Tak, to chyba bliżej tego czego szukałam. Nie tyle dowód że jest ok, co poczucie że wiem co z tym zrobić. I chyba nadal nie wiem, ale przynajmniej rozumiem teraz dlaczego to trudne.
A wróćmy jeszcze do czegoś - bo to mnie chodzi po głowie od kilku postów. Perydotka wcześniej pytała czy różne typy rytuałów mają różną 'wagę' jeśli chodzi o przerwanie. I Jarek odpowiedział o wzywaniu kontra oczyszczanie. Ale nie powiedzieliśmy nic o rytuałach które są rozciągnięte w czasie - tych wielodniowych, gdzie każdy dzień to etap. Jak tam wygląda przerwanie? Bo to chyba inna kategoria niż jednorazowy rytuał.
A wróćmy jeszcze do czegoś - bo to mnie chodzi po głowie od kilku postów. Perydotka wcześniej pytała czy różne typy rytuałów mają różną 'wagę' jeśli chodzi o przerwanie. I Jarek odpowiedział o wzywaniu kontra oczyszczanie. Ale nie powiedzieliśmy nic o rytuałach przejścia - tych które są zakorzenione w jakimś konkretnym etapie życia. Żałoba, inicjacja, rozstanie z miejscem. Czy tam przerwanie działa inaczej?
To jest dobre pytanie i myślę że tak - działa inaczej, bo rytuały przejścia są osadzone w czasie w sposób który oczyszczanie nie jest. Jak przerywasz oczyszczanie, możesz wrócić i skończyć. Jak przerywasz rytuał żałoby - moment minął, nie możesz cofnąć czasu. To zmienia całą logikę.
Ta zasada Jarka brzmi rozsądnie, ale czy żałoba nie jest właśnie i zewnętrzna i wewnętrzna jednocześnie? Ktoś umarł - to fakt zewnętrzny, nieodwracalny. Ale praca przez żałobę to jest coś co dzieje się w środku i może trwać latami. Gdzie tu jest granica dla rytuału?
Myślę że ta granica jest właśnie tym co sprawia że rytuały żałobne są tak różnorodne kulturowo. Niektóre kultury mają konkretne ramy czasowe - siedem dni, czterdzieści dni, rok - i to zamknięcie jest wbudowane w strukturę. Jeśli ktoś przerywa w środku takiego okresu, może po prostu nie dotrzeć do momentu który miał przynieść domknięcie.
A nie jest tak że te ramy czasowe to bardziej konwencja społeczna niż coś co naprawdę 'działa'? Czterdzieści dni żałoby w tradycji ortodoksyjnej - to jest liczba biblijna, nie wynik obserwacji psychologicznej. Pytam serio, bo nie rozumiem dlaczego miałoby to być wiążące dla kogoś kto nie jest wierzący.
Mniej dramatyczne, ale nie mniej realne. Niedokończona żałoba to jest znany mechanizm który potrafi dać o sobie znać latami. To że można to opisać psychologicznie nie znaczy że jest błahe.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie które mnie nurtuje. Czy ktoś z was miał sytuację gdzie przerwany rytuał dotyczył czegoś związanego z miejscem - domem, ziemią, ogrodem - i co się z tym zrobiło? Bo Wedrowiec wspominał o kącie w domu i zastanawiam się jak to wygląda praktycznie.
Powiem tyle - ten kąt w domu to była sprawa którą odkładałem może rok. Zacząłem coś robić, coś mnie wyrwało z tego co robiłem i potem przez długi czas nie wracałem. I nie dlatego że zapomniałem - po prostu czułem opór przed wejściem w to ponownie. Nie wiem czy to był sygnał że coś wisi, czy po prostu moja własna niechęć do niedokończonej sprawy.
I wróciłeś ostatecznie? Albo jak to się skończyło?
Wróciłem, ale zrobiłem to inaczej - nie próbowałem kontynuować od miejsca przerwania, tylko zacząłem nowy, prostszy rytuał od zera. Tamto zostawiłem. Nie wiem czy to było właściwe, ale coś mi mówiło żeby nie kleić z powrotem czegoś co się rozpadło.
To co mówi Wedrowiec o nielejeniu czegoś rozpadniętego - mnie to trafia. Miałam podobne odczucie, że wracanie do przerwanego jest jak próba zszycia czegoś od środka. Ale skąd wiadomo że coś się rozpadło a nie tylko czeka?
Ale to brzmi jak tłumaczenie kółko - wiesz że się rozpadło bo nie chcesz wracać, a nie chcesz wracać bo się rozpadło. Jak wyłamać się z tego koła? Bo można by tak siedzieć w nieskończoność i uzasadniać własną bezczynność jako 'sygnał'.
A czy taki gest zamknięcia wymaga jakiegoś rytuału sam w sobie? Bo to brzmi jakbyśmy wchodzili w pętlę - żeby zamknąć przerwany rytuał trzeba zrobić nowy rytuał, który też można przerwać. Albo to jest specjalny przypadek w którym wystarczy sama intencja?
No właśnie, to że 'intencja wystarczy' brzmi jak złote wyjście z każdej sytuacji. Zacząłem, przerwałem, mam intencję zamknięcia - i po sprawie? Trochę to zbyt wygodne. Gdzie jest granica między zamknięciem a zwykłym odpuszczeniem sobie?
Ale jak to czuć? Serio pytam, bo u mnie to wygląda tak, że za każdym razem kiedy myślę że coś zamknęłam, po kilku tygodniach się okazuje że nie zamknęłam tylko odłożyłam w inne miejsce. I wracam do tego samego. Skąd pewność że to naprawdę koniec a nie kolejna przerwa?
Kilka zamknięć - to trochę jak spirala. Za każdym razem wracasz do tego samego miejsca ale z innego poziomu. Zastanawiam się czy przerwany rytuał może w ogóle być 'zamknięty raz na zawsze' albo czy zawsze gdzieś zostaje jakiś ślad tego co zaczęto.
Moje doświadczenie jest takie, że ślad zostaje - ale to nie musi być problem. Ten kąt w domu o którym mówiłem - coś tam zostało, jakiś ładunek tamtej sytuacji. Ale po tym jak zrobiłem nowy, prostszy rytuał od zera, ten ślad przestał być aktywny. Jakby nie ciągnął już na siebie uwagi.
Aktywny i nieaktywny - interesujące rozróżnienie. Jak to u ciebie wyglądało w praktyce, że coś przestało być aktywne? Były jakieś sygnały z zewnątrz czy to było czysto wewnętrzne?
To 'omijanie' i 'niewidzenie' - trafia do mnie. Mam w domu jedno miejsce gdzie zaczęłam coś ustawiać i nie dokończyłam, i właśnie tak z nim postępuję. Wchodzę do pokoju, kątem oka widzę i od razu gdzieś indziej patrzę. Nie wiedziałam że to może być związane z niezamkniętym rytuałem, myślałam że po prostu odkładam porządkowanie.
No to znowu rozszerzamy definicję do tego stopnia że wszystko jest rytuałem. Odkładanie porządkowania to rytuał, omijanie kąta to sygnał, wychodzenie rano bez kawy to pewnie też jakieś niedokończone działanie magiczne. Kiedy coś jest rytuałem a kiedy po prostu czymś co robimy?
To jest dobra dystynkcja. W tradycjach ceremonialnych zaczęcie rytuału jest świadome i często poprzedzone przygotowaniem - wyznaczeniem czasu, oczyszczeniem, postawieniem granic. Przerwanie czegoś takiego to jedno. Ale większość z nas robi rzeczy które dopiero potem rozpoznaje jako rytuały. I nie wiem czy reguły są takie same dla obu.
Wydaje mi się że zamknięcie nie musi być ceremonialne żeby było skuteczne. Jeśli w środku rytuału dochodzisz do momentu gdzie masz jasność że to nie twoja droga i świadomie kończysz - to jest rodzaj zamknięcia, nawet bez formy. Gorzej kiedy przerywasz bo coś cię wyrywa z zewnątrz i nie zdążyłaś się zatrzymać i zdecydować.
A co jeśli to zewnętrzne przerwanie - ten telefon, ten hałas, to nagłe wyjście - jest w jakimś sensie też częścią? Pytam serio, bo kilka razy miałem sytuację gdzie coś mi przerywało dokładnie w momencie gdy zaczynało się 'robić gęsto' i zawsze się zastanawiałem czy to przypadek.
I co się wtedy robi? Bo wróciłam myślami do początku tego wątku i do pytania Wedrowca - co zostaje kiedy przerwiemy w połowie. Może nie tyle co zostaje, ale co z tym robić. Słuchałam całej tej rozmowy i chyba bliżej mi do Wedrowca z tym żeby nie kleić z powrotem, ale jednocześnie nie mam pojęcia jak rozpoznać że to właśnie mój przypadek a nie że po prostu się boję wrócić.
I właśnie to mnie zastanawia - czy w takim przypadku wracać do tego miejsca z nowym rytuałem, czy zostawić i nie ruszać? Bo mam wrażenie że każde kolejne dotknięcie może bardziej skomplikować niż uprościć.
