To co opisujesz jako hipokryzję ma swoją filozoficzną nazwę, ale nie to jest teraz ważne. Ważne jest to że robienie czegoś bez przekonania nie musi być hipokryzją. To może być eksperyment. Hipokryzja jest wtedy kiedy deklarujesz jedno a robisz drugie. Ty nie deklarujesz niczego. Po prostu siedzisz i obserwujesz.
Zgadzam się z Eremitką w tej kwestii. I dodam coś z własnego doświadczenia, bo przez długi czas robiłem pewne rzeczy bardziej z nawyku niż z pełnym zaangażowaniem, i to wcale nie było bezwartościowe. Czasem forma utrzymuje cię przy czymś długo wystarczająco żebyś sam do czegoś doszedł. Choć oczywiście to też nie jest dowód na nic.
Dadzbog, ale czy forma bez zaangażowania to nie jest właśnie to czego Emilek chce uniknąć? Pytam szczerze, bo słyszę tu dwa głosy, jeden który mówi że forma wystarczy, drugi że bez intencji nie ma sensu. I obydwa są wygłaszane przez osoby z doświadczeniem, więc nie wiem jak to ze sobą pogodzić.
Bolesław ma rację że to są odpowiedzi na różne pytania, ale zastanawiam się czy Emilek w ogóle chce na nie wszystkie odpowiedzi. Bo ta rozmowa zrobiła się dość szeroka i mam wrażenie że zaraz zaczniemy dyskutować o naturze świadomości zamiast o tym co ten wieczór znaczył konkretnie dla jednej osoby.
Nie, to jest okej. Właściwie ta szerokość mi odpowiada, bo moje pytanie było trochę naiwne i teraz widzę że dotyka kilku rzeczy naraz. Natomiast Eufemka napisała coś co mnie zatrzymało, że ta fraza 'przynajmniej na razie' jest znacząca. Nie wiem czy to aż tak wiele mówi. To raczej był taki odruch, że nie chcę niczego deklarować.
Właśnie o to mi chodziło. Że nie chcesz deklarować. I pytanie jest, czy rytuał w ogóle wymaga deklaracji żeby coś z nim było. Bo w numerologii kiedy ktoś pracuje z liczbą swojej ścieżki życia, to nie musi 'wierzyć' w numerologię. Może po prostu obserwować. I coś z tego obserwowania zostaje.
Mnie bardziej zastanawia co Emilek robił przez ten wieczór w sensie dosłownym. Siedziałeś, patrzyłeś na świeczkę, co jeszcze? Bo to jest rzeczywiście ważne żeby rozmawiać o czymś konkretnym, a nie o wieczorze abstrakcyjnie.
Właściwie to dobre pytanie. Siedziałem, patrzyłem na ogień, miałem kamienie przed sobą, nic nie mówiłem głośno, ale miałem w głowie coś w stylu intencji, chyba. Trudno mi to nazwać modlitwą albo życzeniem, raczej takie skupienie myśli. Wziąłem to z opisu który znalazłem, że nie musisz nic mówić, wystarczy skupienie.
To co opisujesz to jest de facto medytacja skupiona na intencji. Nie ma w tym nic mistycznego z nazwy, ale struktura jest rytualiczna. Masz obiekt, masz skupienie, masz kierunek uwagi. W tradycjach mantralnych mówi się o dhāraṇā, czyli skupieniu umysłu na jednym punkcie, i to jest uznawane za efektywne niezależnie od przekonań osoby która to wykonuje.
Tylko że to jest tradycja z bardzo konkretnym kontekstem filozoficznym. Nie można powiedzieć że to jest dowód na to że 'rytuał działa bez wiary', bo w jodze wiary jako takiej nie ma, jest raczej praktyka skierowana na transformację. To jest inna kategoria niż 'siedzę przy świeczce bo mi powiedzieli w internecie że to robi'.
Zaczekajcie, bo mam pytanie do Emilka. Ty powiedziałeś że miałeś 'coś w stylu intencji'. Co to znaczy w stylu? Albo miałeś intencję albo nie, nie?
To jest chyba najważniejsza rzecz jaką Emilek powiedział w całym tym wątku. Że nie wie czy myśl była związana z rytuałem czy niezależna. To jest pytanie o atrybucję i to jest coś z czym zmaga się każdy kto zaczyna jakąkolwiek praktykę. Nie tylko bez wiary, ale w ogóle.
Czy ta różnica jest w ogóle istotna praktycznie? Mam na myśli, jeśli skutek jest ten sam, zmiana postrzegania albo zmiana sytuacji, to po co dociekać mechanizmu?
Wracając do Emilka, bo mam wrażenie że za bardzo omawiamy jego wieczór jako case study, a zapomnieliśmy że on chyba pytał też o coś bardziej osobistego. Napisałeś że boisz się hipokryzji przy regularnej praktyce. A co by się musiało zmienić żebyś nie czuł że to hipokryzja?
To dobre pytanie, Eufemka. Szczerze? Nie wiem co by musiało się zmienić. Może gdybym poczuł że to nie jest tylko scenografia, tylko że... że ja naprawdę jestem uczestnikiem czegoś, nie widzem. Ale jednocześnie nie umiem powiedzieć jak to osiągnąć bez udawania że wierzę.
A skąd wiesz że teraz jesteś widzem? Bo to co opisałeś wcześniej, skupienie, myśl, intencja, siedzenie w ciszy, to nie brzmi jak obserwowanie z zewnątrz.
Jest coś w tym co mówi Klimcia. W tradycji kontemplacyjnej rozróżnia się sakshi, czyli świadka, i kartę, czyli tego kto działa. Ale sakshi w sensie jogicznym to nie jest bierny widz, to świadomość obserwująca bez identyfikacji. Emilek chyba mówi o czymś innym, o poczuciu że nie jest do końca obecny w tym co robi.
Czekajcie, bo się trochę pogubiłem. Mówimy teraz o tym czy rytuał wymaga skupienia, czy o tym czy wymaga wiary? Bo to są chyba dwa różne pytania.
Jest badanie z 2016 roku, Hobson i Inzlicht, które sprawdzało czy rytuały przed jedzeniem wpływają na odczucie smaku. Osoby wykonujące rytuał, nawet nonsensowny, oceniały smak jako lepszy. Nie chodziło o wiarę w rytuał, chodziło o to że sam akt skupionego działania zmienił percepcję. To jest coś konkretnego, nie spekulacja.
Ale to trochę redukuje całą sprawę do psychologii. Czy na tym forum ktoś jeszcze uważa że może dziać się coś poza mechanizmem poznawczym?
Wracam do czegoś co Emilek powiedział na początku, że zrobił to 'tylko z ciekawości'. Ale czemu ta ciekawość? Co go skłoniło akurat do tego wieczoru? Bo ciekawość też jest motywacją i ona też coś z nami robi zanim jeszcze zasiądziemy przy świeczce.
No to mamy już zupełnie inny obraz niż na początku. Nie był to eksperyment kontrolny, był to wieczór kogoś kto szuka oparcia. I teraz pytanie, czy 'brak wiary' w takim momencie jest tym samym co brak wiary u kogoś kto robi to dla zabawy? Bo ja myślę że nie.
To jest ważne rozróżnienie. Szukanie, nawet bez nazwy i bez systemu, to jest już pewna forma otwarcia. Nie musi to być wiara w konkretne bóstwo albo w działanie kamieni, ale to nie jest też czysty sceptycyzm. Jest coś pomiędzy.
W religioznawstwie jest pojęcie 'wiary operatywnej', które odróżnia się od wiary doktrynalnej. Czyli możesz nie wierzyć w żaden dogmat, ale działasz tak jakbyś wierzył. I to działa inaczej niż samo intelektualne przekonanie. Nie pamiętam kto to opracował precyzyjnie, gdzieś czytałam w kontekście rytuałów przejścia u van Gennepa.
To co powiedział Marchewka94 o 'wierze operatywnej' to jest coś czego szukałam przez cały ten wątek. Bo to jest właśnie ta różnica między wyznawaniem a działaniem. Emilek nie wyznawał, ale działał. I to działanie miało strukturę, miało symbolikę, miało czas. Czy to nie jest właśnie ta wiara operatywna w praktyce?
No właśnie, nie było tak że wzięłem losowo jakiś przedmiot i machałem nim w powietrzu. Przeczytałem konkretny opis, starałem się to zrobić tak jak było napisane. Ale wewnętrznie miałem takie odczucie, że robię to trochę na próbę. Że sprawdzam czy coś się stanie. Nie wiem jak to nazwać.
To co opisuje Emilek bardzo przypomina to co w fizyce kwantowej bywa źle cytowane, ale tu użyję tego jako metafory. Efekt obserwatora. Wchodzisz do systemu nie żeby go zmienić, ale żeby zobaczyć co się stanie. Problem w tym, że sam akt obserwacji zmienia system. I może rytuał działa podobnie, nie wymaga wiary, wymaga uwagi skierowanej na konkretny cel.
