Dziedzilia, tak, i to jest chyba jedyna mierzalna rzecz, którą mogę powiedzieć. Jak coś zrobiłam regularnie przez kilka tygodni - w moim przypadku to był krótki rytuał z ametystem przy biurku przed rozmowami - to zaczęłam inaczej zadawać pytania klientom. Spokojniej. Nie wiem, czy to kamień, czy po prostu nawyk skupienia, który sobie wyrobiłam. Ale efekt był w rozmowach, nie w umowach.
No dobra, to chyba po raz pierwszy w tej rozmowie doszliśmy do czegoś, co mogę zabrać dla siebie. Że efekt jest w mnie, a nie w umowie. Chociaż nadal mi coś mówi, że wy - Zenek, Augur, Ulka - wierzycie w coś więcej niż tylko psychologiczny mechanizm. Tylko może po prostu nie mówicie tego wprost.
Zenek, a jak dokładnie wygląda ta numerologia przed umową? Bo jak mówisz 'data, cyfry, redukcja' - to redukcja do jednej cyfry, jak w klasycznej numerologii? I co robisz z tym, co wychodzi? Bo rozumiem obserwację, ale nie rozumiem kroku 'i co dalej'.
Okej, to zaczynam rozumieć. Zenek mówi o konkretnej metodzie, Geomantka o kamieniu, Frania o ametyście. Ale nikt jeszcze nie powiedział, czy to ma sens, kiedy druga strona - klient, partner biznesowy - nic nie wie, że w ogóle coś robisz. Czy to nie jest trochę jednostronne? Jakbyś grał w szachy i druga osoba myśli, że gra w coś innego.
Ale czekajcie, bo Pelcia dotknęła czegoś, co mnie też nurtuje. Jeśli rytuał zmienia mnie i moje nastawienie, to fine. Ale część z was mówiła wcześniej o rytuałach, które mają wpłynąć na zewnątrz - na sytuację, na wynik. I tam już pytanie o 'jednostronność' robi się inne. Bo jeśli intencja jest skierowana na zewnątrz, na klienta albo na umowę - to czy ktoś tu uważa, że to etyczne bez jego wiedzy?
Galia, właśnie o to chodzi, że ta granica jest płynna i każda tradycja wyznacza ją trochę inaczej. W Shinto przed działalnością kupiecką modlono się do Inari - bóstwa urodzaju i handlu - i ta modlitwa była skierowana do bóstwa, nie do kontrahenta. Prośba szła 'w górę', nie na zewnątrz w kierunku człowieka. To jest zupełnie inne konstruowanie intencji niż myślenie 'niech on się zgodzi'. I ta różnica ma znaczenie.
Lobelka, a jak to jest z runami w kontekście biznesowym? Bo ja pracuję z runami i zdarza mi się układać stavy przed ważnymi decyzjami zawodowymi - ale zawsze czytam je dla siebie, jako wskazówkę do własnych działań, nie jako coś, co 'zrobi' cokolwiek z zewnątrz. Ale teraz zastanawiam się, czy ta granica, o której mówisz, jest wyraźna też w tradycji runicznych.
Kasjopeja_O, to jest bardzo uczciwe i chyba dużo osób ma dokładnie tak samo, tylko nie mówi głośno. Ja mam podobnie z przedmiotami, których używam przy pracy - niby wiem, że noszę ten bursztyn dla skupienia, ale jak podpisuję coś ważnego, to jednak limuję się do dotykania go i mam takie poczucie, że to nie jest tylko 'dla mnie'. Nie wiem jak to nazwać.
Słuchajcie, ja z boku siedzę i czytam i mam jedno pytanie, może głupie. Wy wszyscy - Zenek, Witchling, Kasjopeja - mówicie, że robicie te rzeczy regularnie. Ale skąd wiecie, że to działa? Tzn. jak odróżniasz sytuację, w której spotkanie poszło dobrze bo byłeś przygotowany, od sytuacji, w której po prostu oferta była dobra?
Arek zadał pytanie, które właściwie towarzyszy mi od początku tego tematu. Tylko dodałabym do tego: czy w relacjach biznesowych to rozróżnienie w ogóle ma znaczenie w praktyce? Jeśli regularny rytuał sprawia, że chodzisz na spotkania spokojniejszy, bardziej skoncentrowany i z klarowniejszą intencją co do tego, czego chcesz - to czy naprawdę jest istotne, czy 'zadziałał' cytryn, czy tylko twoja głowa? Wynik wychodzi do klienta taki sam.
No dobra, ale wtedy po co w ogóle kamień, jeśli wystarczy ćwiczyć skupienie? Pytam serio, bo to mnie blokuje. Jakbyście powiedzieli 'medytuj 10 minut przed spotkaniem' - to jest coś, co rozumiem. Ale jak mówicie 'weź kamień', to ja nie wiem, czy biorę kamień, bo on coś robi, czy bo on mi przypomina, żebym się skupiła. I nie wiem, czy to ważne.
Słuchajcie, wracam do tego, co mówiła Dziedzilia przed chwilą - bo to mi się kręci po głowie. Ona powiedziała, że nawet jeśli rytuał to 'tylko' psychologia, to może mieć realne przełożenie na wynik spotkania. I chyba to jest jedyna teza z całej tej rozmowy, z którą mogę się zgodzić bez żadnych zastrzeżeń. Ale właśnie to mnie zastanawia - jeśli efekt jest psychologiczny, to czemu nie powiedzieć sobie wprost: 'idę na to spotkanie przygotowany mentalnie' zamiast owijać to w kamień albo numerologię?
Zenek mówi to, co w psychologii kotwiczy się pod pojęciem zakotwiczenia - NLP, techniki mindfulness z obiektem, a nawet stare rytuały przedbitewne wszystko to robi dokładnie to samo. Nadaje konkretnemu gestowi albo przedmiotowi znaczenie, które potem działa skrótowo. Problem zaczyna się tylko wtedy, gdy zaczynamy myśleć, że to obiekt ma moc sam z siebie, nie skojarzenie. Ale szczerze mówiąc - to jest dość akademickie rozróżnienie i w praktyce wielu ludzi nigdy tego nie rozdziela i jakoś funkcjonują.
Okay, ja tutaj wchodzę bo czytam to od jakiegoś czasu i mam podstawowe pytanie, może naiwne. Ten tigrysie oko, bursztyn, cytrynieartem - to są kamienie, które nosicie przy sobie na spotkaniach biznesowych. Ale czy jest jakaś logika w tym, co dobieracie? Tzn. czy to jest jak: 'ten kamień jest od kontraktów, ten od negocjacji', czy to jest bardziej osobiste?
Jaryla, to jest podobnie jak z runami - jest pewna baza znaczeń, ale potem każdy pracuje z tym indywidualnie. Fehu to runa kojarzona z majątkiem i przepływem zasobów, więc siłą rzeczy pojawia się w kontekście biznesowym. Ale czy to znaczy, że każdy powinien ją brać na spotkania? Nie wiem. U mnie ważniejsze okazało się to, co wyciągam w konkretnym stawie danego dnia, a nie co 'powinienem' brać.
Geomantka mówiła, że ma kamień, który 'wchodzi w kontakt' - to jak to rozumieć dosłownie? Tzn. czy chodzi o to, że po prostu po nim dobrze się czujesz, czy jest coś bardziej... konkretnego?
Słuchajcie, bo wróciłam do wątku z wcześniej - Galia pytała o tę granicę między 'rytuał na siebie' a 'rytuał na sytuację' i trochę to przeszło bez konkluzji. Mam wrażenie, że większość z was praktykuje tę pierwszą opcję - kamień dla skupienia, numerologia dla orientacji, runy jako czytanie własnego stanu. Ale czy ktoś tu robi coś, co jest skierowane bardziej na zewnątrz? Na relację, na wynik, na energię spotkania w szerszym sensie? I jak to wygląda w praktyce?
Galia dotknęła sedna i to akurat jest pytanie, na które każda tradycja daje inną odpowiedź. W hermetyzmie jest koncepcja zgody kosmosu - nie innej osoby, ale pewnego porządku, w który działanie musi się wpisać, żeby miało szansę zadziałać. Jeśli robisz coś sprzecznie z tym porządkiem, rytuał 'nie idzie' - nie tyle nie działa, co po prostu nie ma przepływu. Czy to odpowiada na pytanie o prawo? Trochę tak - jeśli masz czyste intencje i twoje działanie jest w harmonii z relacją, to jest jakiś rodzaj naturalnej zgody. Ale to jest oczywiście interpretacja, nie fakt.
Ulka, to bardzo ciekawe podejście i rozumiem skąd pochodzi. Ale zastanawiam się, czy w kontekście zawodowym - czyli tam, gdzie są umowy, pieniądze, zobowiązania - ta 'harmonia z relacją' to jest coś, co można w ogóle ocenić samemu. Bo mam swoich klientów, z którymi relacje są dobre i jasne, i wyobrażam sobie, że rytuał przygotowawczy tam pasuje. Ale mam też sytuacje, gdzie interesy są rozbieżne i to jest całkowicie normalne w biznesie. I nie wiem, czy tam w ogóle chcę angażować cokolwiek poza przygotowaniem merytorycznym.
to jest może najuczciwsza rzecz powiedziana w tym wątku. Bo większość rozmów o rytualnym przygotowaniu do pracy zakłada, że relacja jest dobra i celem jest wzmocnienie czegoś, co już istnieje. A co z negocjacjami, gdzie punkt wyjścia jest trudny? Mam swoje zdanie, ale chętnie bym usłyszał, co inni sądzą - czy rytuał przed trudną negocjacją to coś innego niż przed spotkaniem z zaufanym partnerem?
Zenek, to co opisujesz - ten przegląd intencji - brzmi jak coś, co mogłoby być rytuałem samo w sobie, bez żadnej numerologii ani kamieni. I zastanawiam się, czy dla ciebie numerologia jest częścią tego procesu, czy raczej osobna warstwa. Bo jakbyś powiedział, że to idzie razem - najpierw liczba, potem przegląd intencji - to znaczyłoby, że jedno uruchamia drugie i wtedy to ma sens jako sekwencja. Ale jeśli to dwie niezależne rzeczy, to która jest właściwie ważniejsza?
Frania, dobre pytanie. Szczerze mówiąc, numerologia jest dla mnie warstwą wcześniejszą - robi swoje zanim w ogóle zacznę sprawdzać intencje. Tzn. patrzę na liczbę dnia i datę spotkania i to mi daje jakiś szkielet. A potem - dopiero potem - wchodzi ta część z pytaniem do siebie, po co właściwie idę na to spotkanie i czego naprawdę chcę z niego wyciągnąć. To są dwa oddzielne kroki, nie jeden. Gdybyś wyjęła numerologię, ten drugi krok i tak by był. Ale numerologia go porządkuje czasowo, bo zmusza mnie do spojrzenia na datę z wyprzedzeniem, nie w dniu spotkania rano.
Właśnie to mnie u Zenka zawsze zastanawia - i nie mówię tego złośliwie - że numerologia może działać jak pretekst do tego, żeby w ogóle usiąść i pomyśleć. Co samo w sobie jest wartościowe, ale prowadzi do pytania, czy system jest tu potrzebny. Czy nie wystarczy po prostu wyrobić nawyk refleksji bez owijania go w konkretną tradycję.
Przepraszam, że wchodzę w środek, ale Zenek mówi coś, co mi bardzo pasuje do własnego doświadczenia. Ja nie znam numerologii w sensie praktycznym, ale mam swoje małe rytuały przed trudnymi rozmowami i dokładnie to samo - bez tej struktury po prostu... odpływam. Nie przygotowuję się. Czy to oznacza, że każdy potrzebuje jakiejś formy zewnętrznego sygnału, żeby w ogóle wejść w tryb skupienia?
Geomantka, to rozróżnienie między zwykłym czasem a czasem działania jest chyba kluczowe. W staroskandynawskiej tradycji był taki termin - seiðr - i to nie był rytuał w sensie 'rób to i to', tylko stan. Wchodziło się w niego przez konkretne czynności, ale celem nie były same czynności. I jak teraz patrzę na to, co tutaj opisujecie, to mi to brzmi bardzo podobnie - kamień, liczba, przegląd intencji - to są czynności, które prowadzą do stanu gotowości, nie są celem samym w sobie.
Kasjopeja, to jest dobry trop. I właściwie chyba o to mi chodziło, kiedy zaczynałam ten wątek. Pytałam o rytuały w zawodzie nie dlatego, że chciałam zebrać listę technik, tylko dlatego że zastanawiałam się, czy w profesjonalnym kontekście jest w ogóle przestrzeń na ten rodzaj 'wejścia w stan'. Bo spotkanie biznesowe często zaczyna się od drzwi konferencji, na które się otwierasz, i od razu jesteś w środku. Gdzie tu jest ten próg?
Dziedzilia, i to jest moim zdaniem naprawdę konkretny problem praktyczny, bo o ile rozumiem, że ktoś może mieć rytuał w domu rano, to co z osobami, które mają trzy spotkania pod rząd i dosłownie nie ma kiedy? Czy to działa, jeśli robisz to raz na początku dnia i zakładasz, że ten stan się utrzyma?
