Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad czymś, o czym rzadko się tu mówi wprost - rytuały a zdrowie psychiczne. Nie mówię o jakichś wielkich ceremonialnych rzeczach, ale o prostych, powtarzalnych czynnościach, które część z nas robi właściwie instynktownie. Zapalanie świecy o tej samej porze, konkretna kolejność czynności przed snem, określony sposób wchodzenia w medytację. Pytanie jest takie: czy to faktycznie coś robi z naszą psychiką, czy to bardziej komfort i złudzenie kontroli? Bo ostatnio czytałam o badaniach z Harvardu, gdzie sprawdzano wpływ powtarzalnych rytuałów na poziom kortyzolu przed stresującymi wydarzeniami - i wyniki były naprawdę ciekawe. Grupy, które miały ustalone 'procedury' przed stresem, radziły sobie lepiej niż te działające chaotycznie. Zastanawiam się, ile z tego jest magia, a ile po prostu układ nerwowy, który lubi przewidywalność.
Sceptycznie podchodzę do takich rzeczy, ale ten wątek mnie zatrzymał. Bo właściwie pytasz o to, czy rytuał działa dlatego, że działa, czy dlatego, że wierzymy, że działa - i szczerze nie wiem, czy ta różnica w praktyce ma znaczenie? Tzn. jeśli ktoś zapalenie kadzidła przed pracą przy biurku sprawia, że się skupia i nie wpada w panikę, to czy naprawdę istotne jest, czy to 'magia' czy odruch warunkowy?
To co pisze Czeremcha ma sens, ale chciałem się zapytać o konkretny mechanizm. Bo z jednej strony mamy tę całą narrację o kotwicach i odruchach warunkowych, z drugiej - tradycja mówi o czymś innym, o tym że rytuał wchodzi w kontakt z czymś poza nami. Shangie, te badania z Harvardu - czy tam w ogóle uwzględniali jakiekolwiek elementy duchowe, czy to było czysto behawioralne? Bo ciekawi mnie, czy ktoś próbował to porównać.
Zatrzymałam się na tym, co Shangie napisała o intencji. To jest właśnie ta granica, którą trudno uchwycić w badaniach. Rytuał bez intencji to dla mnie bardziej rutyna niż rytuał - i nie mówię, że rutyna jest zła, bo dla układu nerwowego rzeczywiście robi różnicę. Ale coś się traci. Miałam przez jakiś czas bardzo zdyscyplinowaną praktykę poranną - te same kroki, ta sama kolejność - i po kilku tygodniach zaczęłam czuć, że robię to 'odfajkowując'. Efekt spokoju był, ale coś innego znikło. Ciekawi mnie, czy ktoś tu miał podobne odczucie, że rytuał 'wychodzi z siebie' i staje się tylko nawykiem?
Oj tak, to co Kornelia opisuje znam doskonale. Mnie się to zdarzało z kadzidłem - przez długi czas zapalałam je wieczorem i czułam że to coś znaczy, a potem nagle któregoś dnia poczułam, że po prostu zapalm świeczkę i tyle. Dziękuję bardzo że w ogóle ktoś to poruszył, bo myślałam że to tylko u mnie tak jest. Ale mam pytanie - jak wy to 'odświeżacie'? Tzn. jak wrócić do tego, żeby rytuał znowu coś znaczył?
Na to jest prosta odpowiedź - zmiana elementu. Jak rytuał 'stępieje', to wystarczy zmienić jeden składnik, czas, miejsce, cokolwiek. Nowe skojarzenia i znowu działa.
Słucham tej dyskusji i mam wrażenie, że trochę mieszamy dwa różne problemy. Jedno to 'jak rytuał wpływa na psychikę', a drugie to 'jak utrzymać głębię rytuału w czasie'. To są powiązane rzeczy, ale nie tożsame. Ja ze swojej strony dodam, że u mnie rytuały związane z nowym i pełnym księżycem działają inaczej niż te codzienne - może dlatego, że są rzadsze, jest coś w tej rzadkości, że trudniej o mechaniczne odhaczyenie.
Przepraszam że może głupie pytanie, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Mówicie o rytuałach dla zdrowia psychicznego - czy macie na myśli dosłownie że to poprawia jakiś stan, depresję, lęki, czy bardziej taką ogólną stabilność? Bo to dwie różne rzeczy chyba i ciekawi mnie gdzie wy to stosujecie.
Janusz78, to dobre pytanie i nie głupie. Moim zdaniem jedno i drugie, zależy od osoby i od tego, z czym przychodzi. Rytuał raczej nie zastąpi terapii ani leczenia przy poważnych stanach, ale jako wsparcie - tak, widzę sens. Bardziej chodzi o to, że daje punkt oparcia. Szczególnie przy stanach lękowych ta przewidywalność sekwencji jest czymś, do czego można się odwołać, kiedy wszystko się wali.
No to ile czasu potrzeba żeby zobaczyć jakiś efekt? Bo czy chodzi o tygodnie, miesiące? Pytam konkretnie, bo nie mam ochoty robić czegoś miesiącami i nic nie czuć.
Na to nie ma jednej odpowiedzi, Henio83. Serio. Niektórzy czują różnicę po kilku dniach regularnej praktyki, u innych mija kilka tygodni. I to nie zależy od 'siły' rytuału tylko od tego, jak ktoś do tego podchodzi i co konkretnie chce osiągnąć. Poza tym 'nic nie czuć' to też informacja - czasem to znaczy, że forma nie pasuje do tej konkretnej osoby, nie że rytuały w ogóle nie działają.
Mam pytanie trochę z boku, ale wydaje mi się związane. Czy macie jakieś doświadczenia z rytuałami rannymi kontra wieczornymi jeśli chodzi o to, jak działają na psychikę? Bo czytałam, że wieczorne mają pomagać bardziej na wyciszenie i przetwarzanie emocji, a poranne na 'ustawienie' dnia, ale nie wiem czy to ma jakiekolwiek pokrycie w tym co faktycznie ludzie obserwują u siebie.
Moim zdaniem ta pętla o której mówi Sylweria ma prostsze wyjaśnienie - jeśli rytuał wieczorny wchodzi w konflikt z tym, czego psychika jeszcze nie przetworzyła z danego dnia, to zamiast zamknąć może otworzyć. Szczegulnie jeżeli ktoś ma tendencję do ruminowania. Widziałam to nieraz. Pytanie do Sylwerii - te wieczory kiedy rytuał rozkręcał, czy miały coś wspólnego? Jakieś wydarzenie, emocje w ciągu dnia?
Ale czy nie jest tak, że rytuały do zdrowia psychicznego muszą być w jakiś sposób spersonalizowane, żeby w ogóle miały sens? Bo mam wrażenie, że dużo osób bierze gotowe schematy z internetu albo książek i potem dziwi się, że coś nie gra. Nie możesz wziąć czyjegoś rytuału i oczekiwać, że zadziała tak samo - to chyba oczywiste?
Hmm, ale skąd w takim razie wiedzieć, jak go spersonalizować, jeśli się dopiero zaczyna? Musisz chyba od czegoś wyjść, jakiegoś gotowego punktu startowego. Nie sądzę, żeby każdy od razu wiedział, co dla niego działa.
No tak, Koperek, ale to jest właśnie ten moment, kiedy większość ludzi robi błąd - bierze gotowy schemat i zakłada, że jak coś działa dla kogoś innego, to zadziała i dla nich. A potem jest rozczarowanie. Chodzi mi o to, że nawet jeśli wychodzisz od gotowego wzoru, to musisz mieć jakiś powód, żeby wybrać akurat ten, a nie inny. Coś musi cię w nim zatrzymać.
A co jeśli ktoś w ogóle nie czuje żadnych 'przesunięć' na początku? Serio pytam, bo znam osoby, które są dość odcięte od własnych odczuć i dla nich ten wskaźnik po prostu nie działa. Czy to oznacza, że rytuał nic nie robi, czy że po prostu nie mają dostępu do informacji zwrotnej z siebie?
Dadzbog, to jest bardzo ważny punkt. Część osób funkcjonuje głównie 'w głowie' i interocepcja, czyli zdolność do odbierania sygnałów z ciała, jest u nich słabo rozwinięta. W takiej sytuacji rytuał może działać, ale osoba po prostu nie ma języka ani wrażliwości żeby to zauważyć. I tu się pojawia ciekawe pytanie - czy lepiej wtedy pracować nad samą interocepcją, zanim w ogóle wejdzie się głębiej w rytuały?
a czy medytacja ciała, ten body scan, mógłby w tym pomóc? Pytam bo właśnie z tym mam teraz do czynienia - siedzę, coś robię, a potem nie wiem, czy cokolwiek poczułam, czy sobie wmówiłam.
Tosia93, to co opisujesz to moim zdaniem bardzo częsta sprawa i nikt ci o tym nie mówi wprost. Mnie zajęło sporo czasu zanim w ogóle zaczęłam rozróżniać 'naprawdę coś poczułam' od 'chciałam poczuć więc wydawało mi się że czuję'. I nie rozwiązałam tego przez jakiś konkretny rytuał tylko przez to, że zaczęłam prowadzić krótkie notatki po każdej praktyce. Głupie trzy zdania, bez analizowania. Po kilku tygodniach zaczęłam widzieć wzorce.
No ale to brzmi jakby samo pisanie notatek stało się rytuałem zamiast tego właściwego. Nie za bardzo się to kręci w kółko?
To skojarzenie nie jest złe, Henio83, po prostu granica między tymi przestrzeniami jest cieńsza niż się wydaje. Dużo technik z psychologii wywodzi się z praktyk, które wcześniej były wyłącznie rytualne - i odwrotnie. Nie trzeba tego rozdzielać na dwie szufladki.
Właśnie dlatego mam problem z całym tym tematem. Jak słyszę, że rytuał 'robi to samo co terapia albo medytacja', to zaczynam się zastanawiać, co jest tutaj wyjątkowego. Dlaczego w ogóle nie pójść od razu do psychologa albo nauczyć się mindfulness zamiast budować rytuały? Pytam serio, nie złośliwie.
No właśnie, i jeszcze jedno - rytuał ma wyraźną strukturę. Początek, środek, koniec. To jest coś, czego brakuje w luźnej medytacji. Struktura sama w sobie działa na psychikę, mózg lubi wiedzieć, że coś się zaczyna i coś się zamyka. Stąd ten efekt uspokojenia.
Przepraszam że wchodzę w środku, ale chciałem zapytać o coś praktycznego. Mówicie o tym, że rytuał angażuje ciało i symbolikę, ale jak wyglądają rytuały konkretnie na zdrowie psychiczne? Czy chodzi o jakieś kadzidła, świece, czy bardziej o samo działanie? Bo czytałem różne rzeczy i nie wiem gdzie leży sedno.
Ale Leontyna, to rodzi pytanie - jeśli to my decydujemy, to czy efekt nie jest wtedy całkowicie sugestywny? I czy cokolwiek poza samą wiarą jest tu potrzebne? Nie kwestionuję twojego doświadczenia, po prostu ten wątek mnie ciągnie.
Shangie, rozumiem tę logikę, ale mam z nią jeden problem. Jeżeli wszystko sprowadzamy do mechanizmów neurologicznych i sugestii, to w zasadzie rytuał przestaje się różnić od placebo. A placebo działa, owszem, ale raczej nie dlatego byśmy polecali komuś tabletki z cukrem jako świadomą metodę leczenia. Gdzie jest tu granica?
