Słuchajcie, ja się trochę gubię w tym wątku z transmisją, bo mam pytanie bardziej podstawowe: czy w ogóle zakładamy, że 'oryginalna' wersja rytuału była lepsza? Bo ta cała rozmowa o konserwowaniu brzmi jakbyśmy zakładali, że im starsze, tym cenniejsze. A może akurat wersja po transformacjach jest bardziej dopracowana?
Nastie ma racje w tym sensie, że duzo z tego co uchodzy za archaiczne, to wynalazek XIX albo wczesnego XX wieku. Romantyzm i okultyzm robiły dokladnie to - budowały narracje pradawnosci dla rzeczy, ktore dopiero powstawały. Ale nie wiem, czy to automatycznie znaczy, że sa mniej wazne. Czy ważniejsze jest faktyczne pochodzenie, czy to, co daje w praktyce?
No i to jest właśnie coś, co próbowałam powiedzieć wcześniej, tylko innymi słowami. Nie obchodzi mnie, czy rytuał ma 3000 czy 70 lat, jeśli coś robi albo nie robi. Ale słyszę, że Dalia mówi, że może nie da się ich tak łatwo rozdzielić - to co, według was, rytuał 'robi' to jest nieodłączne od tego, skąd pochodzi?
Właśnie, i to jest podział, który cały czas wraca w tej dyskusji, tylko nie jest nazwany wprost. Czy pracujemy z formą jako strukturą psychologiczną, czy z formą jako czymś, co niesie coś 'na zewnątrz' nas. Bo to są fundamentalnie różne założenia i nie da się ich pogodzić jedną odpowiedzią. Mam wrażenie, że większość z nas oscyluje między tymi dwoma modelami w zależności od nastroju albo od tego, jak akurat idzie praktyka.
To co Kminek opisuje jest dla mnie filozoficznie spójne, ale praktycznie trudne do wdrożenia, bo zaraz jak tylko zaczynam pracować z takim założeniem, część mnie go obserwuje i komentuje. I nie wiem, czy to jest problem z moim podejściem, czy to jest coś, co po prostu wymaga długiej pracy żeby przejść do innego trybu. Miałeś kiedyś, Kminek, moment, że ta granica naprawdę przestała być widoczna w trakcie praktyki?
Ja się wtrącę, bo ta rozmowa o granicy między 'wewnątrz' i 'zewnątrz' mi coś przypomniała. Kiedyś robiłam pewien rytuał, właśnie taki, który był mi kulturowo obcy jak mówiłam wcześniej, i był moment, gdzie dosłownie nie wiedziałam, czy to, co czuję, 'pochodzi' ode mnie czy 'skądś'. I zamiast być spokojną obserwacją, to było po prostu dezorientujące. Nie wiem, czy to był efekt rytuału czy efekt tego, że w ogóle nie wiedziałam co robię.
No właśnie, bo ta dezorientacja, o której mówiłam - ona mnie nie opuściła po zakończeniu rytuału. Siedziałam potem i próbowałam sobie poukładać, co właściwie zrobiłam i po co, i nie mogłam. A może to jest właśnie ten moment, gdzie rytuał przestaje być czymś, co się 'robi', a zaczyna być czymś, co cię robi? Nie wiem, czy to brzmi sensownie, ale nie mam lepszego sformułowania.
Słucham tej wymiany i mam pytanie do Kminek, bo wydaje mi się, że dotykasz czegoś konkretnego - czy w tradycjach, o których mówisz, jest jakaś technika przejścia między tymi dwoma trybami? Bo z mojego doświadczenia to nie jest tak, że człowiek po prostu 'wyłącza' kontrolę. To wymaga czegoś, jakiegoś momentu zmiany.
Okej, ale teraz mam pytanie, które może być naiwne - jeśli ta forma jest mechanizmem przejścia, to czy można stworzyć nowy rytuał, który robi to samo? Albo inaczej: skąd wiemy, że stara forma jest potrzebna, a nie tylko jedna z możliwych?
To co Wladek mówi jest chyba kluczowe dla całego tematu tego wątku - że nie ma kontrolowanego eksperymentu na rytuałach. I może właśnie dlatego tradycje są tak konserwatywne w kwestii formy, bo nie wiedzą, co jest niezbędne, więc zostawiają wszystko.
No ale to chyba jest właśnie sedno pytania z tytułu wątku? Bo jeśli forma zostaje, a sens odchodzi, to czy rytuał nadal jest wartościowy? Bo ja rozumiem, że możemy filozofować o mechanizmach, ale praktycznie - po co robić coś, jeśli nie wiesz dlaczego to robisz?
Właśnie, i to jest moment, w którym ta rozmowa się dla mnie zapętla. Z jednej strony słyszymy, że zbyt silna intencja wolicjonalna przeszkadza - Kminek to mówiła. Z drugiej strony Bogusia pyta jak bez intencji w ogóle robić rytuał. I obie strony mają rację jednocześnie, co jest trochę irytujące.
Słucham tej wymiany i chcę wrócić do wątku, który Gracjan otworzył - bo wydaje mi się, że jest niedomknięty. Pytał, czy można stworzyć nowy rytuał z takim samym efektem jak stary. I ciekawe, że nikt nie odpowiedział wprost. Wladek powiedział jak trudno to sprawdzić, Nastie mówiła o konserwatywności tradycji, ale czy ktoś w ogóle próbował budować rytuał od zera i ma coś do powiedzenia o tym procesie?
Ja raz próbowałam - nie wiem, czy to się liczy, bo działałam całkiem intuicyjnie, bez żadnego systemu. Wzięłam elementy, które coś dla mnie znaczyły osobistego i ułożyłam je w porządek, który 'czułam' jako właściwy. I szczerze? Działało inaczej niż cokolwiek, co robiłam wcześniej. Ale nie wiem, czy dlatego, że forma była dobra, czy dlatego, że byłam do niej silnie emocjonalnie przywiązana. Może to nie do rozróżnienia.
Ta rozmowa o budowaniu rytuałów od zera mi coś przypomniała - czytałem kiedyś o tym, jak szamani z różnych kultur opisują 'otrzymywanie' rytuałów, czyli że forma przychodzi do nich w wizji czy śnie, a nie jest konstruowana racjonalnie. I ciekawe, że to często jest traktowane jako gwarancja autentyczności - jakby coś, co przyszło 'z zewnątrz', było bardziej wiarygodne niż to, co wymyślono. Czy to nie jest bardzo specyficzne epistemologiczne założenie?
Ale to też można podważyć, bo skąd wiadomo, że coś 'przyszło' w wizji, a nie po prostu pojawiło się jako wytwór własnego umysłu? Znaczy - mózg generuje symbole non stop, szczególnie w stanach obniżonej kontroli. Jak się odróżnia jedno od drugiego?
Ja nie twierdzę, że to rozwiązuje problem - podałem to jako obserwację, że tradycje same mają różne teorie o tym, skąd pochodzi forma rytuału. I właśnie te teorie mogą wyjaśniać, dlaczego są tak konserwatywne w jej zachowaniu. Jeśli wierzysz, że forma nie jest ludzkim wynalazkiem, to jej modyfikacja to coś zupełnie innego niż ulepszanie przepisu kulinarnego.
Okej, ale my trochę krążymy wokół pytania z tytułu tego wątku i jakoś nie dochodzimy do żadnej konkluzji. Czy te stare rytuały są wartościowe - tak czy nie? Bo słucham tej dyskusji od dłuższego czasu i mam wrażenie, że za każdym razem jak ktoś próbuje odpowiedzieć wprost, pojawia się kolejna warstwa 'ale to zależy'. Ja rozumiem, że to jest skomplikowane, ale chyba gdzieś musi być jakaś praktyczna odpowiedź?
Myślę, że ta niemożność prostej odpowiedzi jest sama w sobie odpowiedzią. Tzn. jeśli przez tyle postów nie dało się powiedzieć 'tak, zawsze' ani 'nie, nigdy' - to może dlatego, że pytanie jest źle postawione. Może nie chodzi o to, czy stare rytuały są wartościowe w ogóle, tylko co decyduje o wartości konkretnego rytuału w konkretnym kontekście. I wtedy starość formy jest jednym z czynników, nie rozstrzygającym.
Dokładnie to miałam na myśli wcześniej, mówiąc o rodzaju uwagi. Stan, który powstaje przez powtarzalną formę, nie jest tylko psychologiczny w wąskim sensie tego słowa. Neurologia mówi, że rytmiczne, monotonne działanie obniża aktywność sieci DMN - domyślnej sieci trybu - i to koreluje z tym, co różne tradycje opisują jako 'wyjście z ego'. Nie muszę rozstrzygać, czy to jest magiczne czy nie, żeby powiedzieć, że stara forma, która jest rytmiczna i wielokrotnie sprawdzona, ma większą szansę ten stan osiągnąć niż nowa, którą pierwszy raz robię.
Słucham Kminek i trochę mi to zmienia perspektywę na to, co sama robiłam. Mówiłam wcześniej, że zbudowałam coś intuicyjnie i działało inaczej. Ale teraz zastanawiam się, czy to 'inaczej' oznaczało słabiej, czy po prostu byłam bardziej obecna, bo forma była nowa i wymagała uwagi. Bo kiedy coś jest nowe, to automatycznie nie możesz robić tego na autopilocie.
To co Wladek opisuje pasuje do czegoś, co czytałam o inicjacjach w tradycjach afrykańskich - tam rozróżnia się między ekstatycznym pierwszym kontaktem z rytuałem a tym, co się dzieje po latach regularnej praktyki. I oba stany mają swoje miejsce, ale pełnią różne funkcje. Pierwsza - otwiera, druga - zakorzenia. Może stare rytuały są wartościowe właśnie dla tego drugiego etapu, a nowe dla pierwszego?
Ale to by wymagało, żeby ktoś w ogóle doszedł do tego drugiego etapu. A mam wrażenie, że większość ludzi, którzy sięgają po stare rytuały, robi to z ciekawości, jednorazowo albo sporadycznie. I wtedy są ciągle na tym pierwszym etapie, bez zakorzeniania. Więc czy to jest w ogóle praca z tradycją, czy tylko kolekcjonowanie doświadczeń?
Dalia ma rację i to jest moim zdaniem sedno całej tej rozmowy, do którego docieramy dopiero teraz. Rytuał nie istnieje sam - istnieje w ekosystemie. Język, wspólnota, przekaz pokoleniowy, codzienne życie, które ten rytuał otacza. Kiedy wyciągamy samą formę i wkładamy ją w inny ekosystem, to nie wiemy, co z niej zostaje. I to nie jest powód, żeby tego nie robić, ale powód, żeby nie myśleć, że mamy oryginalny rytuał.
Ale skoro mówimy o ekosystemie - czy to nie oznacza, że żyjące tradycje, które nadal istnieją w swoim oryginalnym kontekście, mają przewagę nad każdą rekonstrukcją? Tzn. jeśli ktoś praktykuje w ramach żywej tradycji, z nauczycielem, ze wspólnotą, z całym tym otoczeniem - to jest coś zupełnie innego niż samodzielne korzystanie z opisów rytuałów. I może właśnie to jest odpowiedź na pytanie z tytułu - stare rytuały są wartościowe tylko wtedy, kiedy dostęp do nich jest możliwy przez żywą linię, a nie przez książki.
Karol, to jest teza, z którą nie do końca się zgadzam. Bo zakłada, że żywe tradycje są zawsze lepiej zachowane niż to, co przetrwało w tekstach. A historia mówi co innego - często to właśnie teksty zachowują elementy, które z żywej praktyki wypadły, bo były zbyt trudne albo zbyt kontrowersyjne dla wspólnoty w danym momencie. Poza tym 'żywa linia' bywa przerywana i rekonstruowana, tylko nikt o tym nie mówi głośno. Nie ma powodu zakładać, że przekaz ustny jest automatycznie czystszy.
Ale czy teksty zawsze zachowują kontekst, czy tylko formę? Bo mam wrażenie, że większość źródeł pisanych z dawnych epok to zapisy dla wtajemniczonych, którzy i tak wiedzieli, co jest niepisane. Forma bez komentarza ustnego to trochę jak nuty bez słuchu - możesz zagrać, ale czy to jest to samo?
