Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i zastanawiam mnie jedna rzecz - czy rytuały w ogóle mają sens jako coś prewencyjnego, czy może działają głównie wtedy, gdy już coś się dzieje i trzeba to jakoś przepracować? Bo zauważyłem, że większość ludzi sięga po nie reaktywnie. Coś się posypało, przychodzi kryzys, i wtedy nagle świece, kadzidła, całe ceremonie. Ale czy rytuał wykonany 'na wszelki wypadek', kiedy wszystko gra, ma w ogóle taką samą moc? Mam wrażenie, że intencja jest zupełnie inna i to zmienia całość.
To jest akurat ciekawy punkt wyjścia, bo w tradycjach szamańskich - i mówię tu głównie o rdzennych kulturach syberyjskich i andyjskich - rytuały ochronne były wykonywane regularnie, bez konkretnego powodu. Nie czekano na kryzys. Pacha Mama offerings w Andach to coś, co robi się przy okazji każdej zmiany pory roku, nie dlatego że coś się posypało. Więc to rozróżnienie 'reaktywny vs prewencyjny' niekoniecznie jest takie oczywiste jak się wydaje.
Ale właśnie o to mi chodziło kiedy zaczęłam się tym interesować - że niby rytuały mają nas chronić, ale jak zaczęłam szukać to większość przepisów jakie znalazłam było napisanych pod kątem 'jak coś pójdzie nie tak'. Może to kwestia tego co jest bardziej popularne w internecie, nie wiem. Czy jest gdzieś jakaś sensowna literatura o tych prewencyjnych?
Ja mam takie odczucie, że intencja przy rytuale prewencyjnym jest dużo trudniejsza do utrzymania właśnie dlatego, że nie ma emocjonalnego kopa. Jak coś boli, to człowiek jest skupiony, zdesperowany nawet. A jak wszystko jest ok to trudniej się skupić na tym po co właściwie to robię. Może dlatego te reaktywne wydają się skuteczniejsze - bo człowiek jest w innym stanie?
A co rozumiesz przez 'działają'? Bo to trochę zmienia całą dyskusję. Jeśli mówimy o psychologicznym aspekcie rytuałów - a jest sporo badań w tym kierunku, np. Cristine Legare z UT Austin pisała o tym - to rytuał jako stabilizator emocjonalny ma sens właśnie w momencie stresu. Natomiast jeśli myślimy o czymś więcej niż psychologia, to inne pytanie.
Moim zdaniem rozróżnienie prewencja vs reakcja to troche sztuczne. Przeciez jak robisz rytuał ochronny regularnie to i tak reagujesz - na biezące energetyczne warunki otoczenia, na fazę ksieżyca, na własny stan. To nie jest nigdy 'z niczego'. Coś zawsze jest powodem, nawet jeśli nie zdajesz sobie sprawy.
Przy tej dyskusji brakuje mi jednego wymiaru - pory dnia. Bo jeśli mówicie o intencji i stanie wewnętrznym, to godzina rytuału to nie jest tylko symbolika. W tradycji wedyjskiej sandhya vandanam jest wykonywana o świcie, w południe i o zmierzchu właśnie dlatego, że to są punkty przejścia, kiedy energia jest z definicji w ruchu. I to działa inaczej niż robienie tego samego w środku nocy albo o 14:00.
A można zapytać - skąd to wiadomo że te konkretne pory działają inaczej? Mam na myśli coś poza tradycją. Bo tradycja to że coś zawsze tak robiono, ale czy jest jakaś inna podstawa?
Wracając do oryginalnego pytania bo trochę odpłynęliśmy - myślę, że to rozróżnienie prewencja/reakcja jest bardziej spektrum niż binarne. W tradycjach greckich - i to dobrze udokumentowane historycznie - thusia, czyli ofiara/rytuał, była wykonywana zarówno przed bitwą (prewencja), jak i po klęsce (przepracowanie). Ale kluczowe jest to, że nawet ta 'prewencyjna' była zawsze odpowiedzią na coś: nadchodzącą zmianę, sezon, ważne wydarzenie. Rytuał czysto abstrakcyjny, bez żadnego kontekstu, to koncepcja dość współczesna i trochę wyjęta z tradycji.
Mnie zastanawia czy to nie jest też kwestia tego w co wierzymy. W katolicyzmie masz różaniec, który możesz odmawiać codziennie i to jest właśnie ta prewencyjna regularna praktyka, nie czekasz na kryzys. I nikt nie pyta czy 'działa' - bo to nie jest tak skonstruowane. Może z rytuałami magicznymi jest problem bo przywiązujemy za dużo do efektu, a za mało do samej praktyki?
Różaniec jak najbardziej jest rytuałem - ma ustaloną sekwencję, symbole, powtarzalne działania, kontekst intencjonalny. Definicja rytuału obejmuje zdecydowanie praktyki religijne. To że ktoś oddziela 'rytuały magiczne' od 'modlitw' to raczej kwestia własnej perspektywy, nie jakiejś obiektywnej granicy.
Sceptycznie podchodzę do całej tej rozmowy, ale jedno mnie zatrzymało - ten argument o intencji przy rytuałach prewencyjnych. Bo jeśli efekt rytuału zależy od stanu emocjonalnego i skupienia, to faktycznie robienie go 'z przyzwyczajenia' co środę o 20:00 brzmi dość pusto. Ale czy nie o to chodzi w każdej dyscyplinie - żeby robić coś nawet kiedy nie masz na to ochoty?
No właśnie i tu wychodzi kolejna warstwa - czy rytuał to dyscyplina czy coś organicznego? Bo jak go mechanicznie powtarzasz bez względu na stan, to wychodzi z tego coś bliższego ćwiczeniu niż rytuałowi. Przynajmniej w moim odczuciu. Pytanie do was - czy ktoś miał doświadczenie kiedy rytuał wykonywany regularnie, z nawyku, przyniósł coś innego niż ten robiony pod wpływem silnej intencji?
Ja miałam dokładnie takie doświadczenie i to kilka razy. Rytuały które robiłam regularnie, bez wielkiego ładunku emocjonalnego, działały bardziej jako rodzaj kalibracji - trudno to inaczej nazwać. Nie było dramatycznego efektu, ale po dłuższym czasie zauważałam że pewne rzeczy po prostu układają się inaczej, spokojniej. Natomiast rytuały robione w kryzysie były intensywniejsze przeżyciowo, ale efekty były bardziej zmienne.
A jak długo czekałaś na te efekty? Bo właśnie to mnie dobija - że wszyscy mówią 'po dłuższym czasie' ale nikt nie powie po jakim konkretnie.
Wróćmy na chwilę do tego co powiedział Jaromir o dyscyplinie kontra coś organicznego - bo to mnie naprawdę zatrzymało. Jeśli rytuał prewencyjny wymaga dyscypliny, to właściwie czym się różni od nawyku? Nawyk też może mieć pozytywny efekt psychologiczny bez żadnego ładunku intencji.
Wracając do wątku pory dnia który trochę urwał się w połowie - chciałem dodać jedną rzecz której wcześniej nie powiedziałem. W tradycji tybetańskiej praktyki o świcie są często opisywane jako działające na poziomie przed-ego, zanim uruchomi się wewnętrzny komentator. To zupełnie inne uzasadnienie niż chronobiologia ale dochodzi do podobnych wniosków. Czy to pora ma znaczenie? Mam wrażenie że tak, ale nie z tych powodów które większość ludzi podaje.
Mam wrażenie że ta dyskusja o porach dnia i o prewencja-vs-reakcja to tak naprawdę ten sam problem w innym opakowaniu. Chodzi o to czy rytuał wymaga konkretnych warunków zewnętrznych żeby był skuteczny - czy to pory, czy to konkretnego stanu emocjonalnego, czy kryzysu. I odpowiedź historyczna jest taka że tradycje które przetrwały długo zazwyczaj miały i jedno i drugie - regularne rytuały kalendarzowe i rytuały na konkretne sytuacje. One nie były w opozycji.
Ale właśnie - jak te tradycje to rozwiązywały praktycznie? Bo jedno to mówić 'miały i jedno i drugie', a drugie to jak to wyglądało w praktyce codziennej. Czy zwykły człowiek w starożytnej Grecji robił coś codziennie rano i dodatkowo coś na kryzys?
A kult Hestii przy ogniu - to co konkretnie robili? Pytam bo mam wrażenie że to ważny przykład i chciałbym zrozumieć jak to wyglądało, nie tylko że 'codziennie'.
Właściwie to trochę jak ze mszą codzienną versus mszą pogrzebową albo ślubną. Codzienna msza ma inny charakter emocjonalny niż ta w konkretnej intencji życiowej. I myślę że w katolicyzmie to rozróżnienie jest zupełnie naturalne, nikt nad nim specjalnie nie deliberuje. Może dlatego ta debata prewencja-reakcja wydaje mi się trochę sztucznie wyostrzona.
Właściwie to Dzikitaurus ma rację w jednym punkcie nawet jeśli sposób w jaki to ujął można kwestionować. Wspólnotowy kontekst rytuału to nie jest tylko teoria - to zmienia fizycznie co się dzieje z ciałem, z nerwami, z koncentracją. Wspólne śpiewanie, synchronizacja ruchów - to ma udokumentowane efekty na poziomie neuroendokrynologicznym. I tego nie ma jak odtworzyć samemu w domu.
A jak to się ma do tematu pór dnia? Bo Jaromir mówi o kontekście wspólnotowym, Porewit mówił o porannym stanie przed-ego - czy to są niezależne zmienne czy ze sobą powiązane? Jak ktoś robi rytuał grupowy o świcie to co wtedy działa mocniej - pora czy wspólnota?
Ja bym jednak wróciła do tego co Jaromir rzucił wcześniej - rytuał jako kalibracja. Dla mnie ta metafora dużo tłumaczy jeśli chodzi o regularne praktyki bez wyraźnego kryzysu. Kalibracja nie jest dramatyczna, nie czujesz jej momentalnie, ale jak przestajesz ją robić to po czasie coś zaczyna chodzić krzywo. I wtedy wiesz po co to było.
To co mówi Konstancja to brzmi trochę jak efekt medytacji, nie rytuału. Czy to w ogóle jest różnica, czy rytuał jest po prostu medytacją w innym opakowaniu?
No dobra ale to jest chyba kluczowe pytanie tej całej dyskusji - czy rytuał to jest medytacja z rekwizytami? Bo jak Konstancja opisuje tę reaktywność i wzorce, to brzmi dokładnie jak opis efektów regularnej praktyki mindfulness. Gdzie jest granica?
To co mówi Konstancja ma sens z perspektywy tego jak pracuje uwaga. W medytacji uczysz się ją obserwować. W rytuale ją ogniskujesz. To są naprawdę różne tryby pracy, mimo że z zewnątrz mogą wyglądać podobnie - siedzisz, jesteś cicho, może masz coś w dłoniach.
