Hej, trochę z boku ale - czy ktoś tu pracuje z kimś konkretnym kto ma np. słabe słyszenie albo wzrok i wie jak to faktycznie wygląda od środka? Bo ta rozmowa jest dość teoretyczna i mam wrażenie że szybko możemy zabudować jakiś model który nie ma pokrycia w rzeczywistości.
I jednocześnie to nie znaczy że problemu nie ma - po prostu może być inaczej nazwany albo ukryty. Osoby z ograniczeniami często są nauczone że 'sobie radzą' i nie nazywają swojego dostosowania problemem nawet jeśli kosztuje ich wysiłek który innych nic nie kosztuje.
Mam pytanie może trochę z innej strony - skoro mówimy o czasie i rytmie, to jak się to ma do praktyk które są bardzo nieregularne? Znaczy ktoś kto ma np. nieregularny sen, zmęczenie chroniczne, nie zawsze wie kiedy jest w stanie cokolwiek wykonać. Czas zewnętrzny i czas wewnętrzny mogą być kompletnie rozjechane.
Pytanie o minimalny rytuał jest chyba osobnym wątkiem wartym rozwinięcia. Bo co decyduje że coś jest rytuałem a nie po prostu nawykiem albo chwilą uważności? Czy regularność jest warunkiem koniecznym czy wystarczającym czy żadnym?
I właśnie to pytanie wraca do tytułu - bo jeśli regularność jest tylko jedną z możliwych struktur a nie warunkiem, to adaptacja dla osoby z nieregularnym rytmem biologicznym to nie jest odejście od rytuału tylko wybór innej jego architektury. Tylko jak to rozpoznać od środka - skąd wiesz że robisz rytuał a nie po prostu coś robisz?
Dla mnie było to kwestia intencji i pewnego progu uwagi - że rytuał zaczyna się kiedy robię coś z pełną obecnością i z jasno postawionym pytaniem albo intencją, nawet jeśli trwa dwie minuty i nie ma żadnych rekwizytów. Ale to jest moja odpowiedź i nie wiem na ile jest generalizowalna.
Wracając do tego co napisała Runomira - ten próg uwagi mnie zatrzymał. Bo uwaga jako warunek rytuału to jest zupełnie inny sposób definiowania niż regularność czy forma. I właśnie w kontekście osób z nieregularnym rytmem biologicznym to ma sens - jeśli uwaga jest kryterium, to rytuał może być wykonany o trzeciej w nocy podczas bezsenności i być pełnowartościowy. Tylko ciekawe czy to jest pogląd odosobniony czy jest gdzieś zakorzeniony tradycyjnie.
Mam notatki z seminarium o tradycjach szamańskich w Azji Środkowej - tam stan odmieniony świadomości był warunkiem rytuału, nie pora dnia. Szaman wchodził w rytuał kiedy był gotowy, nie według kalendarza. Gotowość była oceniana przez niego samego i przez wspólnotę. To by pasowało do tego co mówi Runomira o uwadze.
Mam wrażenie że wchodzimy teraz w temat rozpoznawania własnych stanów, co jest osobnym zagadnieniem. Ale powiązanym - bo jeśli ktoś ma np. zaburzoną interocepcję, czyli trudność w rozpoznawaniu sygnałów własnego ciała, to kryterium 'gotowości' staje się bardzo mgliste. I to może dotyczyć wielu osób, niekoniecznie tych z konkretnymi diagnozami.
No i tu wracamy do sensu tego wątku - bo jeśli 'gotowość' jako warunek rytuału jest powiązana z rozpoznawaniem sygnałów ciała, to osoba która te sygnały odczytuje inaczej albo słabiej ma nie tylko inny format rytuału ale inny całkowicie punkt wejścia. I wtedy adaptacja to nie jest kwestia zamiany świecy na dźwięk, tylko zupełnie inaczej skonstruowanego progu uruchamiającego praktykę.
ale czy to nie znaczy że dla każdego próg jest trochę inny i że nie ma sensu szukać jakiegoś wspólnego mianownika? Bo jak słucham tej rozmowy to mam wrażenie że idziemy w kierunku 'każde doświadczenie jest indywidualne i koniec', co jest prawdą ale nic z tego nie wynika praktycznie.
A co to znaczy w praktyke - wspólna funkcja? Bo jak mówisz funkcja to co masz na myśli? Zaznaczenie przejścia? Skupienie? Bo to są dość różne rzeczy chyba.
Przy runach widzę to wyraźnie - sama forma ciągnienia jest różna kiedy robię to dla siebie a kiedy dla kogoś innego. Funkcja się zmienia. I kiedy ktoś poprosił mnie żebym przeprowadziła sesję przez telefon z osobą która nie widzi kart ani run, to okazało się że funkcja pozostała ta sama - intencja, pytanie, odpowiedź - ale forma była właściwie tylko mówiona. I ta osoba powiedziała że to było dla niej pełniejsze niż gdyby trzymała same kamienie, bo nie rozpraszała się na kształt.
To by tłumaczyło dlaczego niektórym tak dobrze idzie medytacja w ciemności albo z zamkniętymi oczami - ograniczenie jednego kanału nie zubaża doświadczenia tylko przekierowuje uwagę. Może niepełnosprawność sensoryczna w pewnych formach działa podobnie?
Wróćmy może do czasu - bo to był oryginalny temat. Wszystko co powiedzieliście o progu gotowości, o funkcji zamiast formy - jak to się przekłada konkretnie na strukturę czasową? Czy rytuał bez stałego rytmu w ogóle może utrzymać jakąś ciągłość praktyki?
To jest pytanie które zadaję sobie od miesięcy. Widziałam opisy praktyk w których rytm nie był regularny w sensie kalendarza - były rytuały powiązane ze zdarzeniami, nie z datami. Ktoś choruje - rytuał. Coś ważnego zbliża się - rytuał. Żadnej struktury tygodniowej ani miesięcznej. I te tradycje wydają się spójne, mają ciągłość. Może ciągłość praktyki tkwi w powtarzaniu struktury, nie w powtarzaniu momentu?
ale to wymaga żeby zdarzenia się zdarzały, czyli jest zależność od zewnętrznych triggerów. Ktoś z bardzo monotonnym życiem i stabilnym zdrowiem rzadko kiedy miałby powód. Albo odwrotnie - ktoś w kryzysie miałby rytuałów za dużo i za często. Czy to nie byłoby rozchwianie zamiast rytmu?
Rozchwianie to może być właśnie to czego tradycyjnie bały się struktury rytualne - ale pytanie czy to 'rozchwianie' to problem czy po prostu inny kształt. W kontekście osób z chronicznym zmęczeniem czy z nieprzewidywalnym rytmem ciała, elastyczna struktura może być bardziej trwała niż sztywna, bo nie wchodzi w konflikt z biologią. I wtedy ciągłość jest zachowana nawet jeśli z zewnątrz wygląda nieregularnie.
To jest dla mnie jedno z trudniejszych pytań w tym wątku. Bo jak patrzę na moje notatki z ostatnich miesięcy to widzę że praktyki które przetrwały były albo mocno zakotwiczone w konkretnym czasie, albo miały wyraźne kryterium wewnętrzne - coś co sama czułam, nie data w kalendarzu. Nie wiem czy to dwa typy czy to ta sama rzecz.
Myślę że to jest właśnie ta różnica między rytuałem a zwykłą czynnością - nie forma, nie czas, tylko jakiś rodzaj przygotowania uwagi. I to co mówi Kaja o kryterium wewnętrznym chyba o to chodzi. Tylko że 'uwaga' to też bardzo szerokie pojęcie.
Ciekawe że Mokosza mówi o zbyt przewidywalnym życiu jako problemie - nigdy tak nie myślałam, ale to ma sens. Jak nic się nie zmienia, nie ma punktów zakotwiczenia, to kiedy rytuał? Trochę jak pływanie bez brzegów.
Glifia to jest naprawdę ważna obserwacja. Widziałam opisy z tradycji rdzennoamerykańskich gdzie rytuały w chorobie nie były robione przez osobę chorą tylko przez innych w jej imieniu - co rozwiązuje problem zasobów energetycznych, ale otwiera pytanie o to kto w praktyce solowej może pełnić tę funkcję. Albo czy może ją pełnić intencja kogoś bliskiego bez fizycznej obecności.
A czy to nadal jest ten sam rytuał jeśli jest robiony przez kogoś innego? Bo mam wrażenie że niektóre rzeczy są skuteczne właśnie dlatego że robi je konkretna osoba dla siebie. Że ta podmiotowość jest częścią mechanizmu.
I tu wracamy do czasu bo to jest powiązane - jeśli rytuał jest zdarzeniowy i podmiotowy, to dla osoby z nieprzewidywalnym ciałem 'odpowiedni moment' może nigdy nie nadejść albo nadchodzić kiedy nie ma zasobów żeby go wypełnić. Jak to się przekłada na praktykę?
No właśnie, jak oddzielić rdzeń od tej reszty? Bo jak np. mam rytual z kadzidłem, świcą, mantrą i konkretnym gestem to które z tego jest rdzenie a które mogę pominą? I skad to wiedziec bez żeby nie zniszczyć całego rytmu?
Jeśli rdzeń to granica 'przed' i 'po' to to jest akurat coś co można zrobić z minimalnym gestem albo nawet samą myślą. Ale mam wątpliwość - czy granica bez formy zewnętrznej jest naprawdę odczuwalna, czy tylko konceptualna? Dla mnie osobiście forma coś uruchamia w środku, bez niej zostaje tylko myślenie o rytualne a nie sam rytuał.
I tu wchodzimy w to czego ten wątek chyba szuka od początku - bo jeśli forma jest konieczna żeby granica była odczuwalna, a nie tylko pomyślana, to pytanie brzmi: jaka forma? Dla kogoś z ograniczeniami sensorycznymi 'forma' może wyglądać zupełnie inaczej i być równie wyraźna. Może nawet wyraźniejsza, właśnie dlatego że jest dobrana celowo a nie przejęta z tradycji bez refleksji.
