Karol ma rację, że powielanie błędów to realny problem, ale to nie znaczy, że metoda Mieszka jest bezsensowna. To jest heurystyka, nie dowód. I chyba właśnie tu jest clou tego, o czym rozmawiamy - że przy rekonstrukcji dawnych rytuałów nie mamy narzędzi do pewności, mamy tylko narzędzia do lepszego lub gorszego szacowania.
Ale zaraz - czy ta cała dyskusja o źródłach nie jest trochę oderwana od pytania o to, czy rytuały są 'jeszcze wartościowe'? Bo można mieć doskonale udokumentowane źródło i rytuał, który nic nie daje. I odwrotnie.
Właśnie to mnie tu najbardziej zastanawia. Jeśli rytuał 'działa' niezależnie od tego, czy jego źródło jest autentyczne, to co tak naprawdę sprawia, że działa? I czy to pytanie ma w ogóle odpowiedź, którą możemy sformułować?
Może to głupie, ale mam wrażenie, że to pytanie Nastie rozkłada całą dyskusję na czynniki pierwsze. Bo jeśli skuteczność jest oderwana od autentyczności, to po co w ogóle rozmawiamy o 'konserwowaniu' czegokolwiek z poprzedniej epoki? Moglibyśmy wymyślić coś od zera i byłoby tak samo dobre.
Kminek, tylko że Sheldrake jest atakowany właśnie za to, że jego pojęcia są nieweryfikowalne. Co nie znaczy, że są złe - ale jeśli używamy ich jako argumentu, to musimy być świadomi, że to bardziej metafora niż model.
Wchodzę w tę rozmowę w połowie, ale chcę dodać perspektywę, o której jeszcze nikt nie mówił - a przynajmniej nie widziałam. Przy pracy z ciałem i energią, a nie z formą zewnętrzną rytuału, zauważam, że niektóre sekwencje działają inaczej w zależności od tego, z jaką intencją zostały 'zapamiętane'. Nie chodzi mi o pamięć jednostki, tylko o coś, co czuję jako rodzaj 'utartości' danej formy. Czy to jest to samo co Sheldrake - nie wiem. Ale nie jest to dla mnie abstrakcja.
Majka01, ale jak ty to czujesz? To jest dosłowne odczucie fizyczne, coś w ciele, czy bardziej intuicja? Pytam poważnie, bo to jest ta część, której ja kompletnie nie łapię u siebie i nie wiem, czy to kwestia doświadczenia, czy po prostu każdy to ma inaczej.
Okej, ale jeśli nie wiemy, czy to cecha rytuału czy cecha osoby - to jak w ogóle możemy ocenić, który rytuał jest 'lepszy'? Wydaje mi się, że ta rozmowa coraz bardziej zmierza w stronę 'wszystko jest subiektywne i nic nie wiemy'. To trochę rozczarowujące.
Słucham tej rozmowy i chcę zapytać o coś praktycznego, bo chyba brakuje mi tego w tej dyskusji: czy ktoś z was ma konkretny przykład rytuału z 'poprzedniej epoki', który świadomie modyfikował albo porzucił - i co z tego wynikło? Bo na razie rozmawiamy dość abstrakcyjnie.
Wladek, ten 'bardziej mój' to brzmi dla mnie znajomo. Ale tu jest ciekawe napięcie - czy upraszczanie prowadzi do formy bardziej osobistej dlatego, że usuwamy naleciałości, czy dlatego, że po prostu mniej nas krępuje? To dwa różne mechanizmy.
I to pytanie Mieszka jest dla mnie kluczowe w całej tej dyskusji o konserwowaniu rytuałów. Czy 'wartość' starego rytuału polega na tym, że zawiera coś, co warto zachować - czy raczej na tym, że daje nam punkt odniesienia, od którego możemy się odchylać? Bo to są zupełnie różne funkcje.
To pytanie Mieszka mnie zatrzymało. Myślę, że te dwa mechanizmy - usuwanie naleciałości kontra mniejsze skrępowanie - mogą działać jednocześnie i niekoniecznie dają się rozdzielić. Jak upraszczasz formę, to jedno i drugie się dzieje. Ale jeśli miałbym zgadywać, co dominuje u mnie: chyba jednak to drugie. Forma przestaje 'ważyć' i wtedy możesz włożyć do niej coś własnego. Ale nie wiem, czy to dobrze.
To, co Nastie pisze, jest dla mnie jednym z bardziej niedocenianych wątków w tej dyskusji. Jest coś w nieefektywności rytuału - w tym, że wymaga wysiłku, że jest niedogodny - co może być celowe. Część tradycji celowo wprowadza dyskomfort jako element transformacji. Uproszczenie może być pozbawieniem się właśnie tego.
Wracając trochę do początku tej rozmowy - bo chyba trochę odpłynęliśmy - pytanie było o to, czy rytuały z poprzedniej epoki są 'jeszcze wartościowe'. I mam wrażenie, że ta dyskusja nieświadomie odpowiada: zależy od tego, co przez to rozumiemy. Wartościowe jako przekaz historyczny? Jako forma działająca dziś? Jako punkt wyjścia do własnej pracy? To są trzy różne pytania i każde ma inną odpowiedź.
A ja bym zapytała Modesta: skąd wiesz, że forma 'działa dziś', jeśli odrywasz ją od kontekstu, który ją stworzył? Skuteczność rytuału może być nieodłączna od jego osadzenia - czasowego, kulturowego, wspólnotowego. Wyrwany z tego kontekstu może robić coś zupełnie innego niż zamierzał. Albo nic.
Kminek ma rację w tym sensie, że adaptacja to nie to samo co wycinanie. Ale mam pytanie do tej rozmowy szerzej: czy ktoś z was próbował kiedyś celowo pracować z rytuałem, który był dla was kulturowo obcy - i jakie były efekty? Bo ja mam jedno takie doświadczenie i do tej pory nie wiem, jak je ocenić.
Ten wątek z Franią i Wieslawką jest dla mnie ciekawy, bo wskazuje, że 'swoje' i 'obce' może nie być tym podziałem, który naprawdę ma znaczenie. Może chodzi raczej o to, z czym jesteś w kontakcie w danym momencie - a to może być zarówno coś bliskiego kulturowo, jak i coś odległego. Ciało nie pyta o paszport tradycji.
Słuchajcie, ta rozmowa jest dla mnie coraz bardziej abstrakcyjna. Ja po prostu chcę wiedzieć: jak rozpoznać, czy stary rytuał nadal 'działa', bez wchodzenia w całą tę filozofię? Czy jest jakiś praktyczny test, czy po prostu się próbuje i patrzy?
No i tutaj mam problem z tym, co Weles mówi - bo 'po prostu próbuj i obserwuj' to brzmi jak gotowa odpowiedź, ale pomija całą kwestię tego, jak obserwować. Czego szukasz? Jakich zmian? W jakim horyzoncie czasowym? Bez tego 'obserwacja' to tylko potwierdzanie tego, w co już wierzysz.
Karol ma punkt. Ale też się zastanawiam: czy ta rozmowa nie zaczyna się kręcić wokół epistemologii zamiast wokół samego pytania? Bo można by spędzić rok na omawianiu tego, jak obserwować - albo po prostu zacząć pracować i zobaczyć, co się pojawia. Te dwa podejścia dają różne rzeczy i może obydwu potrzeba.
Nastie, to jest chyba najkrótsze i najbardziej trafne podsumowanie tej rozmowy, jakie do tej pory padło. I jednocześnie otwiera kolejne pytanie: jeśli obydwu podejść potrzeba, to w jakiej kolejności? Czy wchodzisz najpierw w praktykę i pytasz potem, czy pytasz najpierw i praktykujesz po? Bo mam wrażenie, że to nie jest bez znaczenia dla tego, co z tej praktyki wyjdzie.
Właśnie to pytanie Mieszka jest dla mnie czymś, z czym siedzę od jakiegoś czasu. Bo sama robiłam to w różnej kolejności i mam poczucie, że praktyka-przed-refleksją daje mi inne rzeczy niż refleksja-przed-praktyką. Ale nie wiem, czy to dlatego, że kolejność ma znaczenie, czy dlatego, że po prostu byłam w innym miejscu za każdym razem. Ktoś to jakoś rozróżniał u siebie?
No i to jest pytanie, które mnie też od jakiegoś czasu nie opuszcza. Mam wrażenie, że jak weszłam najpierw w praktykę bez większego przygotowania intelektualnego, to pewne rzeczy po prostu mi się przydarzyły - nie byłam na nie gotowa interpretacyjnie, więc zostawiłam je bez ramy. Kiedy zrobiłam odwrotnie, czytałam, analizowałam, a potem próbowałam - wiedziałam czego szukać, ale trochę za bardzo szukałam tego, co już wiedziałam. Nie jestem pewna, które podejście dało mi więcej.
To, co Liliana opisuje, jest chyba jednym z tych dylematów, które w ogóle nie mają dobrego rozwiązania - bo każde podejście ma swoje ślepe plamki. Praktyka bez refleksji może dać doświadczenia, których nie potrafisz zintegrować. Refleksja przed praktyką może dać coś, co jest bardziej projekcją niż obserwacją. Ale ciekawi mnie, czy ktoś świadomie próbował to mieszać w trakcie - nie przed, nie po, ale dosłownie w środku procesu.
Ja akurat prowadzę notatki z praktyk od dłuższego czasu i właśnie to mi dało coś, czego sam się nie spodziewałem - zobaczyłem wzorce, których nie widziałem w trakcie. Przez kilka miesięcy robiłem pewien rytuał, który miał korzenie chyba w XIX-wiecznym hermetyzmie, nie do końca wiem skąd oryginalnie pochodzi, bo trafiłem na kilka wersji. I dopiero jak spojrzałem wstecz na notatki, zrozumiałem, że zmieniałem go stopniowo, nie celowo. Forma się adaptowała sama. Czy to jest jeszcze 'ten sam' rytuał? Nie wiem.
Wladek, to jest dla mnie jeden z ciekawszych głosów w tej dyskusji, bo mówisz o czymś, co dzieje się bez świadomej decyzji. Rytuał się zmienił, ale ty tego nie zaplanowałeś. To trochę tak jak z językiem - nikt nie decyduje, że od dziś mówimy inaczej, a jednak mówi. Pytanie do ciebie: kiedy to zauważyłeś, to miałeś poczucie, że coś straciłeś, czy że coś zyskałeś?
Ani jedno, ani drugie - miałem raczej dezorientację. Niby wiem, co robiłem przez te miesiące, ale forma końcowa nie przypominała wyjściowej. I nie byłem w stanie powiedzieć, w którym momencie 'przeszedłem' z jednej wersji w drugą. Może w ogóle nie ma jednego momentu. To trochę zmienia mi perspektywę na całe to pytanie o 'konserwowanie rytuałów' - bo może problem nie polega na tym, czy chcemy zachować coś ze starej epoki, tylko czy w ogóle jesteśmy w stanie.
