Chyba nie chodzi o projektowanie interpretacji tylko o to że świadomość ma znaczenie. Jak zasypiasz w połowie czytania książki to ta strona jest nadal otwarta. Jak ją świadomie zamkniesz na zakładkę to też jest otwarta, ale wiesz gdzie jesteś. To ta różnica.
Mnie ten wątek z intencją przy przerywaniu naprawdę daje do myślenia. Bo ja zwykle jak przerywam to jestem zestresowana tym że przerywam i przez ten stres pewnie nie robię żadnego świadomego zamknięcia. Po prostu uciekam od tego.
Dobra ale co jeśli nie masz wyboru i musisz przerwać od razu, bez żadnego czasu na zamknięcie? Wyobraź sobie że jesteś w połowie i nagle coś się dzieje, ktoś wpada, coś pilnego. Nie masz tych trzydziestu sekund na spokojne wyjście.
A co z rytułałami które ktoś przerwał dawno temu i właściwie zapomniał że je zaczął? Mam na myśli coś co robiłam pare lat temu, nie pamiętam dokładnie jak kończyłam i czy kończyłam. Czy to dalej wisi?
Dobra, mam pytanie do całej tej dyskusji o 'aktywności' niedokończonej pracy. Skąd w ogóle wiemy że coś zostało? Mam na myśli - jakie są sygnały, które byście odróżnili od zwykłego codziennego niepokoju? Bo mi się wydaje że to bardzo łatwo nadinterpretować.
Ja mam konkretny przypadek jeśli mogę. Robiłam parę lat temu pracę z runą, coś związanego z kierunkiem zawodowym - nie pamiętam dokładnie co i jak to zamknęłam. I od jakiegoś czasu mam takie dziwne poczucie niedookreślenia właśnie w tym obszarze. Nie wiem czy to związane, ale Elwirka napisała że może nie wygasać jeśli intencja nadal gdzieś jest żywa. A moja chyba trochę jest.
To co Perydotka opisuje brzmi dla mnie jak brak wewnętrznego punktu końcowego. Jakbyś otworzyła plik i nie zapisała go przed zamknięciem. System nie wie czy masz do niego wrócić czy nie.
Dobra ale czy samo odłożenie przedmiotu do pudełka nie jest jakimś zamknięciem? Coś fizycznie chowasz, kończysz z tym kontakt. Czy to nie wystarczy?
I właśnie tu wracamy do tego o czym pisałem na początku. Rytuał to nie jest sekwencja kroków, którą można zamknąć przez fizyczne sprzątnięcie po sobie. Zamknięcie musi być tak samo intencjonalne jak otwarcie. Jak zaczynasz z intencją - musisz kończyć z intencją. Nawet jeśli to pięć sekund skupienia i jedno zdanie powiedziane do siebie.
A jeśli ktoś po prostu nie miał pojęcia że cokolwiek powinien zamykać? Bo ja na przykład przez długi czas robiłam różne rzeczy kompletnie bez wiedzy o jakichkolwiek strukturach. Po prostu coś czułam, robiłam, odkładałam. Dopiero znacznie później zaczęłam rozumieć że do rytuałów podchodzi się inaczej.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam takie pytanie - czy jest w ogóle możliwe żeby niedokończony rytuał zrobił coś nieoczekiwanego? Nie w sensie strasznych konsekwencji, tylko po prostu inaczej niż się zakładało?
A co z rytuałami grupowymi? Bo jeśli jedna osoba przerwie a reszta dokończy - to kto ma problem? Osoba która przerwała, czy cała grupa, czy może nikt?
To jest ciekawe, bo wyobraź sobie że ktoś jest w grupie i czuje w połowie że coś jest nie tak - tak jak pisałam wcześniej o tym dyskomforcie w trakcie. I ma ten dylemat: przerywać i zaburzyć grupę, czy dopychać dalej ze swoją dysharmonią i zaburzyć grupę inaczej. Co jest mniejszym złem?
Chyba nie ma tu mniejszego zła jako takiego - jest kontekst. Ktoś kto wysiada z powodu prawdziwego, głębokiego dyskomfortu robi grupie mniejszą krzywdę niż ktoś kto zostaje i wnosi chaos w serce pracy. Ale żeby to ocenić trzeba znać siebie i swoje reakcje. I tu znowu wracamy do świadomości - bo decyzja o wyjściu też może być intencjonalna albo reaktywna.
Czytam i próbuję to sobie poukładać. Czyli rozumiem że przerywanie samo w sobie to nie jest automatycznie coś złego, ale to jak się przerywa ma znaczenie? Dobrze to odczytuję? Bo trochę się gubiłam wcześniej w tej dyskusji.
To pytanie Umiarkowanej wydaje mi się kluczowe, bo strach w trakcie rytuału to zupełnie osobna rozmowa. Pytanie tylko czy strach jest sygnałem że coś faktycznie idzie nie tak, czy bardziej że osoba nie była gotowa na to co zrobiła. I to jest naprawdę trudne do odróżnienia z zewnątrz.
Z mojego doświadczenia - i mówię o sobie, nie o żadnej regule - strach który jest sygnałem 'wyjdź' ma inną jakość niż strach który jest po prostu strachem. Ten pierwszy jest trochę jak zimny prąd powietrza. Nie ma paniki, jest spokojne 'nie'. Ten drugi to już adrenalina, chaotyczne myśli. Ale to bardzo subiektywne i wiem że ktoś inny może to opisać zupełnie inaczej.
To co Perydotka opisuje to jest chyba najbardziej uczciwa odpowiedź jaką można dać. Czasem 'zatrzymuję się i czekam' to jedyne co można zrobić. I myślę że to jest zawieszone inaczej niż paniczna ucieczka - jest w tym jakaś obecność, nawet jeśli bez formalnego zamknięcia.
Dobra, ale jeśli się zatrzymałeś i czekałeś - to w pewnym sensie byłeś nadal w rytuale, tylko w pauzie? Czy to już było poza nim? Bo to mi się miesza.
Mam pytanie może trochę z innej strony. Mówimy cały czas o osobie która przerywa świadomie albo pół-świadomie. Ale co z sytuacjami zewnętrznymi - ktoś dzwoni do drzwi, ktoś wchodzi do pokoju, wysiada prąd. To się chyba zdarza i niekoniecznie z winy osoby robiącej rytuał.
Zaczęcie od nowa po zewnętrznym przerwaniu to chyba jedno z rozsądniejszych wyjść. Jeśli ktoś ma możliwość i energię - to powrót do przerwanej pracy bez resetu jest możliwy, ale wymaga dużo więcej skupienia niż za pierwszym razem. Trzeba jakby na nowo wejść w stan który już był. To nie jest niemożliwe, ale rzadko wychodzi tak samo.
Okej, to teraz mam pytanie które może być głupie, ale muszę je zadać - skąd wiemy że 'stan który był' jest czymś obiektywnym, a nie po prostu subiektywnym odczuciem skupienia? Bo z zewnątrz to wygląda tak samo w obu przypadkach.
Wracając do tego co Onufry pytał o zakłócenia zewnętrzne - w medytacyjnych podejściach jest coś takiego jak intencja ochrony przestrzeni przed przystąpieniem do pracy. Krąg, modlitwa, cokolwiek co sygnalizuje 'teraz jestem tu i robię to'. Nie wiem czy to działa jako bariera, ale działa jako sygnał dla samego siebie. Może właśnie dlatego takie przygotowania mają sens - nie jako magiczne tarcze, ale jako świadome wejście w tryb skupienia.
Późne zamknięcie to ciekawy wątek. Myślę że jest możliwe, ale działa inaczej - nie domykasz przerwanej pracy, tylko świadomie zaznaczasz że ona minęła i nie ma już do niej powrotu. To subtalna różnica. Nie 'kończę to co zaczęłam', tylko 'uznaję że tamten moment należy do przeszłości i nie ciągnie już za sobą uwagi'. Brzmi może za prosto, ale intencja naprawdę robi tu dużo roboty.
Zastanawiam się czy to późne zamknięcie nie ma sensu tylko wtedy gdy naprawdę masz poczucie że coś wisi. Bo jeśli ktoś przerwał rytuał i kompletnie nie ma żadnego dyskomfortu - to po co cokolwiek zamykać? Może właśnie brak poczucia zawieszenia jest sygnałem że nic nie wymaga domknięcia.
To co Hania podniosła wydaje mi się ważne. Wrażliwość na własne stany mocno różni się między ludźmi. Znam osoby które mogą przejść przez bardzo intensywną pracę i twierdzą że nic nie czują, a potem przez tygodnie mają wyraźne symptomy rozregulowania - zły sen, drażliwość, dziwne impulsy. Niekoniecznie łączą to z tym co zrobiły wcześniej.
Ciągłe szukanie sygnałów też nie jest odpowiedzią. Znam ludzi którzy po każdym rytuale tygodniami analizują czy śnili dziwnie, czy im coś wypadło z ręki, czy pies się dziwnie zachował. I to jest bardziej dezorientujące niż sam rytuał. Jakiś poziom zaufania do siebie jest potrzebny.
