To zależy od tego co tam zostało i w jakim stanie. Jeśli coś zostało urwane w trakcie intensywnego procesu - nie zostawiałbym tego samemu sobie zbyt długo. Ale nie ma jednej reguły.
A jak w ogóle sprawdzić co tam zostało? Serio, bo to dla mnie najtrudniejsza część - nie wiem jak odróżnić własny niepokój od czegoś co faktycznie gdzieś wisi.
Ja u siebie testowałam tak: siadałam spokojnie i wyobrażałam sobie że dotykam tego miejsca albo tej rzeczy którą zostawiłam. Jeśli wewnętrznie coś się zaciskało - wiedziałam że sprawa jest otwarta. Jeśli nic - uznawałam że minęło samo. Nie wiem na ile to metodyczne, ale u mnie działało.
To co Perydotka opisuje to jest w sumie sensowne podejście. Sprawdzasz czy coś jest zanim zaczniesz działać. Bez tego możesz robić kolejne rzeczy na coś co już dawno nie wymaga uwagi.
Mnie zastanawia jeden wątek który pojawił się wcześniej - że niektóre sprawy wymagają kilku zamknięć. Czy to nie jest tak że im więcej razy do czegoś wracamy, tym bardziej to utrwalamy? Nie wiem, pytam serio, bo sama się w tym łapię.
Dobra, ale skąd wiadomo że to jest właśnie wielowarstwowe, a nie że po prostu nie dało się zamknąć za pierwszym razem? Pytam bez złośliwości, naprawdę.
I co jeśli za każdym razem wygląda niby inaczej, ale efekt końcowy jest ten sam - znowu za kilka tygodni wracasz? Pytam bo to jest dokładnie to co opisywała Perydotka i mam wrażenie że nie padła na to odpowiedź.
Jedno kryterium jakie u siebie stosowałem - czy coś między tymi powrotami się zmieniło w moim życiu wokół tego tematu. Nie w samym rytuale, ale wokół. Jeśli tak - to znaczy że praca idzie do przodu, nawet jeśli nie czujesz tego bezpośrednio. Jeśli wszystko stoi w miejscu - pytanie jest inne.
To jest ciekawy pomysł żeby patrzeć na zewnątrz a nie tylko na sam rytuał. Nie pomyślałem o tym w ten sposób.
Ale co jeśli nie ma żadnych wyraźnych zmian zewnętrznych bo temat dotyczy czegoś bardzo wewnętrznego? Niekoniecznie sytuacyjnego. Wtedy co jest miarą?
A może właśnie ta rozmytość jest informacją? Jeśli nie pamiętasz jak bardzo coś ciążyło - to może już nie ciąży tak samo. Pamięć emocjonalna działa inaczej niż faktyczna - intensywne rzeczy zostają ostro, te które się rozluźniły - blakną.
Dobra ale wracając do samego tematu wątku - bo trochę zeszliśmy na to jak mierzyć efekty. Mnie interesuje to co jest w tytule, czyli samo przerwanie. Co się dzieje w momencie przerwania, a nie po fakcie. Bo może to jest w ogóle ważniejsze niż to co robimy żeby naprawić.
To jest dobre pytanie. Mam wrażenie że większość rozmów o przerwanym rytuale skupia się na naprawianiu, ale rzadko na samym momencie. Jakby to był wypadek przy pracy który trzeba odkręcić. A może to co dzieje się w środku - zanim zdążysz zareagować - jest kluczowe.
Jak to rozumiesz - co dzieje się w środku? Masz na myśli coś konkretnego czy to bardziej metafora?
Nigdy o tym tak nie myślałam. Zawsze zakładałam że jak się przerywa to po prostu nic z tego nie wyszło. Że wraca się do zera.
Mnie się zdarzyło zostawić w połowie pracę z ogniom - świeca zgasła w złym momencie, byłam zmęczona i po prostu poszłam spać zamiast zapalić od nowa. I przez kilka kolejnych dni miałam takie dziwne rozdrażnienie, nie wiem czy to był zbieg okoliczności ale było nieprzyjemnie. Nie katastrofa, ale coś nie grało.
A można w ogóle zacząć od nowa jeśli coś się przerwało? Czy nie lepiej jednak wracać dokładnie tam gdzie się skończyło? Bo czytałem że niektórzy mówią żeby nie zaczynać od początku tylko dokończyć.
To co mówi Jarek to mi przypomina coś z praktyki medytacyjnej - że jak przerywasz sesję i wracasz następnego dnia, to nie kontynuujesz tej samej sesji. Zaczynasz nową, nawet jeśli siadasz z tym samym zamiarem. Może z rytuałem jest podobnie.
I tu jest chyba najciekawszy fragment tego tematu - bo co jeśli to niedokończenie nie jest błędem, tylko informacją? Że pewna praca nie mogła się zakończyć bo coś w tobie albo wokół ciebie nie było gotowe. Przerwa jako część procesu, nie jako wypadek.
To co Wędrowiec napisał na końcu mnie zatrzymało. Przerwa jako informacja, nie błąd. Ale jak to w praktyce rozróżnić? Bo przecież każdy kto nie dokończy może sobie powiedzieć 'no to znaczy że nie byłem gotowy' i to będzie takie dobre wytłumaczenie dla lenistwa albo zwykłego zapomnienia.
To uczciwe pytanie. Myślę że różnica jest w tym co dzieje się po przerwaniu. Jeśli po przerwaniu czujesz niepokój, niezamknięcie, wracają myśli do tej pracy - to raczej sygnał że coś zostało otwarte i czeka. Jeśli po prostu zapomniałeś i nic nie ciągnie - to może naprawdę był błąd techniczny, nie informacja.
Ale to jest bardzo subiektywne. Niepokój po przerwaniu może być po prostu poczuciem winy że się nie dokończyło, a nie żadnym 'sygnałem'. Mówię to bez złośliwości, bo sam mam tendencję do nadinterpretowania własnych stanów emocjonalnych.
Ja mam takie doświadczenie że niepokój po przerwaniu i poczucie winy to faktycznie dwie różne jakości. Poczucie winy ma taki smak osądzający, jest skierowane ku sobie. A to drugie - to bardziej jakby coś czekało, było zawieszone. Trudno to opisać słowami ale dla mnie to różnica wyczuwalna.
A jest jakaś różnica miedzy przerwanym rytułałem a takim który po prostu się nie udał od początku? Bo ja czasem mam wrażenie że zaczynam coś i już w połowie czuję że to nie ta pora, nie ten nastrój, coś jest nie tak - i nie wiem czy przerywać czy dopychać do końca na siłe.
Czyli intencja przy przerywaniu też ma znaczenie? Że to jak i dlaczego przerywasz zmienia to co zostaje po tym?
Właśnie to miałem na myśli wcześniej. Rytuał to nie jest przepis kulinarny gdzie albo wszystkie kroki są i wychodzi, albo nie ma wszystkich i nie wychodzi. To bardziej ciągła praca z uwagą i intencją. Przerwanie z pełną świadomością - nawet z minimalnym zamknięciem, powiedzeniem sobie 'odkładam to, wrócę' - jest zupełnie czymś innym niż wyrwanie się bo zadzwonił telefon.
No ale co to znaczy minimalne zamknięcie? Mówisz żeby coś powiedzieć do siebie i to wystarczy? Trochę to wygląda jakbyśmy mogli sobie po prostu zaprojektować interpretację.
