Zastanawiam się od jakiegość czasu nad tym, jak wyglądają rytuały u starszych ludzi, znaczy tych po siedemdziesiątce, osiemdziesiątce. Bo sama mam mamę, która zawsze paliła świeczki przy oknie w określone dni, zbierała zioła przed świtem w czerwcu i to był jej sposób na... no, nie wiem jak to nazwać. Na zaznaczenie czegoś ważnego w czasie. I teraz jak ma już 79 lat i kręgosłup daje jej w kość, to te same rytuały są dla niej albo niemożliwe, albo wychodzą jakieś pokraczne. Stoi przy oknie z tą świeczką przez może trzy minuty bo dłużej nie może. I zaczęłam myśleć - czy to w ogóle jeszcze działa tak samo? Czy intencja wystarczy, czy jednak forma ma znaczenie? Mam wrażenie, że większość rzeczy jakie się czyta, w książkach czy w necie, jest pisana z założeniem, że człowiek jest sprawny, ma energię, może stać, klęczeć, chodzić w kółko. A co z tymi, którzy nie mogą?
To jest pytanie, które rzadko się pojawia w tej formie, a naprawdę warto je rozłożyć na czynniki. W tradycjach szamańskich, szczególnie syberyjskich, był taki podział na rytuały aktywne i rytuały obserwacyjne. Ten drugi typ wykonywał często stary szaman, który już nie był w stanie prowadzić całego obrzędu fizycznie, ale siedział i trzymał intencję, jakby był kotwicą energetyczną dla reszty. Nie wiem czy to bezpośrednio odpowiada na pytanie o samotne praktyki seniorów, ale coś tam mówi o tym, że rola fizycznej aktywności w rytuale nie jest jedyna ani nawet zawsze główna. Twoja mama z tą świeczką przez trzy minuty - mam wrażenie, że to może być bardziej kompletne niż nam się wydaje.
Też o tym myślałam, szczególnie przy czakrach. Teściowa próbowała medytacji czakrowej, którą jej pokazałam, ale ona po prostu nie jest w stanie siedzieć wyprostowana przez dłużej niż kilka minut, a leżąc zasypia zanim dojdzie do czwartej czakry. I co wtedy? Przerywać? Zostawić? Ona się potem złości na siebie, że 'nie umie', a to nie jest kwestia umiejętności tylko fizyczności. Mnie interesuje czy ktoś z was modyfikował konkretne praktyki pod kogoś starszego i jak to wyglądało w praktyce, nie w teorii.
Mogę się odezwać bo sama jestem w tym wieku, że już niektóre rzeczy muszę robić inaczej. Przy runach na przykład - kiedyś rysowałam je kredą na podłodze i chodziłam między nimi, teraz robię to samo na kartce A3 i patrzę. Efekt jest inny, ale nie gorszy, tylko inny. Pytanie czy w ogóle da się powiedzieć, że coś 'działa gorzej' tylko dlatego, że ciało nie jest takie samo jak dwadzieścia lat temu. Mnie bardziej zastanawia co się dzieje z koncentracją - bo z wiekiem ona bywa niecierpliwsza, szybciej ucieka, i to chyba jest większy problem niż fizyczność.
To co mówi Chryzoprazka jest ważne, bo dotyka czegoś co mnie też nurtuje - jak bardzo rytual jest zrośnięty z tożsamością człowieka. Szczególnie u starszych, gdzie te praktyki trwają dekady. Moja babcia miała swój sposób na układanie kart, bardzo specyficzny, dosłownie siedem kroków przed każdym rozłożeniem. Na starość robiła tylko trzy z tych kroków i mówiła że 'inne cztery ma w głowie'. I to mi brzmi jak coś mądrego - jakaś naturalna adaptacja, której sama nie nazwała strategią.
Mnie to bardzo bliskie, bo sama mam swoje lata i od jakiegoś czasu zastanawiam się czy to co robię rano przy oknie to jeszcze rytuał czy już tylko przyzwyczajenie. Stoje, patrzę na wschód słońca jak mogę, mówię swoje słowa. Czasem pięć minut, czasem może dwie. Czy to wystarczy? Nie wiem. Ale jakoś nie wyobrażam sobie poranka bez tego.
Czytam i mam taką myśl - może problem z adaptowaniem rytuałów dla seniorów wynika z tego, że większość tradycji była tworzona przez społeczności, w których rytuał był zbiorowy. Stary człowiek nie musiał 'robić wszystkiego sam', był częścią struktury, ktoś inny bębnił, ktoś inny niósł ogień. A teraz mamy kulturę solowych praktyk i senior zostaje sam ze świeczką i instrukcją z internetu. Nie wiem czy tu jest jakaś myśl, ale coś mi to mówi.
A może to jest kwestia tego żeby po prostu skrócić i uprościć? Nie rozumiem czemu starszy człowiek miałby robić godzinny rytuał jak mu starcza energii na kwadrans. Kwadrans to kwadrans, jak jest z pełną intencją to chyba wystarczy. Czy ja się mylę?
A nie ma gdzieś jakichs rytuałów specjalnie dla starszych? Jak medtytacja dla seniorów to jest, joga dla seniorów jest, a rytuały? Pytam bo może ktoś wie o jakimś źródle, bo ja nie trafiłam na nic konkretnego.
Są tradycje w których wiek daje rodzaj przywileju, nie obowiązku. W wielu kulturach rdzennych Ameryki Północnej starsi nie musieli uczestniczyć w pełnym obrzędzie, mogli siedzieć w centrum i być świadkami. Albo w ogóle zostać w tipi i trzymać modlitwę. Nikt nie oczekiwał że osiemdziesięciolatek będzie tańczył całą noc. To może być jakiś punkt wyjścia do myślenia o tym, że 'mniej' nie znaczy 'gorzej', tylko inaczej.
Ale czy to nie jest tak, że te tradycje miały sens w konkretnych społecznościach i bez tej społeczności stary szaman siedzący w środku nic by nie zdziałał? Przenosząc to na babcię siedzącą samą w mieszkaniu, to ten kontekst całkowicie odpada i zostaje tylko forma. Pytam szczerze, bo nie wiem.
Słyszę co mówisz Dadzbog.x i to mnie jakoś uspokaja jeżeli chodzi o mamę. Ale wciąż mam pytanie praktyczne - czy jest coś co można jej zaproponować żeby te trzy minuty przy świeczce były dla niej pełniejsze? Bo ona sama czuje że coś jest nie tak, że jest jakiś niedosyt. Może chodzi o jakiś rytmiczny element, coś co angażuje nie tylko wzrok? Słyszałam że dźwięk działa inaczej niż wzrok jeśli chodzi o skupienie.
Dźwięk to dobry trop. Sama stosuję przy rozkladaniu kart krótkie mruczenie, nie mantrę, po prostu dźwięk który 'zakotwicza' mnie w chwili. Nie wiem skąd mi to przyszło, po prostu zaczęłam to robić i zauważyłam że skupienie jest lepsze. Może dla starszej osoby właśnie coś takiego, dźwięk własnego głosu albo dzwonek, byłoby mostem do skupienia.
To co powiedziała Halinka jest dla mnie kluczowe w tym wątku. Zagęszcza się, nie skraca. To inna perspektywa niż 'robimy mniej bo możemy mniej'. Może chodzi o to żeby seniorzy nie myśleli o adaptacji jako o stracie, tylko jako o przejściu w inny tryb? Ciekawi mnie czy ktoś świadomie wprowadzał takie myślenie u kogoś starszego i jak to przyjęli.
To co Faustynka napisała o zagęszczaniu mnie zatrzymało. Bo to jest faktycznie inna rama niż ta, z którą zazwyczaj podchodzi się do adaptacji u starszych - że się odejmuje, upraszcza, kompresuje. A tu chodzi o coś odwrotnego - że krótszy czas może być intensywniejszy jakościowo, nie uboższy. Nie wiem czy to jest coś co można zaprojektować, czy to raczej przychodzi samo z wiekiem i doświadczeniem.
Dobra ale jak ta intensywność miałaby wyglądać w praktyce? Bo rozumiem co mówicie, ale to mi wychodzi bardzo abstrakcyjne. Jeśli ktoś ma problem z koncentracją i energia opada, to skąd ta intensywność ma się wziąć? Czy nie jest tak, że jeśli ciało i umysł są słabsze, to i rytuał będzie słabszy, bez względu na to jak to nazwiemy?
Różaniec to jest ciekawa sprawa, bo to jest coś co ma tę fizyczną kotwicę w postaci paciorków. Ręce wiedzą co robić bez angażowania głowy. Ja mam podobnie z moimi kryształami, jak je trzymam w dłoniach to coś się zmienia i nie muszę się mocno starać żeby być w środku. Może to jest właśnie ta odpowiedź na pytanie Chryzoprazki o mamę - coś co jest jednocześnie fizyczne i nie wymaga wysiłku fizycznego?
Halinka, to jest coś! Mama ma kilka przedmiotów które zbierała przez lata i myślę że właśnie te przedmioty mogłyby być tym punktem wejścia. Ona zawsze miała taki miedziany dzbanek który stawiała przy świeczce podczas rytuałów. Nigdy nie pytałam po co, po prostu był. Może gdyby zaczęła od trzymania tego dzbanka, bez świeczki, bez nic innego, to by coś zadziałało? Teraz żałuje że nie pytałam jej wcześniej o te przedmioty, o ich znaczenie.
Chryzoprazka, ten dzbanek może mieć niesamowitą historię wbudowaną w siebie przez te wszystkie lata. Mam podobny case z teściową - ona ma stary szal który kładła na ramionach podczas medytacji. Kiedy zaproponowałam żeby zaczęła po prostu od siedzenia z tym szalem na ramionach, przez pięć minut, bez żadnej struktury, to mówiła że to najspokojniejsze chwile jakie miała od miesięcy. Żadnej techniki, żadnego prowadzenia, tylko ten szal.
A skąd wiecie kiedy taki przedmiot ma tę moc, a kiedy jest tylko przedmiotem? Bo mam kilka rzeczy po babci i nigdy nie wiem co z nimi robić, czy mam je traktowac jako zwykłe pamiątki czy jako coś więcej. Nie czuje żadnej różnicy jak je trzymam.
Wracam do praktycznego pytania bo mi to gdzieś odpłynęło. Czy jest jakiś schemat który działa dla starszych ludzi bez dużego wysiłku? Coś prostego, krok po kroku? Bo my tu rozmawiamy o filozofii tego, a Chryzoprazka ma konkretny problem z mamą.
Jacenty, ja też chciałam konkretów na początku, ale teraz widzę że ta rozmowa dała mi więcej niż lista kroków by dała. Wiem teraz że mam z mamą porozmawiać o jej przedmiotach. Wiem że nie chodzi o to żeby robiła wszystko co robiła, tylko żeby znalazła swój nowy punkt wejścia. To jest bardziej użyteczne niż instrukcja.
Mam pytanie do Edek - wspominałaś o tym kamieniu jako pierwszej rzeczy do której wróciłaś po gorszym czasie. Jak wyglądał ten powrót? Znaczy czy od razu weszłaś w strukturę czy po prostu byłaś z kamieniem bez żadnego celu? Pytam bo mam wrażenie że właśnie to jest kluczowe dla tematu - jak wygląda powrót do praktyki kiedy coś po drodze się zepsuło.
Czytam ten wątek od początku i mam taką myśl, może głupią - czy nie jest tak że seniorzy mają trudniej właśnie dlatego, że za dużo wiedzą? Że mają za dużo nawyków i zbyt mocno czują kiedy coś odbiega od tego jak powinno być? Młodemu człowiekowi łatwiej zaczynać od nowa bo nie ma z czym porównywać.
Mam takie skojarzenie z tym co Ezoteryk pisze - widziałem kiedyś nagranie z japońskim mistrzem ceramiki który miał chyba ponad osiemdziesiąt lat i ręce mu się trzęsły, ale jak brał glinę to drżenie znikało. Ciało pamiętało. Może tak samo jest z rytuałem - nieważne że starszy człowiek jest roztargniony czy wolniejszy, jak wejdzie w znane sobie gesty, ciało samo się porządkuje.
Trzygłow, to co opisujesz z ciotką - to mechaniczne robienie bez tego wewnętrznego czegoś - według mnie nie jest problemem tylko etapem. Ja przez to przechodziłam i pamiętam że to trwało dłużej niż myślałam. Ale właśnie w przypadku seniorów zastanawiam się czy nie warto zacząć od czegoś zupełnie innego niż dawne praktyki. Nie wracać, tylko zacząć od nowa z małą kotwicą.
To jest ciekawe co Edek mowi, bo ja rozmawiałam z mamą w końcu o tym dzbanku. Ona pamieta go bardzo dobrze, ale powiedziała coś czego sie nie spodziewałam - że teraz kiedy patrzy na niego, to czuje smutek, nie spokój. Że jest za dużo wspomnień. Więc może nie każdy przedmiot z przeszłości to dobry punkt wejścia?
