To co Mokosza opisuje o dłoniach na bębnie - to jest dla mnie kluczowe. Bo to zmienia pytanie z 'jak ktoś słyszy rytm' na 'jak ktoś go wchłania'. I może właśnie o to chodzi w adaptacji - nie o zamianę jednego zmysłu na inny, tylko o znalezienie drogi wchłaniania. Przez inną powierzchnię.
Droga wchłaniania - to jest ładne określenie. Ale mam pytanie praktyczne, bo próbuję to sobie wyobrazić. Jeśli ktoś trzyma dłonie na bębnie, to jest przywiązany do jednego miejsca przez cały rytuał. Czy to nie ogranicza tego co może robić w tym czasie?
Zapisałam sobie to 'droga wchłaniania' - bardzo mi to pasuje do czegoś czego nie umiałam nazwać przy tarota. Kiedy kładę karty, to nie czytam ich wzrokiem w sensie skanowania, tylko jakby je wchłaniam całością. I czas jest właśnie związany z tym procesem wchłaniania, nie z patrzeniem.
To co Latawica opisuje jako opór i jego brak - to jest bardzo zbliżone do tego co w bioenergoterapii nazywa się zamknięciem przepływu. Nie że nic nie płynie, ale że to co miało przejść, przeszło. I to też jest czas wewnętrzny, nie zegarowy. Ciekawe że podobne odczucie pojawia się w tak różnych praktykach.
Ale hej, tu mi coś zgrzyta. Rozmawiamy o bardzo subiektywnych odczuciach i każda z nas opisuje to inaczej - napięcie, temperatura, wchłanianie, opór. To są cztery różne opisy. Czy to znaczy że każda ma inny próg czy że opisujemy to samo w innych słowach?
To co Mirka nazywa czterema różnymi opisami - mnie to nie dziwi. W tradycjach ustnych opis doświadczenia jest zawsze lokalny, ciałowy, konkretny. Nikt nie mówił 'czuję zamknięcie przepływu energii' - mówił 'robi mi się ciepło w dłoniach i wiem że koniec'. Opis nie jest doświadczeniem. Doświadczenie może być podobne mimo różnych słów.
I to wraca do pytania o adaptację zmysłową. Jeśli doświadczenie może być podobne mimo różnych dróg wchłaniania i różnych słów - to może adaptacja nie niszczy rytuału tylko zmienia jego powłokę. Rdzeń zostaje. Tylko jak to sprawdzić bez wchodzenia w kogoś skórę.
To pytanie Andromedki o rdzeń mnie zawiesza. Bo co jest rdzeniem? Sekwencja czynności? Intencja? To konkretne odczucie w ciele? Każda z nas pewnie wskazałaby inaczej i może właśnie to jest problem z mówieniem że adaptacja 'zachowuje' rytuał albo że go 'zmienia'.
A co jeśli to sprawdzenie jest właśnie momentem adaptacji? Tzn. osoba która musi znaleźć inną drogę, dowiaduje się przy okazji co jest absolutnie konieczne. Może adaptacja zmysłowa to taki mimowolny test rdzenia.
I tu się robi bardzo konkretny problem. Mam znajomą która praktykuje od dziecka i straciła wzrok kilka lat temu. Mówi że niektóre rzeczy zmieniła i nie wie do dziś czy to ten sam rytuał czy już coś nowego. I żyje z tą niewiedzą, bo efekty są podobne. Ale podobne to nie identyczne.
Ta niewiedzą nie jest słabością tej osoby - to jest uczciwe stanowisko. W tradycjach które znam, rytuał nigdy nie był identyczny dwa razy, bo odprawiała go inna wersja tej samej osoby, w innym czasie, w innym układzie świata. Identyczność to trochę iluzja którą my nakładamy z zewnątrz.
Mam wrażenie że rozróżnienie autentyczny/adaptowany jest bardziej przydatne praktycznie niż filozoficznie. Tzn. kiedy coś zmieniam w rytuale, to dobrze że mam świadomość że zmieniam - nawet jeśli zmiana jest konieczna. Świadomość zmiany to co innego niż ocena czy zmiana była dobra.
To jest coś co mnie uderza w tym wątku od początku - że adaptacja zmysłowa może robić z praktyki coś bardziej świadomego, nie mniej. Jakby przeszkoda wymuszała uwagę. Ale czy to jest zawsze dobre? Bo może właśnie ta automatyczność pewnych elementów rytuału ma swój sens i nie powinno się jej rozruszać myśleniem?
I to musi być strasznie frustrujące. Masz wyuczoną praktykę, wiesz jak to powinno wyglądać, a nagle musisz zaczynać od techniki jak na początku. Zastanawiam się ile czasu zajmuje znów osiągnąć ten stan w którym ciało robi swoje a ty możesz być gdzie chcesz.
To pytanie o czas mnie zatrzymuje, bo wracamy do tego co było gdzieś wcześniej w tym wątku - do czasu wewnętrznego kontra zegarowego. Czy ten czas 'uczenia się na nowo' to jest kwestia miesięcy, sezonów, cykli? I czy rytm powtórzeń - czyli że wracasz do rytuału regularnie - pomaga tu skrócić ten czas, czy to działa inaczej?
Z tego co wiem z opisów praktyk w różnych tradycjach - regularne powtórzenie buduje coś co można by nazwać pamięcią ciała, i ta pamięć jest bardziej odporna na zmianę modalności zmysłowej niż by się wydawało. Tzn. jeśli ktoś przez lata robił rytuał w określonej sekwencji, to ciało zna tę sekwencję bez konkretnego zmysłu. Ręce wiedzą co potem, nawet jeśli oczy tego nie widzą.
W numerologii jest coś takiego że rytm cyklu - nieważne czy to cykl roku, miesiąca, tygodnia - ma własną logikę i wchodzisz w nią albo nie. Ale nigdy nie myślałam o tym jako o pamięci ciała. Raczej myślałam o synchronizacji z czymś zewnętrznym. A tu wychodzi że może jest też synchronizacja wewnętrzna, którą ciało buduje samo.
Ale co z osobami które nigdy nie miały tego zmysłu i dopiero teraz wchodzą w praktykę? Dla nich nie ma tej wybudowanej pamięci ciała. Muszą budować ją od razu bez tego jednego kanału. To jest jednak inny punkt startu.
To mnie skłania do pytania czy rytuał 'dla osób niewidomych od urodzenia' i rytuał 'adaptowany dla osoby która straciła wzrok' to są te same praktyki. Bo procesy budowania ich są chyba zupełnie inne, nawet jeśli efekt zewnętrzny wygląda podobnie.
I może właśnie dlatego temat adaptacji jest trudny do omówienia w jednym kawałku - bo kryje się pod nim przynajmniej kilka różnych sytuacji, które mają różne punkty wyjścia. Adaptacja po stracie, budowanie od zera bez danego zmysłu, adaptacja kiedy zmysł jest ale funkcjonuje inaczej - to są osobne rzeczy. Zrzucamy to wszystko pod jeden termin i potem się dziwimy że nie możemy się dogadać co właściwie mówimy.
Andromedka_W poruszyła coś co mnie zatrzymało - to rozróżnienie między adaptacją po stracie a budowaniem bez danego zmysłu od początku. W tradycjach które znam, przekaz był zawsze ustny i gestowy jednocześnie. I zastanawiam się jak to wyglądało w przypadku osób które urodziły się głuche albo niewidzące - czy istniały równoległe ścieżki przekazu, czy po prostu adaptowano to co było?
To jest dobre pytanie, bo zakłada że tradycja miała świadomość tej różnicy. A nie jestem pewna że tak było. Mam wrażenie że przez większość historii adaptacja była po prostu... milcząca. Nikt nie opisywał jak to robi osoba głucha, bo to było jej sprawa i jej wiedza. Mogła zginąć z nią.
Mnie tu uderza to że w numerologii czas jest warstwą która istnieje niezależnie od tego jak go percypujesz. Cykl jest cyklem - czy liczyłaś go wzrokiem, słuchem, czy dotknięciem. I może to jest właśnie punkt zaczepienia dla adaptacji - że rytm powtórzenia jest w jakimś sensie obiektywny, a kanał zmysłowy przez który go czujesz to kwestia drugorzędna?
To co mówi Mirka03 wydaje mi się kluczowe - że kotwice czasowe w rytuale mogą być bardziej zmysłowo zakorzenione niż nam się wydaje. Czytałam o badaniach nad multimodal perception i tam jest coś takiego że różne zmysły mają różne rozdzielczości czasowe. Słuch na przykład radzi sobie z bardzo drobnymi odstępami czasu lepiej niż wzrok. Więc osoba która przestawia się na słuch może zyskać dokładniejsze wyczucie rytmu, nie gorsze.
Ale z drugiej strony - precyzja milisekundowa to nie jest to czego szukamy w rytuale. Rytuał nie jest metronimem. Może właśnie ta 'nieostrość' wzrokowa jest jej zaletą - daje więcej przestrzeni na to co nie jest mierzalne?
Trochę się gubię. Czy mówimy teraz o tym czy adaptacja jest gorsza/lepsza od oryginału, czy o tym jak w ogóle działa czas wewnątrz rytuału kiedy zmieniasz zmysł? Bo to chyba dwa osobne pytania.
Granacik - dokładnie to samo mi chodziło po głowie. Myślę że weszłyśmy w oba naraz i trochę się pokręciłyśmy. Ja wróciłabym do pytania o czas - bo to był wątek który mnie interesuje od początku. Jak zmiana zmysłu wpływa na to jak czujesz że rytuał 'trwa' i kiedy jest skończony?
