Słucham tej dyskusji i mam poczucie że trochę zakopujemy się w teoretycznym gruncie, bo pytanie było o skuteczność. I tu wrócę do podstaw - czy ktoś ma jakieś własne doświadczenia gdzie wyraźnie widział różnicę między starszym a nowszym rytuałem? Nie teorię, tylko coś z praktyki? Martusia wcześniej coś napisała, ale chętnie bym usłyszała więcej konkretów.
To co pisze Martusia jest dla mnie bardzo ważne, bo właśnie staram się uczyć run głównie z książek i zawsze zastanawiam się czy robię to dobrze. Ale nie mam dostępu do żadnego nauczyciela na żywo więc trochę nie mam wyboru. Czy jest w ogóle jakiś sposób żeby to zweryfikować bez bezpośredniego kontaktu?
Słuchajcie, mam pytanie które może brzmieć naiwnie ale naprawdę mnie nurtuje. Wszyscy mówicie o skuteczności - jeden rytuał działa dłużej, drugi szybciej, ten jest bardziej precyzyjny. Ale jak właściwie mierzycie skuteczność? Co jest dla was dowodem że coś zadziałało, a nie że po prostu tak by się potoczyło?
Mnie to wcale nie przeszkadza że nie możemy porównywać obiektywnie. Chyba oczekujemy od tej dziedziny czegoś co ona z definicji nie jest w stanie dać - mierzalności w sensie laboratoryjnym. Natomiast zbiorcze doświadczenia wielu ludzi przez długi czas to jest jakiś sygnał. Nie dowód, ale coś więcej niż nic. I starsze tradycje mają po prostu więcej takich zbiorczych obserwacji.
Dobra ale wróćmy do sedna bo chyba odpłynęliśmy. Moje pierwotne pytanie było konkretne - czy jest sens pracować ze starszymi rytuałami jeśli masz dostęp do nowszych i łatwiej zrozumiałych? I co słyszę po tej całej rozmowie? Że stare ma głębszą dokumentację, że wymaga więcej skupienia przez precyzję formy, że przekaz bezpośredni dodaje coś czego tekst nie daje. Czy ktoś może powiedzieć wprost - tak, warto, albo nie, nie warto?
Nie dam ci wprost, bo to zależy od ciebie, nie od rytuału. Jeśli przychodzisz do starszej formy bez cierpliwości żeby zrozumieć kontekst, bez gotowości na to że efekty mogą być rozłożone w czasie i subtelne - to stary rytuał ci nic nie da. Jeśli pracujesz z nowym rytuałem bardzo świadomie, rozumiesz jego strukturę i jesteś w nim obecna całkowicie - to może dać więcej niż starszy wykonany mechanicznie. Problem w tym że ludzie często biorą nowe bo łatwiejsze, a nie dlatego że pasuje do ich praktyki.
Mam wrażenie że ta rozmowa pokazuje coś interesującego - kłócimy się o stare kontra nowe, ale im dłużej piszemy, tym bardziej wychodzi że prawdziwe pytanie to coś innego. Czy praktykujący rozumie co robi i dlaczego. Stary rytuał może to wymuszać przez swoją formę, nowy może to umożliwiać przez prostotę. Żaden nie gwarantuje. I może w tym kierunku warto dalej myśleć, bo to jest już coś co każdy może sprawdzić na własnej praktyce.
To co mówi Heliosa brzmi sensownie, ale mam wątpliwość. Bo np. w przypadku run - są praktykujący którzy pracują bardzo intuicyjnie, nie znają staroskandynawskiego, nie zagłębiali się w Eddę, a mimo to ich praktyka wydaje się działać. Czy oni 'nie rozumieją'? Czy rozumienie musi być intelektualne?
Dobra, przepraszam że wchodzę bo wiem że pytałam wcześniej i dostałam odpowiedź, ale ta rozmowa o runach mnie zastanawia w kontekście głównego tematu. Wychodzi na to że dla run ta różnica stary-nowy rytuał jest bardziej namacalna, bo masz konkretne źródła do których możesz wracać. A co z praktykami gdzie tych źródeł nie ma albo są fragmentaryczne?
Mimoza dotknęła czegoś co mnie od dawna interesuje w tym temacie. Terminu 'rekonstrukcja' używamy jakby był neutralny, ale on już zawiera ocenę - sugeruje że jest jakiś oryginał do odtworzenia. Tymczasem w wielu tradycjach nie wiadomo nawet jak wyglądał ten oryginał, czy był spójny, czy w ogóle istniał jako jednolity system. Może to co dzisiaj nazywamy starym rytuałem to też była niegdyś czyjaś synteza z różnych źródeł.
Szaman podniósł coś ważnego. W historii religii jest pojęcie 'invented tradition' - Hobsbawm pisał o tym w kontekście zupełnie świeckim, ale badacze religii przejęli to i stosują np. do tradycji celtyckich. Wiele rzeczy które czcimy jako pradawne powstało relatywnie niedawno albo zostało zsyntetyzowanych w konkretnym historycznym momencie. To nie znaczy że nie działają, ale rzutuje na pytanie o skuteczność starszych form.
Domicela ma rację że w pewnym momencie trzeba przestac analizowac i zacząć robić, ale ta rozmowa o invented tradition jest ważna bo zmienia sposób w jaki oceniamy własne doświadczenie. Jeśli wiem że to co robię ma 70 lat a nie 700, to inaczej interpretuję efekty - nie oczekuję że siła jest w samej formie tylko że pracuję na tym co sam do tego wnoszę.
Słucham tej dyskusji od jakiegoś czasu i mam pytanie które może jest naiwne. Czy ta ciągłość użycia o której mówi Domicela - że forma ma za sobą długą ciągłość - czy to nie jest trochę jak z astrologyą? Bo astrologia zachodnia którą znam jest grecko-arabska w podstawach, potem ją wielokrotnie przerabiano, są szkoły które się kłócą o fundamenty. I nikt nie mówi że nowsza szkoła jest mniej skuteczna niż starsza.
Wróćmy jeszcze do jednej rzeczy bo mi to siedzi w głowie. Szaman napisał wcześniej że to zależy od praktykującego, nie od rytuału. Ale jednocześnie mamy tu opisy - Martusia z runami, inni z różnymi formami - gdzie wyraźnie czuć że sam charakter formy coś zmienia. Czy to jest sprzeczność? Czy można powiedzieć że forma ma znaczenie I jednocześnie że wszystko zależy od tego co wnosisz?
Wróćmy jeszcze do jednej rzeczy bo mi to siedzi w głowie. Szaman napisał wcześniej że to zależy od praktykującego, nie od rytuału. Ale jednocześnie mamy tu opisy - Martusia z runami, inni z różnymi formami - gdzie wyraźnie czuć że sam charakter formy coś zmienia. Czy to nie jest tak że te dwie rzeczy są ze sobą powiązane? Że określone formy - starsze, z dłuższą ciągłością - niejako wymuszają pewien typ obecności, podczas gdy nowsze konstrukcje tego nie robią?
Ten 'opór' który opisuje Martusia to jest coś co w tarologie widzę bardzo wyraźnie przy porównaniu starszych decków z nowymi. Thoth albo Waite-Smith mają miejsca gdzie interpretacja jest niejednoznaczna, gdzie różne szkoły się nie zgadzają, i to jest właśnie to co zmusza do myślenia. Nowsze decky często są narracyjnie zamknięte - booklet mówi ci dokładnie co karta znaczy i nie ma miejsca na tarcie.
Martusia i Rycerz dotykają czegoś co można by nazwać produktywną niejednoznacznością. Stare formy przetrwały między innymi dlatego że były wystarczająco otwarte interpretacyjnie, żeby różne pokolenia mogły je aplikować do swoich problemów. Ale uwaga - to może też być argument za tym że te formy są skuteczne nie dlatego że są stare, ale dlatego że przeszły przez selekcję. Rzeczy które były zamknięte i jednoznaczne po prostu wypadły z użycia.
Szaman - to co piszesz o selekcji brzmi jak argument ewolucyjny. Że to co zostało to jest to co przeżyło, a nie to co jest z jakiegoś innego powodu lepsze. Ale czy to nie zakłada że kontekst w którym te formy przetrwały jest podobny do naszego? Bo może przetrwały z powodów które nie mają nic wspólnego ze skutecznością.
A nie jest tak że ten argument z selekcją da się obrócić? Znaczy - owszem, przeżyły różne formy z różnych powodów, ale te które przeżyły i były przy tym używane praktycznie przez długi czas, mają w sobie coś co przetestowało wiele różnych kontekstów. Numerologia chaldejska była stosowana przez kupców, przez kapłanów, przez ludzi w bardzo różnych życiowych sytuacjach. To jest jakiś rodzaj testu.
Słucham tego od początku i mam pytanie może z boku, ale mi to zaczepiło. Skoro tak dużo jest luk w przekazie, to skąd w ogóle biorą się te poczucia że dana forma jest 'autentyczna'? Martusia pisała wcześniej że czuje spójność wewnętrzną przy runach. Czy to jest właśnie kwestia tej produktywnej niejednoznaczności czy coś innego?
Przepraszam że się wtrącam, bo jestem tu raczej obserwatorem, ale to co mówi Martusia o wewnętrznych korektach - czy to nie jest po prostu to że system jest wystarczająco duży żebyś się nie mogła z nim nie zgodzić bez wpadnięcia w sprzeczność? Matematyka też tak działa, niekoniecznie dlatego że jest stara.
Wracając do tego co Filomena pisała o lukach w historycznych zapisach - mam pytanie praktyczne. Jeśli naprawdę nie wiadomo jak dana forma była używana historycznie, to jak odróżnić rekonstrukcję która jest bliżej oryginału od tej która jest dalej? Czy to w ogóle jest rozróżnialne?
Domicela, ale czy te dwa pytania są naprawdę tak rozłączne? W astrologii na przykład odkrycie że pewne techniki zostały wprowadzone w renesansie a nie w starożytności zmienia sposób w jaki je stosuję, bo wiem że nie mają za sobą takiego testowania empirycznego jakie myślałam. Wiedza historyczna zmienia praktykę, przynajmniej u mnie.
Ciągłość bez niezmienności - to jest chyba najlepsza definicja tego co odróżnia żywą tradycję od muzealnego eksponatu. I teraz wracając do tytułowego pytania - może 'starsze' nie chodzi o datę powstania, ale o długość tej żywej ciągłości. Rytuał który ma sto lat ale był przez ten czas żywo praktykowany i adaptowany ma więcej w sobie niż coś co ma tysiąc lat ale było zamrożone w tekście.
To by tłumaczyło dlaczego niektóre rzeczy które czytałam o Wicca - a to jest tradycja z lat 50. ubiegłego wieku, więc naprawdę młoda - są opisywane jako działające przez tych którzy je stosują długo. Nie dlatego że są stare, ale dlatego że były żywo rozwijane przez konkretne wspólnoty przez kilkadziesiąt lat.
Antek dobrze to ujęła. Gardner i Sanders tworzyli coś co miało być żywą praktyką, nie rekonstrukcją. I ta praktyka przez kilkadziesiąt lat zebrała własną ciągłość - masz teraz trzecie pokolenie Wiccańczyków którzy przekazują coś co sami dostali od kogoś kto dostał to od kogoś innego. To jest inny rodzaj autorytetu niż historyczna autentyczność, ale też jest autorytetem. Pytanie do grupy - czy ten rodzaj ciągłości jest dla was wystarczający czy szukacie czegoś jeszcze?
To co Antek napisała o Wicca mnie trochę zaskoczyło, bo zawsze myślałem że wiek systemu to jakiś wyznacznik. A tu okazuje się że Gardner wymyślił coś w połowie XX wieku i to już ma swoje 'trzecie pokolenie'. Ile właściwie czasu musi minąć żeby tradycja zaczęła działać jak starsza?
