Siedziałam ostatnio nad swoimi notatkami sprzed kilku lat i uderzyło mnie, jak bardzo zmieniły się moje rytuały. Nie chodzi nawet o to, że robiłam je inaczej technicznie, ale o to, że zupełnie inaczej do nich podchodziłam. Kiedyś traktowałam każdy krok jak przepis w książce kucharskiej, który trzeba wykonać idealnie. Teraz jest... luźniej? Nie wiem czy to dobre słowo. Zastanawiam się, czy to jest naturalne, że rytuały ewoluują razem z człowiekiem, czy może jak ktoś zmienia formę, to traci coś z samej istoty praktyki. Słyszałam różne opinie na ten temat i chciałam zobaczyć, co wy na to.
To jest naprawdę ciekawe pytanie, bo dotyka czegoś, o czym rzadko się tu rozmawia. W tradycjach szamańskich zresztą jest taki koncept, że rytuał musi być żywy, a nie tylko odtworzony. Mircea Eliade pisał o tym sporo, że forma rytuału jest wtórna wobec intencji i stanu, w którym wchodzisz w przestrzeń sakralną. Ale jednocześnie są tradycje, np. w liturgii wschodniej, gdzie każde odchylenie od formy traktowane jest jako błąd. Więc to jest napięcie, które istnieje od zawsze.
Mnie to dręczy od jakiegoś czasu i nie mam dobrej odpowiedzi. Sam zauważam, że w pewnym momencie przestałem potrzebować tak rozbudowanych przygotowań. Kiedyś musiałem mieć wszystko rozłożone, świece w konkretnych miejscach, konkretna muzyka albo cisza. Teraz potrafię wejść w podobny stan przy minimalnym setup. Ale czy to znaczy, że rytuał 'okrzepł', czy raczej, że leniałem? Szczerze nie wiem.
To co opisuje Bard85 jest zresztą opisane w literaturze dotyczącej praktyk kontemplacyjnych, niekoniecznie magicznych. Chodzi o to, że pewne czynności z biegiem czasu wymagają mniej zewnętrznego rusztowania, bo ciało i umysł 'pamiętają' już stan, do którego się wchodzi. Badał to trochę Tart w kontekście stanów świadomości, że bodźce poprzedzające mogą z czasem być zastępowane wewnętrznymi sygnałami. Z perspektywy czysto praktycznej, czy to jest 'degradacja' rytuału czy jego internalizacja, to osobna kwestia. Mam wrażenie, że wielu ludzi miesza jedno z drugim i potem denerwują się sami na siebie, że 'nie robią tego tak jak trzeba'.
Ale właśnie, Czarnobog57, tu mam pytanie, bo mi to nie jest oczywiste. Mówisz o internalizacji, ale jak odróżnić, że się naprawdę zinternalizowało, od tego, że po prostu się odpuściło i idzie się na łatwiznę? Bo to brzmi podobnie z zewnątrz, co nie?
Ja mam trochę inne doświadczenie bo zaczynam dopiero od niedawna i właśnie dlatego ten temat mnie dotyczy. Czy jak ktoś jest na początku to w ogóle powinien cokolwiek zmieniać? Bo ja sobie wyobrażam, że najpierw trzeba dobrze opanować podstawową formę, a potem może coś modyfikować. Trochę jak z gotowaniem chyba, najpierw przepis, potem improwizacja. Ale nie wiem czy to analogia w ogóle działa.
Edytka_S, ta analogia z gotowaniem jest całkiem dobra, ale ma jedno ograniczenie. W gotowaniu wiesz dość szybko, czy danie wyszło. W rytuałach feedback bywa opóźniony albo nieoczywisty. I to komplikuje uczenie się na błędach. Sama zresztą przez długi czas nie wiedziałam, czy coś 'działa' dlatego, że zrobiłam to dobrze, czy pomimo tego, że zrobiłam to źle.
Przepraszam, że wskakuję, ale chciałem zapytać o coś, co wyczytałem w tytule wątku. Co dokładnie znaczy 'zmieniać rytuał z wiekiem'? Chodzi o to, że człowiek ma inne potrzeby w różnych etapach życia, czy raczej o to, że sama praktyka się rozwija? Bo to chyba nie jest to samo.
Mnie z kolei zastanawia inny aspekt, który tu jeszcze nie padł. Co z rytuałami, które mają jasno określoną tradycją formę, której nie powinieneś ruszać? Mam na myśli np. runiczne galdr, gdzie sama fonema jest częścią działania. Tam zmiana formy to nie jest kwestia gustu, to zmiana treści. Jak wy to traktujecie? Że są dwie kategorie rytuałów, jedne 'elastyczne' i drugie 'zamknięte na modyfikacje'?
A co jeśli się zaczyna od czegoś z pierwszej kategorii, a z czasem to staje się czymś z drugiej? Pytam bo sama mam taką sytuację, że zaczęłam od bardzo konkretnych afirmacyjnych rytuałów porannych, które wyczytałam gdzieś, a teraz większość z nich jest już tak mocno zmieniona, że właściwie to moje własne rzeczy. I nie wiem, czy powinnam się przyznawać do tych korzeni, czy traktować to jako własną praktykę.
No ale tu jest chyba jakiś problem, bo jeśli rytuał można zmienić dowolnie, to gdzie jest granica między rytuałem a po prostu nawykiem? Bo mam wrażenie, że część ludzi nazywa rytuałem swój poranny kubek herbaty. I nie mówię tego złośliwie, po prostu zastanawiam się, co sprawia, że coś jest rytuałem, a nie rutyną.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, które może brzmieć trochę z innej beczki. Czy ktoś tu kiedyś próbował wprowadzić losowanie jako element rytuału? Coś w stylu, że nie decydujesz z góry, co zrobisz, tylko losujesz z zestawu możliwości. Czytałem coś o tym, że w niektórych tradycjach celowe wprowadzanie nieprzewidywalności miało sens, ale nie pamiętam kontekstu.
Ta myśl ze Skratem mnie zatrzymała, bo mi się to kojarzy ze snami. Nie, naprawdę, poczekajcie. Podobno nasze sny dobierają sobie symbole i narracje nie całkiem losowo, ale też nie całkiem intencjonalnie, gdzieś pomiędzy. I zastanawiam się, czy może jest coś w tym, żeby oddać część kontroli i zobaczyć, co 'wybierze' taki rozmyty proces. Nie wiem, to może głupie.
To co opisuje Skrzat z tym przygotowaniem to jest sedno. Turner pisał zresztą o trzech fazach: separacja, przejście i reintegracja. Losowanie wyrzuca separację, bo nie wiesz, do czego się separujesz. Ale czy to wyklucza rytuał? Nie wiem. Może to po prostu inny model, gdzie niepewność jest tym, co cię oddziela od codzienności, a nie konkretna czynność.
Czyli jakby próg jest nie przed rytuałem, tylko w samym momencie losowania? To by miało sens. Bo jest moment, kiedy karta, kostka, cokolwiek, decyduje zamiast ciebie i ty musisz się temu poddać. To chyba wymaga czegoś, nie wiem jak to nazwać, zgody na utratę kontroli?
To rozróżnienie, które robi Bard85, jest naprawdę istotne i nawiązuje do czegoś, o czym tu nie mówiliśmy wprost. W taricie jest dokładnie ten mechanizm, ty formułujesz intencję, tasowanie jest elementem losowym, ale pole jest ograniczone do 78 kart. I nikt nie mówi, że to niszczy rytuał. Może losowanie jako element rytuału jest bardziej zakorzenione w tradycjach niż nam się wydaje.
Dobry punkt z taritem. Mam pytanie bo trochę nie rozumiem, czy mówisz że ten element losowy jest ważny dla działania rytuału, czy że jest neutralny i nie przeszkadza? Bo to jednak różnica, prawda? Jeśli losowość jest *częścią* mechanizmu, to co innego niż jeśli po prostu nie niszczy.
Czekajcie, bo mam wrażenie, że ta dyskusja o losowaniu trochę odpłynęła od tytułu wątku. Czy losowanie jest w ogóle związane z pytaniem, czy rytuały zmieniają się z wiekiem? Bo można by powiedzieć, że ktoś dojrzały do losowania w rytuale właśnie dlatego, że przeszedł przez etap pełnej kontroli i teraz jest gotowy odpuścić. To by łączyło oba wątki.
To co mówi Dodola jest dla mnie kluczowe i wraca do pytania, które Inkantacja zadała wcześniej, jak odróżnić zinternalizowanie od odpuszczenia. Może odpowiedź jest taka, że losowanie jako praktyka wymaga wcześniejszego etapu budowania puli. Jeśli ktoś na samym początku losuje spośród rzeczy, których nie przetestował, to jest przypadek. Jeśli losujesz spośród rzeczy, które znasz, to jest coś innego.
To ma sens, ale to też zmienia moją pierwotną myśl trochę. Ja wyobrażałem sobie losowanie jako coś do wypróbowania właśnie teraz, ale słuchając was myślę, że może mam za mało własnych praktyk, żeby ta pula była sensowna. Może za wcześnie na mój etap.
Ja rozumiem co mówi Bard85, ale jednak trochę się boję tego 'sam wiesz najlepiej', bo u mnie to często znaczy, że biorę skróty i potem się dziwię, że coś nie działa. Może to jest różnica między ludźmi, jedni potrzebują większej struktury, drudzy mogą eksperymentować od razu?
Mnie ciekawi jedna rzecz, bo przez całą tę rozmowę mówimy o zmienianiu rytuałów, bo coś 'przestaje działać' albo 'jest za dużo'. Ale czy ktoś zdarzyło się, że zmienił rytuał w złym kierunku i dopiero po czasie to zauważył? Pytam, bo zastanawiam się, czy ta samoocena jest w ogóle wiarygodna.
Zenek63, tak, i to nawet nie raz. Był taki okres, kiedy mocno upraszczałam swoje praktyki pod hasłem, że to już wystarczy, i z perspektywy czasu myślę, że po prostu miałam za mało cierpliwości i wychodziłam przed szereg. Efektów nie było, ale długo tłumaczyłam sobie, że to nie o efekty chodzi, że sam proces jest wartością. I nie wiem do dziś, ile w tym była prawda, a ile racjonalizacja.
Ten wątek z racjonalizacją bardzo mnie dotyczy. Bo ja sama mam tendencję do tłumaczenia sobie, że skoro coś czuję jako słuszne, to znaczy, że jest. A to może być myślenie życzeniowe. Ale jednocześnie, jeśli nie możesz ufać własnym odczuciom, to na czym się opierasz? To jest błędne koło trochę.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że to błędne koło, o którym mówi Emi_94, to jest może najszczersze zdanie w tym wątku. Bo chyba nie ma dobrego wyjścia z tej pętli, można tylko próbować ją świadomie obserwować, a nie rozwiązać.
Wracając do pytania Zenka o zmiany w złym kierunku, mam wrażenie, że ten wątek jest naprawdę niedostatecznie dyskutowany w środowiskach praktykujących. Wszyscy chętnie mówią o ewolucji rytuałów jako czymś naturalnym i dobrym, ale mało kto mówi o tym, że ta ewolucja może iść w złą stronę przez lata, zanim się zorientujesz. U mnie był taki moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że moje 'uproszczenia' z ostatnich kilku lat to był właściwie powolny rozpad praktyki, a nie jej dojrzewanie.
To jest bardzo uczciwe. I nawiązuje do czegoś, o czym myślę, że w kontekście tytułu wątku mało kto mówi wprost. Zmiana rytuału z wiekiem może być albo wynikiem prawdziwego zinternalizowania, albo wynikiem zmęczenia. Obydwa wyglądają podobnie z zewnątrz, a różnica jest zasadnicza. Jak ty to u siebie odróżniasz, po tym jak rozpoznałaś ten błąd?
