Dobra, ja tutaj słucham i mam takie laickie pytanie: czy wy w ogóle mówicie innym ludziom - klientom, partnerom - że robicie takie rzeczy przed spotkaniami? Bo wyobraźcie sobie, że ktoś się dowie, że zanim przyszedł na negocjacje, sprawdzałeś datę w numerologii albo trzymałeś kamień w kieszeni. Co by to zmieniło?
Ale Augur, jogę rozumieją. Kamień w kieszeni albo numerologię - niekoniecznie. I mam wrażenie, że dla niektórych ludzi ta różnica jest istotna nie przez wstyd, tylko przez to, że gdyby wiedzieli, to może by inaczej patrzyli na całe spotkanie. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
Galia, ale co by to konkretnie zmieniło? Mówię serio, nie retorycznie. Czy jeśli ktoś wie, że twój rozmówca miał tigrysie oko w kieszeni, to zmienia dla niego wiarygodność tej osoby? Bo mi się wydaje, że to zależy głównie od tego, czy ta osoba prezentuje się profesjonalnie podczas samego spotkania.
Jaryla, myślę że zmienia, i to niekoniecznie na niekorzyść - bo są środowiska, gdzie taka informacja mogłaby stworzyć więź. Mam klientów, przy których nigdy bym nie wspomniała o żadnej ezoteryce, ale są tacy, przy których wiem, że to byłoby naturalne. To też jest rodzaj czytania sytuacji.
Znam jedno środowisko - i nie powiem jakie, żeby nie być zbyt konkretna - gdzie spora część osób otwarcie mówi o takich praktykach. I co ciekawe, tam nikt nikogo nie ocenia za kamień w kieszeni. Ale też nikt nie traktuje tego jako element przewagi - to jest po prostu część tego, jak te osoby funkcjonują. Nie ma tam rozróżnienia 'prywatne kontra zawodowe', bo dla nich to jedno.
Witchling, to jest ciekawe i trochę mi zazdrość o takie środowisko, szczerze mówiąc. Ja pracuję w branży, gdzie to by było niemożliwe. I właśnie dlatego to pytanie - rytuały w zawodzie - było dla mnie bardziej o tym, jak to ukryć tak, żeby nie przeszkadzało, niż o tym, jak to integrować. Choć teraz słucham was i myślę, że może to złe założenie.
Dziedzilia, to nie jest złe założenie, to jest bardzo uczciwe spojrzenie na kontekst zawodowy. Ale mam do ciebie pytanie - kiedy mówisz 'ukryć, żeby nie przeszkadzało', to komu miałoby przeszkadzać? Innym czy tobie samej?
Lobelka zadała mi pytanie, z którym siedzę już chwilę i nie chcę odpowiadać pochopnie. Bo to nie jest proste. Piszę 'ukryć, żeby nie przeszkadzało' i sama słyszę, że to brzmi jakby to mi miało przeszkadzać, nie innym. I chyba tak jest. Inni w mojej branży nawet by nie wiedzieli co o tym myśleć, więc nie oni są problemem. Ja mam problem z tym, że mam wrażenie, jakbym w kontekście zawodowym rozdzielała się na dwie osoby. Jedną, która siedzi na spotkaniu i rozmawia o budżetach i terminach, i drugą, która przed tym spotkaniem spędza pięć minut w samochodzie z zamkniętymi oczami. I te dwie osoby niby są tą samą, ale jakoś... się nie spotykają.
i właśnie to jest, moim zdaniem, sedno całej tej rozmowy. Nie chodzi o to, czy rytuał działa w kontekście zawodowym. Chodzi o to, czy my sami pozwalamy sobie na to, żeby być całością w pracy. Bo ta 'druga osoba' w samochodzie nie jest kimś obcym, to jest ta sama osoba, która potem wchodzi na spotkanie. Tylko gdzieś po drodze decydujemy, że tej części nie wnosimy do środka. I pytanie, które mi się nasuwa: czy to jest wybór czy jest to coś, co nam narzuca środowisko, i co z tym robimy?
Słucham tej rozmowy o rozdzielaniu siebie na dwie osoby i mam bardzo podobne doświadczenie, ale nie wiem, czy to jest problem. Tzn. czy to jest coś, co wymaga 'naprawienia'. Ja też mam coś, co robię przed ważnymi spotkaniami, i też tego nie wnoszę do środka - i nie czuję się przez to niekompletny. Może to jest jak garnitur? Wkładam go, wychodzę, potem zdejmuję. Garnitur mnie nie definiuje, ale jest częścią kontekstu.
Galia ma rację co do dysonansu, ale Zenek ma też rację co do czegoś innego - że nie każde rozdzielenie jest problemem. W tradycjach hermetycznych jest coś, co można by nazwać zasadą progową: to, co robisz przed wejściem w przestrzeń działania, nie musi wejść razem z tobą. Rytuał przygotowuje, ale nie towarzyszy. I to jest celowe. Pytanie, które Dziedzilia sygnalizuje, to chyba nie 'dlaczego to ukrywam', tylko 'czy to ukrywanie mnie kosztuje'.
Augur, tak. Dokładnie to. I odpowiedź jest: tak, trochę kosztuje. Nie ogromnie, nie jest to coś, co rujnuje dzień, ale jest jakieś zmęczenie tym przełączaniem. I nie wiem, czy to jest koszt nieunikniony przy takim trybie pracy, czy jest coś, co można z tym zrobić inaczej.
To zmęczenie przełączaniem - ja to znam bardzo dobrze. I przez długi czas myślałam, że to jest cena za to, że w ogóle robię te rzeczy w kontekście zawodowym. Dopiero jakiś czas temu zrozumiałam, że problem nie był w samych rytuałach, tylko w tym, że traktowałam je jako coś, co muszę 'ukończyć' przed pracą, a nie jako coś, co zmienia sposób, w jaki jestem w pracy. Jak zmieniłam to podejście, to przełączanie się trochę wygładziło. Choć nie zniknęło całkowicie.
To, co Frania opisuje, to mi przypomina coś, o czym czytałam przy okazji nordyckich praktyk - nie tylko seiðr, ale szerzej - że przygotowanie do działania nie kończy się w momencie, gdy zaczniesz działać. Ono trwa. Jest jak temperatura, którą utrzymujesz, a nie jak ogień, który rozpalasz i zostawiasz. I ciekawe, czy to podejście można w ogóle przenieść do środowiska, gdzie nic wokół ciebie tej temperatury nie podtrzymuje - wręcz przeciwnie.
Dobra, ale ja mam pytanie może głupie: czy ta 'temperatura' - jak to nazywacie - jest potrzebna przez cały dzień? Tzn. wyobraźcie sobie, że Dziedzilia ma siedem spotkań. Czy ona musi jakoś 'ładować baterie' między nimi, czy to pierwsze przygotowanie wystarcza? Bo z zewnątrz to wygląda jakby to był ogromny wysiłek logistyczny przy intensywnym grafiku.
Te mikroprzerwy, o których mówi Ulka, to jest dokładnie to, co ja nieświadomie robiłam od lat, zanim w ogóle wiedziałam, że coś takiego jak rytuały istnieje w tym kontekście. Zawsze, przed trudną rozmową, zbierałam myśli przez minutę na korytarzu. Nigdy nie myślałam o tym jako o rytualne. To po prostu było moje. Ciekawe, że nadajemy temu nazwy dopiero wtedy, gdy zaczniemy szukać.
Hortensja, to jest ciekawe spostrzeżenie, bo sugeruje, że ludzie naturalnie tworzą sobie takie progi - nawet bez żadnego systemu czy tradycji za plecami. Co mnie zastanawia: czy w takim razie rytuały w kontekście biznesowym to coś, co ludzie odkrywają, czy raczej coś, co formalizują, bo już i tak to robili?
Pelcia zadaje dobre pytanie. Dla mnie osobiście etykieta dała coś konkretnego: świadomy wybór, że to robię. Bez nazwy można to pominąć, bo 'i tak za chwilę wejdę na spotkanie'. Z nazwą - z intencją - jest trudniej to olać. Ale to nie znaczy, że wszyscy potrzebują etykiety. To jest chyba kwestia tego, jak kto działa.
Zenek mówi o intencji i to jest dla mnie kluczowe słowo w tej rozmowie. Rytuał bez intencji to jest tylko sekwencja czynności. Intencja bez jakiejkolwiek formy... też bywa trudna do utrzymania. Te dwie rzeczy się uzupełniają. I może dlatego ta 'minuta na korytarzu' Hortensji działała - bo była tam intencja, nawet jeśli nieświadoma. A etykieta po prostu robi tę intencję widzialną dla nas samych.
Lobelka, to mnie trochę uspokaja, szczerze. Zaczynałam ten wątek z pytaniem, czy rytuały w zawodzie mają sens i miejsce, i gdzieś po drodze zaczęłam się zastanawiać, czy moje własne przygotowanie to w ogóle coś 'prawdziwego'. A teraz myślę, że może źle stawiałam pytanie. Może nie chodzi o to, czy rytuał jest 'właściwy' z jakiejś tradycji, tylko czy jest intencjonalny i mój. I że kontekst zawodowy go nie unieważnia.
i właśnie to jest może najważniejszy wniosek tej rozmowy - choć wniosek to może za duże słowo, bo rozmowa nie jest skończona. Kontekst zawodowy nie unieważnia. Ale też nie czyni rytuału niewidocznym dla ciebie samej. To jest twoje i działa w twoim wewnętrznym rejestrze, niezależnie od tego, co dzieje się za drzwiami sali konferencyjnej. Ciekaw jestem, czy po tej rozmowie coś zmienisz w tym, co robisz, czy raczej zostanie po staremu, ale z innym nastawieniem.
Wracam do tego, co Augur napisał na końcu - że kontekst zawodowy nie unieważnia. Myślę o tym od jakiegoś czasu i mam wątpliwość. Bo to brzmi uspokajająco, ale czy to nie jest trochę za proste? Tzn. nie każdy rytuał 'przechodzi' przez każdy kontekst. Mam takie, które robiłam przy pracy z klientem jeden na jeden - przy czymś terapeutycznym, miękkim - i próbowałam te same rzeczy przy pracy czysto biznesowej. I to nie działa tak samo. Więc może nie tyle kontekst 'unieważnia', co zmienia co jest możliwe?
Geomantka porusza coś, co mnie zatrzymało. To rozróżnienie między rytuałem działającym na ciebie a rytuałem działającym w relacji - to są dwie różne sprawy. W tradycjach, gdzie rytuał jest aktem zbiorowym, zawsze zakłada się pewien poziom wspólnego pola. W kontekście biznesowym tego pola nie ma - druga strona nie wie, nie chce wiedzieć i nie zaprasza. Więc pytanie, które zadaje Geomantka, jest właściwie pytaniem o to, czy rytuał może być jednostronny i co wtedy traci, a co zachowuje.
Słucham was i zaczynam się zastanawiać, czy nie mieszamy kilku rzeczy. Rytuał-przygotowanie, rytuał-działający-na-zewnątrz, rytuał-utrzymujący-stan. To są trzy różne funkcje i chyba każda z nich inaczej reaguje na środowisko. Geomantka mówiła o tym, że coś robiła 'płytko' - ale może robiła rytuał jednego typu w miejscu, gdzie potrzebny był inny typ?
Ja tu trochę z boku, bo nie znam się na tradycjach ani typach - ale słucham i mam takie proste pytanie: czy wy, kiedy coś 'nie działa', to od razu wiecie że nie działa, czy to jest coś, co widać dopiero po czasie? Bo mi się wydaje, że to dość trudno ocenić w trakcie.
Dobra, wchodzę z głupim pytaniem, bo naprawdę chcę zrozumieć. Skoro trudno to ocenić w trakcie, a po czasie też nie wiadomo dokładnie co zadziałało - to jak w ogóle testujecie skuteczność? Bo to brzmi jak coś, gdzie każdy wynik da się wytłumaczyć albo jako sukces, albo jako 'zadziałało inaczej'.
To, co Augur rozdziela, to mi pomaga też odpowiedzieć na własne pytanie z początku tego wątku. Startowałam od 'czy rytuały mają miejsce w zawodzie' i gdzieś po drodze to się rozbiło na tyle warstw, że trudno to złożyć z powrotem. Ale chyba właśnie o to chodzi - to nie jest pytanie z jedną odpowiedzią. Mają miejsce, ale zależy co, dla kogo i po co. I chyba każdy musi to ustalić sam na swoim materiale.
