To jest pytanie o poczucie zakończenia. I z tego co obserwowałam - sygnał końca rytuału jest zwykle bardzo zmysłowo konkretny. Zgaśnięcie świecy, ostatnie słowo, gest zamknięcia. Jeśli tracisz zmysł który odbierał ten sygnał, musisz go przebudować. I to chyba jest jeden z trudniejszych momentów adaptacji - bo to jest punkt graniczny, a nie środek.
Runy mają coś podobnego - Othala i Dagaz jako runy graniczne, symbolizujące zamknięcie i otwarcie cyklu. I kiedy ktoś mi pokazywał jak pracuje niewidomy od urodzenia runemaster - co ciekawe, używał dotyku jako głównego kanału i jego sygnał zamknięcia był dotykowy, fizycznie odkładał ostatnią runę. Różny od wzrokowego, ale bardzo wyraźny. Nie był zawieszony, był może nawet bardziej definitywny.
I to wróciłoby nas do wcześniejszego wątku o świadomości zmiany - że kiedy musisz zbudować sygnał zamknięcia od nowa, robisz to z intencją. A osoba która go odziedziczyła może go używać automatycznie, bez zastanowienia co on znaczy.
Dobra ale mam pytanie do Glifii - ten runemaster którego wspominasz, czy sam mówił że jego praktyka różni się od tego co znają inni? Czy po prostu tak to wyglądało z zewnątrz? Bo to duża różnica między obserwacją a perspektywą osoby praktykującej.
I to jest może najważniejsza rzecz w całej tej rozmowie - że brak wzorca porównawczego może być paradoksalnie uwalniający. Moja znajoma która straciła wzrok żyje z dysonansem między tym co pamiętała a tym co robi teraz. A ktoś kto nigdy tego wzorca nie miał, buduje praktykę bez tego obciążenia. Nie wiem czy to prostsze, ale na pewno inne.
To co powiedziała Andromedka_W o braku wzorca porównawczego - muszę chwilę przy tym zostać. Bo ja mam ten wzorzec i on mi przeszkadza. Serio. Kiedy próbuję przebudować jakiś element rytuału, cały czas mam w głowie jak 'powinno' wyglądać i to blokuje. Zastanawiam się czy osoba która uczy się od zera naprawdę ma łatwiej, czy tylko inaczej trudno.
Ale tu jest chyba różnica między trudnością emocjonalną a trudnością praktyczną. Ktoś bez wzorca porównawczego może mieć spokój w głowie, ale i tak musi gdzieś znaleźć strukturę - bo rytuał bez struktury się rozpada. Skąd czerpie, jeśli tradycja jest pisana pod kogoś innego?
Jest takie pojęcie w somatosensoryce - coś co się nazywa interoception, czyli percepcja wewnętrznych stanów ciała. I to jest kanał który jest aktywny niezależnie od tego czy widzisz, słyszysz, czy dotykasz. Serce, oddech, napięcie mięśni. Ciekawe że w rytuałach rzadko się o tym mówi explicite, a może być najbardziej pierwotnym wyznacznikiem czasu.
I to by tłumaczyło coś co słyszałam od kilku osób - że ten sam rytuał trwa 'krócej' kiedy jesteś spokojniejsza, a 'dłużej' kiedy jesteś spięta. Nie dlatego że źle oceniasz czas, ale dlatego że twoje ciało naprawdę inaczej go przetwarza. To nie jest subiektywne odczucie w sensie błędu - to jest inny pomiar tym samym instrumentem który jest w różnym stanie.
Znam tę obserwację z praktyki. W niektórych tradycjach słowiańskich czas rytuału był wyznaczany oddechem - dosłownie, liczba wdechów, nie minut. To było celowe, bo wymuszało synchronizację z ciałem. I co ciekawe, osoby które tę metodę stosowały mówiły że rytuał zawsze trwa tyle ile trwa - bez pośpiechu i bez dłużenia. Bo ciało samo wie kiedy jest gotowe.
To trochę zmienia perspektywę całej rozmowy. Jeśli czas rytualny jest w ciele, a nie w zewnętrznych sygnałach - to właściwie każda adaptacja zmysłowa jest powrotem do czegoś bardziej pierwotnego? Nie przebudowujesz rytuału, tylko odkrywasz warstwę która była wcześniej?
Ale ile warstw adaptacji zanim rytuał przestaje być tym rytuałem? Gdzieś musi być granica. Albo raczej - może nie granica, ale pytanie o rdzeń. Co w rytuale jest niezastępowalne?
To jest chyba najlepsze pytanie w tej rozmowie. I nie mam na nie odpowiedzi, ale mam hipotezę - że rdzeń to jest intencja utrzymywana w czasie. Nie konkretny zmysł, nie konkretna forma, tylko to że coś jest robione z określonym zamiarem, w określonej sekwencji, i ta sekwencja jest powtarzalna. Wszystko inne może być różne.
W runach jest podobne podejście do tego - każda runa ma znaczenie które jest niezależne od tego jak ją zapiszesz, narysuj, wyrokujesz czy dotkniesz w reliefie. Forma nośnika się zmienia, znaczenie zostaje. I może z rytuałem jest podobnie - rdzeń semantyczny zostaje, forma jest adaptowalną powłoką.
Ale Latawica napisała coś o sekwencji i powtarzalności jako warunku koniecznym. I właśnie przy tym się zatrzymuję, bo to wraca do tematu czasu. Sekwencja to porządek elementów, powtarzalność to rytm w większej skali - między kolejnymi wykonaniami. Czy osoba która ma zmienione zmysły łatwiej albo trudniej utrzymuje oba te poziomy jednocześnie?
Myślę że to są dwa różne wyzwania. Sekwencja wewnątrz rytuału to kwestia struktury poznawczej - pamięci proceduralnej, nawyku. Powtarzalność między rytuałami to kwestia zewnętrznych kotwic - kalendarza, pór roku, faz księżyca. I te kotwice zewnętrzne są dostępne różnymi kanałami. Ślepota nie wyklucza liczenia dni, głuchota nie wyklucza obserwacji przyrody.
Dobra, ale to o pływach i wilgotności to mnie trochę zaskoczyło. Tzn. rozumiem że grawitacja Księżyca działa na wodę w oceanach, ale czy człowiek naprawdę może to odczuć na poziomie ciała? Nie podważam, po prostu nie wiem jak to miałoby działać fizycznie.
To znaczy że rytuał wyznaczany cyklem menstruacyjnym jest dostępny tylko dla osób które go mają? Bo to by wykluczało całkiem spore grupy - mężczyzn, osoby po menopauzie, osoby po niektórych terapiach hormonalnych.
To jest dobra uwaga. Właściwie każda kotwica zewnętrzna ma jakiś warunek dostępności. Kalendarz - wymaga znajomości dat i jakiegoś sposobu ich śledzenia. Fazy księżyca - zwykle wzrok albo zewnętrzna informacja. Pory roku - temperatura, długość dnia, co też nie jest jednakowo dostępne. Czy jest cokolwiek co jest naprawdę powszechnie dostępne?
A sen? Cykl dobowy, zasypianie i budzenie się - to jest chyba coś co ma prawie każdy i co reguluje czas bez żadnych zewnętrznych narzędzi w sensie wzroku czy słuchu.
Zastanawiam się czy to nie jest przypadkiem to co robią tradycje monastyczne - jutrznia, nieszpory, kompleta. Podział dnia według przejść biologicznych a nie zegarowych. Tylko że tam jest dzwonek który sygnalizuje porę, czyli jednak zewnętrzny sygnał.
W praktykach nordyckich też był podobny podział - nie tyle godziny co pory dnia opisane przez stan aktywności. 'Pora kiedy bydło wychodzi', 'pora kiedy wraca'. Czyli de facto rytm biologiczny otoczenia jako wyznacznik czasu. To nie jest zegar, to jest obserwacja.
To jest coś co mnie od dawna zastanawia - czy rytuał osadzony w rytmie miejskim ma inną jakość niż ten osadzony w rytmie natury? Nie w sensie lepszy czy gorszy, ale strukturalnie inny? Rytm tramwajów jest regularny ale zewnętrzny i mechaniczny, rytm przypływów jest regularny i biologiczny. Czy to robi różnicę dla osoby która rytuał wykonuje?
Ale wracając do sedna tematu - osoba z niepełnosprawnością wzroku w mieście może mieć dostęp do rytmu miejskiego przez słuch. Tramwaj, ruch na ulicy, hałas. Osoba głucha może odczuć wibracje, zmianę aktywności przez dotyk i propriocepcję. Więc różne kanały zmysłowe mogą prowadzić do tej samej kotwicy czasowej. I to jest odpowiedź na pytanie Labradoryt chyba - nie przekładasz systemu jeden do jednego, ale szukasz swojego wejścia do tego samego rytmu.
Tylko że rytm miejski jest dużo mniej regularny niż pory roku albo fazy księżyca. Strajk komunikacji, wakacje, pandemia - to wszystko zaburza rytm tramwajów. Czy rytuał oparty na tak zmiennym sygnale ma szansę być stabilny?
I to jest chyba napięcie którego nie da się ostatecznie rozwiązać - między adaptatnością a spójnością. Im bardziej rytuał dostosowuje się do możliwości zmysłowych osoby, tym bardziej musi być przemyślane co jest rdzeniem a co opakowaniem. Bo inaczej właśnie to o czym Latawica mówi - rozmycie. Ciekawi mnie czy osoby które robiły taką adaptację świadomie miały jakiś moment w którym powiedziały 'tu kończy się adaptacja, dalej to już coś innego'.
To co napisała Andromedka to mnie gdzieś uderzyło. Mam dokładnie ten problem z moją własną praktyką - kiedy zaczynam zbyt swobodnie modyfikować rytuał, w pewnym momencie nie wiem już co jest sednem. Czy modyfikuję formę czy modyfikuję intencję? Bo to są dwie różne rzeczy i łatwo je pomylić.
