Dokładnie o to mi chodziło. Żywa tradycja nie jest gwarancją autentyczności - to mit, który dość wygodnie funkcjonuje, bo nikt go nie weryfikuje. Historia religii pełna jest przypadków, gdzie 'pradawna' praktyka okazywała się wynalazkiem z poprzedniego pokolenia, a tekst sprzed wieków opisywał coś zupełnie innego.
no ale wtedy wracamy do pytania - co w ogole chcemy konserwowac? Forme, intencje, kontekst spoleczny? Bo jesli chodzi o intencje, to zazwyczaj ich nie znamy. Mozemy sie domyslac na podstawie kontekstu, ale to juz interpretacja, nie konserwacja.
Frania to widziała dobrze. W neurologii poznawczej jest coś takiego jak embodied cognition - przekonanie, że stan mentalny może być indukowany przez ciało, ruch, oddech, powtórzenie. To nie jest nowa idea, szamani wiedzieli o tym od tysięcy lat, tylko nie mieli na to słów. Forma może być wystarczająca, żeby stan przyszedł sam.
Karol, ale mycie zębów nie ma warstwy symbolicznej, która kieruje uwagę na coś konkretnego. To chyba jest ta różnica - rytuał ma symbol, który coś oznacza, i ten symbol też robi robotę. Nie tylko rytmika ciała, ale i obraz, który mózg przetwarza razem z ruchem.
Mam pytanie, które trochę zmienia kąt - czy jest w ogóle możliwe żeby rytuał był żywy bez żywej wspólnoty? Tzn. nie pytam o teorię, tylko o doświadczenie. Ktoś tutaj praktykuje coś starego samotnie i czuje, że to ma jakość inną niż samodzielne eksperymenty?
Ja nie praktykuję nic starego regularnie, ale wiem co masz na myśli. Byłam na takim zbiorowym rytuale - nie powiem jakim, bo trochę prywatne - i to było inne niż robienie czegokolwiek solo. Nie muszę tego uzasadniać teorią, po prostu było inne. Głębsze może? Trudno to opisać.
To co Bogusia opisuje - ta trudność w nazwaniu - może być sama w sobie czymś znaczącym. Bo jeśli tradycja przekazuje formę bez słownika do opisu doświadczenia, to może właśnie o to chodzi. Że rytuał ma prowadzić tam, gdzie język się kończy. I wtedy pytanie, czy stara forma jest wartościowa, jest może złym pytaniem, bo wartość jest właśnie poza tym, co można ocenić.
Myślę, że Majka nie mówi, że rozmowa jest niemożliwa - tylko że pewne pytania wymagają innego języka. I to jest chyba najciekawszy wątek z całej tej dyskusji: może problem z konserwowaniem starych rytuałów polega nie na tym, że forma jest zepsuta, ale że straciliśmy słownik do opisywania tego, co się w nich dzieje. I bez tego słownika forma wygląda jak pusty teatr.
to by tlumaczylo dlaczego tak trudno porownac doswiadczenia. Kazdy opisuje to inaczej - neurologicznie, duchowo, psychologicznie - bo nie ma wspolnego jezyka. I stare tradycje mialy ten jezyk wbudowany razem z forma. Wyciagnelismy forme bez slownika.
I tu jest clou. Rekonstrukcja rytuału bez rekonstrukcji języka opisu jest jak nauka słów piosenki bez melodii. Możesz recytować, ale to nie jest piosenka. Pytanie, czy ten język da się odbudować - albo czy trzeba budować nowy, który pasuje do naszego kontekstu i przy tym nie traci tego, co stare formy miały zakodowane w sobie.
przepraszam że wchodzę z boku, ale to co Komecik napisała jest dla mnie bardzo konkretne. Czy ktoś próbował świadomie budować taki nowy język opisu do starego rytuału? Tzn. nie tłumaczyć na współczesną psychologię, nie zostawiać bez opisu, ale stworzyć coś trzeciego? Ciekawe czy takie próby gdzieś istnieją.
