Zaczęłam się zastanawiać nad tym tematem po tym, jak przeczytałam gdzieś, że struktury rytualne u osób niewidomych od urodzenia są budowane zupełnie inaczej niż u tych, które utraciły wzrok później. W pierwszym przypadku nie ma żadnego wzrokowego punktu odniesienia, więc cały rytuał opiera się na sekwencji doznań - zapach, dźwięk, temperatura, faktura. I to mnie uderzyło, bo my, mając wzrok, często nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo 'widzimy' rytuał zamiast go czuć. Czy ktoś z was w ogóle próbował przeprowadzić swój zwykły rytuał z zamkniętymi oczami przez cały czas? Nie medytację, tylko właśnie coś bardziej strukturalnego?
Ja próbowałam kiedyś prowadzić rytuał z zawiązanymi oczami i powiem szczerze, że się kompletnie posypało. Straciłam poczucie czasu, nie wiedziałam kiedy skończyć, gdzie jestem w sekwencji. Prowadzę notatki od dłuższego czasu i zauważyłam, że wzrok służy mi jako taki naturalny metronom - patrzę na świecę, widzę ile się spaliła, widzę zmianę koloru dymu. Bez tego wszystko mi się rozjechało. Ale to chyba mówi coś ciekawego o tym, jak my 'widzący' budujemy swoje rytuały - na wizualnych znacznikach czasu.
To bardzo ciekawy punkt z tym metronomem. Mam koleżankę z poważnym niedosłuchem i ona mi kiedyś mówiła, że dla niej kluczowa jest sekwencja ruchów - kiedy skończyć jeden gest, zacząć drugi. Czas mierzy w jakiś sposób przez ciało, a nie przez coś zewnętrznego. Zastanawiam się, czy to nie jest w ogóle bardziej pierwotny sposób odmierzania rytualnego czasu niż poleganie na świecy czy zegarze.
To, o czym piszecie, ma głębsze korzenie niż się może wydawać. W kontekście słowiańskim rytuały były mocno osadzone w cyklu biologicznym i naturalnym - nie kalendarzowym w naszym rozumieniu. Czas rytuału wyznaczały rzeczy takie jak wschód słońca, pierwsze pianie koguta, moment gdy woda zaczyna 'stać' czyli traci ruch przed świtem. Osoby niewidome i niesłyszące uczestniczyły w tych samych rytuałach - różniły się sposobem odczytywania sygnałów, ale nie samym uczestnictwem. Mnie bardziej interesuje pytanie, czy adaptacja zmienia w ogóle strukturę rytualnego czasu, czy tylko jego odbiór.
Ja patrzę na to też od strony numerologicznej i zastanawiam się nad powtórzeniami. Większość rytuałów ma wbudowaną liczbę powtórzeń - trzy razy, siedem, dziewięć. To jest struktura czasowa, ale też rytmiczna. Dla kogoś z zaburzeniami słuchu albo czucia wibracji - jak w ogóle wybrzmiewa ta liczba powtórzeń? Liczy w głowie? A jeśli tak, to czy to nie jest zupełnie inna jakość niż np. uderzenie w bęben dziewięć razy?
Czytam to z duzym zainteresowaniem bo mam brata ktory niedosłyszy i kilka razy rozmawialismy o tym jak on doswiadcza roznych rytualow (nie ezoterycnych, bardziej rodzinnych, swieta itp). I on mówił że dla niego kluczowe jest wejscie w rytm przez dotyk albo wibracje podlogi. Jak wszyscy śpiewają kolęde to on czuje te wibracje przez stopy. Nie wiem czy to to samo ale jakos mi sie łączy z tym co piszecie.
Ale czy to w ogóle jest tak, że trzeba mieć jakieś ograniczenie zmysłowe żeby te inne kanały zaczęły działać? Mam wrażenie, że my sami sobie blokujemy dostęp do tych informacji właśnie przez nadmiar bodźców. Jak ktoś widzi i słyszy, to te silniejsze zmysły przykrywają resztę, nie?
Wracając do tej kwestii czasu w rytuale - porównuję swoje notatki z różnych praktyk i widzę, że moje rytuały bez określonego czasu trwania są zupełnie inne niż te, które mają z góry wyznaczony koniec. I to niezależnie od zmysłów. Rytuały 'do wyczucia' są krótsze jeśli mi idzie źle i dłuższe jeśli dobrze. Jakbym nieświadomie dostosowywała czas do stanu. Ciekawi mnie, czy ktoś kto nie słyszy albo nie widzi ma łatwiej z tym 'wyczuciem czasu', bo nie ma zewnętrznych rozpraszaczy.
To pytanie o czas jest ważne. W dawnych praktykach nie było pojęcia 'rytuał trwa X minut'. Był stan, w który się wchodzi i z którego się wychodzi - i to stan wyznaczał czas, a nie odwrotnie. Zegar jest stosunkowo nową nakładką na rytuał. Ciekawi mnie, że teraz rozmawiamy o adaptacji zmysłowej, ale może problem jest szerszy - może w ogóle przyzwyczailiśmy się do zewnętrznych wyznaczników czasu i odcięliśmy się od wewnętrznych.
Pytanie do wszystkich - czy ktoś z was miał doświadczenie robienia rytualnego czegoś z osobą która ma inne ograniczenia zmysłowe? Nie żeby ją 'uczyć', ale żeby razem coś zrobić? Zastanawiam się czy w ogóle da się to synchronizować gdy dwoje ludzi odbiera czas zupełnie inaczej.
Runy mnie interesują od lat i pracuję z nimi w dużej mierze dotykowo - charakter kreski, głębokość nacięcia, temperatura powierzchni. Właściwie nigdy nie myślałam o tym jako o adaptacji, to po prostu był mój sposób. Dopiero teraz jak to czytam, widzę że może nieświadomie obeszłam dominację wzrokową o której Kaja pisała. Pytanie, czy to zmieniło jakiś element czasowy - i chyba tak, bo praca dotykowa jest wolniejsza, bardziej sekwencyjna.
To co pisze Glifia i to co mówiła Latawica o swoich notatkach - czy to nie sugeruje, że adaptacja zmysłowa naturalnie przebudowuje rytm czasowy rytuału, a nie tylko jego 'opakowanie'? Bo jeśli wolniejsza sekwencja zmienia głębokość, a ta głębokość to trochę inny stan - to mamy inny rytuał, nie ten sam rytuał w innym wydaniu.
No i tu jest chyba ten węzeł gordyjski. Czy adaptacja to tłumaczenie rytuału na inny język, czy pisanie nowego? Bo jeśli intencja jest ta sama, ale wszystkie elementy zmienione - to co zostaje? Zastanawiam się nad tym i nie mam dobrej odpowiedzi. Może to jest pytanie do Mokoszy.
To co Kaja napisała o węźle gordyjskim - chyba nie da się tego rozciąć, bo to nie jest problem logiczny. Rytuał nie jest przepisem. Jest bliżej snu niż algorytmu - możesz mieć ten sam motyw w tysiącu różnych snów i to nadal jest ten motyw, choć nic się nie powtórzyło dosłownie.
Słucham tej dyskusji i myślę o czymś praktycznym. Przy runach - i przy każdej pracy, którą robię dotykowo - czas nie jest liniowy w sensie 'minęło X minut'. Jest bardziej jak napięcie, które rośnie i opada. Wiem że skończyć kiedy napięcie spada, nie kiedy zegar mówi. Zastanawiam się czy to jest właśnie ta 'wewnętrzna miara czasu' o której wspominała Mokosza wcześniej w kontekście słowiańskim - stan wychodzi, kiedy jest gotowy.
To co Glifia opisuje jako napięcie i Latawica jako temperaturę skupienia - w dawnych praktykach byłoby prawdopodobnie opisane jako 'moment otwarcia i zamknięcia bramy'. Nie metaforycznie - całkowicie dosłownie. Rytuał miał rzeczywisty próg, wyczuwalny przez uczestników. I nie przez zegar, tylko przez zmianę jakości przestrzeni. Mnie zastanawia jedno - czy osoby niewidome albo niesłyszące częściej opisują ten próg w kategoriach dotykowych, czy jednak każdy ma swój własny modalny odpowiednik?
To pytanie Mokosza o ten próg - zadałam je sobie i uświadomiłam że mnie samej trudno powiedzieć w jakim zmyśle to czuję. To jest raczej całościowe, niespecyficzne. Jakby zmiana ciśnienia. Teraz się zastanawiam czy to właśnie jest dowód na to że przy rytuale mózg przetwarza coś inaczej niż w codziennym trybie - jakby wchodził w inny tryb zbierania informacji z ciała.
Czy zmiana ciśnienia którą opisuje Andromedka to jest coś co zawsze było obecne czy pojawiło się po jakimś czasie praktykowania? Pytam bo staram się rozgryźć czy to jest coś czego się wypracowuje czy może po prostu przestaje się ignorować coś co zawsze było.
To co mówi Andromedka o zagłuszaniu przez sekwencję - to pasuje do tego czego szukałam. Jeśli uwaga jest pochłonięta przez strukturę, to sygnały ciała schodzą na drugi plan. A dla kogoś kto nie może oprzeć się na jednym zmyśle, struktura musi być gdzieś indziej - może właśnie głębiej w ciele, a nie na zewnątrz. I może dlatego te osoby szybciej trafiają na ten próg o którym pisała Mokosza.
Ale chwila - czy to nie jest trochę idealizowanie? Że osoby z ograniczeniami zmysłowymi mają 'głębszy dostęp'? Wydaje mi się że to może być pułapka myślenia. Tak samo jak zakładanie że ktoś niewidomy słyszy lepiej - to statystycznie bywa prawdą, ale nie zawsze i nie automatycznie.
Wchodzę z innego kąta - myślę o tym jak czas jest zakodowany w rytuale poprzez materiały. Świeca pali się przez określony czas, kadzidło dogasa w przewidywalnym tempie. To są takie 'zegary z dymu i ognia'. Dla kogoś kto nie widzi albo nie wącha - co zastępuje te wskaźniki? Czy jest jakiś dotykowy odpowiednik palonej świecy?
Ciepło jako zegar - to piękne i całkowicie inne myślenie o czasie rytuału. I nawiązuje do tego co Glifia mówiła o napięciu. Może czas w rytuale nie jest nigdy liniowy i mierzalny, tylko zawsze jest jakimś procesem - spalania, stygnięcia, narastania. Zegar mechaniczny to jest właśnie oderwanie od tego myślenia.
To jest trafna obserwacja. W tradycjach które badałam nie istnieje pojęcie 'rytuał trwa godzinę'. Jest 'rytuał trwa dopóki ogień nie opadnie' albo 'dopóki wosk nie stwardnieje'. Czas jest wpisany w materiał, nie w abstrakcję. I to jest może odpowiedź na pytanie Kaję o tłumaczenie versus nowy tekst - może adaptacja sensoryjna to po prostu wybór innego materiału do zapisania tego samego czasu. Kamień zamiast dymu.
Kamień zamiast dymu - to ładne podsumowanie, ale teraz mam kolejne pytanie. Jeśli każdy materiał niesie inną jakość czasu - inne tempo, inne poczucie wypełnienia - to czy dwa rytuały z różnymi materiałami mogą naprawdę wyznaczać ten sam czas? Bo stygnący kamień i gasnąca świeca to są zupełnie inne procesy fizyczne. Nie wiem czy to ma znaczenie ale nie mogę tego pytania odpuścić.
Właściwie to pytanie Mirki jest bardzo precyzyjne i trochę mnie rozbraja. Czy stygnący kamień i dogasająca świeca mogą być 'równoważne'? W sensie rytualnym, nie fizycznym. Nie wiem. I chyba nikt nie wie, bo to nie jest coś co da się sprawdzić eksperymentalnie.
Rytuały grupowe to zupełnie inny problem. Tam jest osoba która nadaje tempo - jakiś prowadzący, bębniarz, ktoś kto mówi kiedy. Zewnętrzny rytm zastępuje indywidualny czas materialny. Więc może te dwa tryby po prostu nie są ze sobą sprzeczne tylko działają w różnych kontekstach.
Są dokumentacje szamańskich ceremonii w których osoby z głuchotą uczestniczyły przez kontakt z bębnem - dłonie na membranie. To nie jest metafora, to dosłowne wchłanianie rytmu. I relacje mówią że nie czuli się 'poza rytmem' - wręcz przeciwnie. Więc wibracja naprawdę może zastępować dźwięk w sensie synchronizującym.
