Dziedzilia, i właśnie to jest coś, czego na początku takich rozmów nikt nie mówi wprost - że to jest praca własna, nie zestaw zasad do pobrania. Ja przez długi czas szukałam czegoś gotowego i się dziwiłam, że nie ma. Teraz myślę, że gdyby było coś gotowego i działającego dla wszystkich tak samo, to by to nie był rytuał, tylko procedura.
To, co Pelcia pyta, to mi przypomina coś z antropologii - nie znam się na tym głęboko, ale chyba właśnie o to chodzi w tym jak rytuały w ogóle powstają. Zaczynają jako powtarzalne czynności i dopiero z czasem, z warstwami znaczeń, stają się czymś innym. Może więc to nie jest kwestia jednego momentu, tylko narastania.
Jaryla trafił w coś, co mnie też zastanawiało. Moje własne przygotowanie przed spotkaniami zaczęło się jako nawyk, zupełnie świecki. Dopiero po czasie zacząłem to traktować inaczej i poczułem różnicę. Nie wiem, czy to był ten sam moment co zmiana - może to był długi proces. Ale pytanie Pelci zostaje otwarte: kiedy dokładnie ta granica się przesuwa? I czy w ogóle można to 'przyspieszyć' świadomie, czy samo musi dojrzeć?
To, co Zenek napisał o nawyku, który z czasem stał się czymś innym - ja miałam podobnie i zastanawiam się, czy ten moment zmiany jest świadomy, czy raczej przyłapujesz się na nim po fakcie. Bo u mnie to było zdecydowanie to drugie. W pewnym momencie stwierdziłam, że to co robię przed spotkaniami z klientami, to nie jest już tylko 'uspokajanie się', ale coś, na czym mi zależy z innych powodów. I nawet nie wiem dokładnie kiedy.
Jaryla dotknął czegoś, przy czym chcę się zatrzymać. Bo faktycznie - każda tradycja miała swój punkt startowy. Problem nie leży w tym, że coś jest 'wymyślone', tylko w tym, czy jest zakorzenione w czymś prawdziwym dla osoby, która to praktykuje. Rytuał bez żadnego przyczepienia do realnego doświadczenia albo systemu znaczeń to jest trochę jak słowo w obcym języku, które wypowiadasz fonetycznie, nie wiedząc co znaczy. Brzmi, ale nic nie niesie.
Słucham tej wymiany i myślę sobie, że może problem z pytaniem 'czy działa' leży w tym, że patrzymy na to zero-jedynkowo. Albo działa, albo nie. A może działa na różnych poziomach i nie wszystkie są jednakowo widoczne? W kontekście biznesowym - jeśli ktoś wychodzi z przygotowania spokojniejszy i bardziej skupiony, to już coś. Czy to że ewentualnie 'działa też gdzieś poza nim' jest warunkiem koniecznym?
Hortensja zadaje pytanie, które mi też chodziło po głowie. I chyba różnica jest taka: medytacja albo chwila ciszy to jest praca z własnym stanem, ale bez żadnej warstwy znaczenia poza samym efektem. Rytuał - przynajmniej w moim rozumieniu - zawiera też jakiś gest w kierunku czegoś poza stanem. Intencja, symbol, kierunek. To może być to samo fizycznie, ale niesie inną strukturę wewnętrznie.
Dobra, zagubiam się trochę. Czyli jeśli rozumiem poprawnie: rytuał jest dla was przede wszystkim dla was samych, nie dla relacji? To jest raczej przygotowanie osobiste z warstwą symboliczną? Bo przez chwilę myślałem, że chodzi o coś, co ma wpłynąć na kogoś drugiego - a teraz brzmi jakby chodziło głównie o własny stan wewnętrzny.
Arek, ja myślę że to nie jest albo-albo. Kiedy zaczęłam ten wątek, miałam na myśli obie warstwy, ale nie umiałam ich od siebie oddzielić. Teraz po tej rozmowie widzę, że warstwy są różne i może każda wymaga innego podejścia. Mój własny stan wpływa na relację, więc pracując nad sobą, pracuję też pośrednio nad tym, co jest między mną a klientem. To nie jest to samo co rytuał skierowany bezpośrednio 'na' relację, ale nie jest też od niej oderwane.
Mnie zastanawia coś innego - czy ktoś tu w ogóle robił coś, co byłoby wprost skierowane na relację biznesową? Nie na własny stan, ale na samą relację. Czy to w ogóle jest praktykowane? Bo czytam ten wątek i mam wrażenie, że wszyscy oscylujecie wokół przygotowania siebie, a nie pracy z relacją jako taką.
To, co Zenek opisuje, to mi przypomina coś z magii manifestacyjnej - zapis intencji, wizualizacja rezultatu. I to jest chyba właśnie ta granica, o którą pytała Galia. Ale wracając do pytania Dziedzilii z początku wątku - czy to ma miejsce w zawodzie - to myślę, że ma, ale pod warunkiem że jest dyskretne i nie wchodzi w przestrzeń klienta bez jego wiedzy. Czyli nie namaszczasz krzesła klienta przed spotkaniem, tylko pracujesz z własnym przygotowaniem i intencją.
Wydaje mi się, że pytanie o przestrzeń wspólną to tylko wierzchołek. Głębszy problem jest taki: czy rytuał skierowany na relację - nie na siebie, ale na relację - wchodzi w autonomię drugiej osoby. I tu nie chodzi tylko o etykę praktyczną, ale o coś, co różne tradycje traktują zupełnie inaczej. W niektórych podejściach intencja skierowana na 'dobro relacji' jest neutralna, w innych - każde działanie bez zgody jest przekroczeniem. Nie mówię, że jedno jest słuszne. Mówię, że ta różnica istnieje i warto ją sobie uświadomić zanim ktoś powie 'to oczywiste'.
Słucham i zastanawiam się, czy ktoś tu w ogóle rozróżnia między 'ustawieniem' przestrzeni przed klientem a robieniem czegoś w trakcie lub po. Bo dla mnie intuicyjnie to są trzy różne sytuacje, które mogą mieć zupełnie inne znaczenie etyczne. Zenek mówił o czymś przed podpisaniem kontraktu - to jest jeszcze inne. Czy to w ogóle ma znaczenie kiedy?
Ten wątek z zamknięciem mnie ciekawi, bo pracując z klientami długoterminowo czasem naprawdę czuję, że coś się 'wisi' po zakończeniu współpracy. Nie wiem jak to opisać inaczej - jakaś niezamknięta pętla. I nigdy nie robiłam z tym nic świadomie, bo nie wiedziałam, że można to potraktować jako odrębny temat. Zenek, mówisz o czymś konkretnym czy bardziej o odczuciu?
To, co Zenek opisuje z domknięciem, to mi daje nowe spojrzenie na całe pytanie z tytułu wątku. Bo ja myślałam o rytuałach jako o czymś 'przed' - przygotowanie, otwarcie. A tu nagle jest cały wymiar zamykania, który ma równorzędne znaczenie. I zastanawiam się, czy to nie jest właśnie coś specyficznego dla kontekstu zawodowego - że relacje biznesowe mają wyraźniejszy początek i koniec niż np. osobiste.
Czytam to i mam wrażenie, że mówicie o czymś, co w psychologii po prostu nazywa się 'zamknięciem emocjonalnym'. Nie mówię tego złośliwie, po prostu - czy ten zapis intencji Zenka jest naprawdę rytuałem, czy raczej techniką psychologiczną, którą on opisuje w kategoriach ezoterycznych? Bo pytanie o to, czy ma 'miejsce w zawodzie' zmienia sens w zależności od odpowiedzi.
Słuchajcie, to jest właśnie to, o co mi chodziło od jakiegoś czasu w tym wątku. Jeśli nie da się odróżnić rytuału od techniki psychologicznej 'z zewnątrz', to co sprawia, że jedna osoba to nazwie rytuałem, a druga techniką? Tylko słownictwo? Bo jeśli tak, to pytanie z tytułu staje się pytaniem o to, czy ezoteryczne słownictwo ma miejsce w zawodzie - a nie czy praktyka ma.
Okay, Lobelka, ale to mnie prowadzi do kolejnego problemu. Jeśli pracujesz jako terapeuta albo coach i twoja praca opiera się na podejściu, które zakłada 'kierowanie czegoś poza siebie' - to czy to jest legalnie do wykonywania zawodu? Nie mówię o Polsce konkretnie, bo tu jest jeszcze kwestia regulacji. Ale chyba jednak to nie jest bez znaczenia, zwłaszcza w zawodach zaufania publicznego.
Mam wrażenie, że zaczynamy mieszać dwa różne wątki. Jeden to: czy rytuał jest częścią usługi oferowanej klientowi. Drugi to: czy rytuał jest prywatną praktyką towarzyszącą pracy zawodowej. Dziedzilia na początku chyba miała na myśli to drugie, ale w toku rozmowy wszystko się przeplata. Czy ktoś może potwierdzić, o co pierwotnie chodziło?
Galia, tak, miałam na myśli drugie - prywatna praktyka towarzysząca pracy. Ale chyba intuicyjnie czułam, że te dwa wątki są połączone, bo jedno może prowadzić do drugiego. I po tej rozmowie myślę, że może powinnam była zadać oba pytania osobno. Bo to są naprawdę różne rzeczy.
Skoro Dziedzilia to rozdziela - to chcę zapytać o ten pierwszy wątek, który Galia nazwała 'częścią usługi'. Czy ktoś tu faktycznie oferuje klientom coś, co wprost nazywa rytuałem w kontekście biznesowym? Nie mówię o sesjach z szamanami czy coachach pracujących z metaforą - mówię o kimś, kto w ofercie zawodowej ma 'rytualne towarzyszenie' projektowi albo coś podobnego.
A może właśnie nie jest inna kategoria i o to tu chodzi? Rytuał onboardingowy w HR i rytuał otwarcia współpracy, który ktoś robi prywatnie przed pierwszym spotkaniem z nowym partnerem biznesowym - oba dotyczą progów. Przejścia z jednego stanu w drugi. Różnica jest w warstwie, którą dokładasz. Lobelka mówiła o ontologii - tutaj ontologia jest różna, ale struktura działania jest ta sama. I zastanawiam się, czy ta zbieżność struktury coś nam mówi o tym, skąd w ogóle biorą się rytuały.
Zenek, to co opisujesz z progami - ja to rozumiem, ale mam pytanie. A co z długotrwałymi relacjami biznesowymi, które trwają lata? Tam nie ma wyraźnych progów, jest ciągłość. Czy wtedy rytuał w ogóle ma zastosowanie, czy może pojawia się tylko przy naturalnych momentach granicznych, takich jak przedłużenie umowy, zmiana warunków? Bo tu Twoja logika progów mogłaby się posypać albo właśnie mogłaby być jedyną, która trzyma.
Słucham tej rozmowy o progach i wracam do pytania Dziedzilii z tytułu, bo trochę odpłynęliśmy. Ona pytała, czy rytuały mają miejsce w zawodzie - i teraz jesteśmy przy tym, kiedy i w jakich momentach. Ale nie padło wprost: czy ktoś tu miał sytuację, gdzie jakiś rytuał towarzyszący pracy zawodowej - przed spotkaniem, po projekcie, cokolwiek - realnie zmienił coś w tej relacji? Nie w sensie, że zrobił i poczuł się lepiej, ale że efekt był widoczny z zewnątrz?
