osoba sama czuje że coś jej brakuje? Że te rzeczy które robiła wcześniej już nie wystarczają albo nie są możliwe i ona to czuje, nie ktoś za nią? Wtedy to 'tylko patrzeć' nie wystarczy chyba.
Te dwa przypadki które teraz weszły - babcia która ma swoje praktyki i dziadek który coś stracił - to są zupełnie różne sytuacje. I może cały wątek trochę pomieszał te dwie rzeczy? Bo pytanie z tytułu 'czy są dostosowane czy tworzyć nowe' zakłada chyba tego drugiego, kogoś kto szuka, nie kogoś kto już ma.
Wracając do Halinkę pytania, bo to jest naprawdę praktyczne - w tradycji sufickiej jest pojęcie khalwa, odosobnienie, cisza jako wejście w coś nowego. Ale w europejskim kontekście, szczególnie dla osoby która całe życie budowała swoją duchowość przez wspólnotę i ciało, cisza może być po prostu samotnością a nie przestrzenią. I to jest może ważniejsze pytanie niż jaki rytuał - czy ta osoba rozumie ciszę jako zasób czy jako brak?
Może przez to co ta osoba mówiła wcześniej o sobie, zanim zaczęła szukać. Mam taką obserwację że ludzie którzy przez całe życie byli bardzo aktywni rytualnie - msze, spotkania, fizyczność jakiegokolwiek rodzaju - bardzo trudno im przejść na cokolwiek co jest wewnętrzne bez zewnętrznego zakotwiczenia. I to nie jest słabość, to jest po prostu inny typ praktyki. Może dla nich minimalizm to nie cisza, tylko jeden gest zamiast dziesięciu.
No i wróciliśmy do tego samego problemu - czy skrócona wersja to jeszcze rytuał, czy tylko symbol że kiedyś był rytuał. Mam wrażenie że ta rozmowa kręci się w kółko, ale może to dobrze bo to znaczy że pytanie jest naprawdę trudne?
Jak bym miała to zebrać z tej całej dyskusji, to chyba tyle: nie zaczynać od rytuału, tylko od tego co dla tej osoby było w poprzedniej praktyce niezbywalne. Nie lubiane, nie przyzwyczajenie - ale to bez czego coś jest puste. I potem zobaczyć czy to da się zachować w jakiejkolwiek formie. Jedna świeca nie jest okrojeniem mszy jeśli dla tej osoby w mszy chodziło o moment skupienia przy ogniu, a nie o całą liturgię.
Paulinka to dobrze ujęła i to chyba jest ta praktyczna wskazówka do której przez tyle postów szliśmy. Ale mam jedno pytanie na koniec - co jeśli ta osoba nie potrafi tego powiedzieć? Co jeśli pyta 'co mam robić' a na pytanie 'co ci w tym brakowało' milczy albo wzrusza ramionami? Moja mama właśnie tak by zrobiła i wtedy nie wiem co dalej.
Chryzoprazka postawiła bardzo trudne pytanie na koniec i siedzę z tym. Bo sama bywam w tej sytuacji - wiem że czegoś mi brakuje, ale jak ktoś pyta co konkretnie, to milknę. Nie dlatego że nie wiem, ale dlatego że to jest jakoś... przed słowami. I nie wiem czy to jest problem czy może właśnie informacja sama w sobie.
Może właśnie dlatego pytanie 'czego ci brakowało' jest złym pytaniem. Nie dlatego że jest nieważne, tylko że jest za dużym krokiem naraz. Jeśli ktoś mówi 'coś mi brakuje' to może lepiej zacząć od tego co czuje teraz - nie co chce, nie co straci, tylko co jest w tej chwili. I dać temu chwilę zanim wejdzie jakakolwiek propozycja.
Właśnie, dziadek to nie jest sytuacja filozoficzna. On konkretnie pyta co teraz robić. I rozumiem że 'obserwuj co masz' jest mądrą radą, ale on czegoś nie ma i to widać. Wspólnota, budynek, śpiew, porządek tygodnia - tego nie ma. Jak to zastąpić nie wchodząc w religioznawstwo?
Ciekawe czy dziadek w ogóle myśli o tym rozdzielnie. Bo kościół to dla wielu ludzi jest jeden pakiet - i sacrum, i rytm tygodnia, i ludzie, i estetyka. Rozdzielanie tego na części może być sztuczne jeśli on tego nigdy tak nie przeżywał.
I tu wracamy do pytania Chryzoprazki z poprzedniego posta - co jeśli ktoś milczy albo nie umie powiedzieć. Dziadek Jacentego to nie jest metafora, on dosłownie nie umie rozbić. Może to jest właśnie przypadek gdzie nie ma sensu szukać przez słowa?
Jeśli słowa nie działają to może działać ciało. W sensie - zamiast pytać czego brakuje, zaproponować coś małego fizycznie i zobaczyć co się dzieje. Nie jako test, ale jako punkt wyjścia. Jakiś gest, wyjście o stałej porze, zapalenie czegoś. I potem ta osoba sama może powiedzieć czy to coś dało czy nic.
