Gencjana ma rację że to koło, ale to koło nie jest bez wyjścia. W badaniach nad placebo wiemy że działa nawet kiedy pacjent wie że to placebo - tak zwany open-label placebo. Czyli mechanizm nie wymaga naiwnej wiary. To sugeruje że intencja i rytualizacja czegoś mają efekt niezależnie od przekonania metafizycznego. Czy to wystarczy żeby nazywać to rytuałem ezoterycznym? To już kwestia definicji.
Czytam od dłuższego czasu i mam jedno pytanie - czy ktoś z was w ogóle rozróżnia rytuał który robi się regularnie od tego jednorazowego w kryzysie? Bo mi się wydaje że to są dwa zupełnie różne byty i może dlatego ta dyskusja kręci się w kółko - bo mieszamy je razem.
No właśnie, ale jak długo trzeba robić ten regularny zanim cokolwiek poczujesz? Bo słyszę cały czas że to kwestia praktyki i czasu, i to mnie właśnie irytuje - każde pytanie o efekty kończy się odpowiedzią że trzeba czekać. To kiedy w ogóle można powiedzieć że coś nie działa?
Gencjana poruszyła coś ważnego, choć nie jestem pewien czy to kwestia czasu. Mnie bardziej interesuje to co Czarek nazwał 'dwoma bytami' - regularny i kryzysowy. Bo jak to przyłożymy do pytania z początku wątku, to wychodzi że prewencja to domena regularności, a reaktywność to domena kryzysu. Tylko że to za proste. Znam rytuały które robi się jednorazowo, sezonowo, i one są wyraźnie prewencyjne mimo że nie są codzienną praktyką.
właśnie o to mi chodziło. Sezonowy nie jest ani regularny w sensie codziennym, ani kryzysowy. To jakby trzecia kategoria której nikt tu nie wymienił. I może to ona najbardziej pasuje do tej prewencji - robisz coś przy przejściu, zanim cokolwiek się wydarzy, ale nie codziennie.
Sezonowy to dokładnie to co opisywałam przy runach i momentach przejścia roku. I tam nie chodziło o zapobieganie czemuś konkretnemu - bardziej o zaznaczenie że wchodzisz w inny czas i chcesz to zrobić świadomie. Nie ma w tym założenia że coś złego przyjdzie, jest założenie że przejście samo w sobie wymaga uwagi.
Dobra, ale wracając do mojego pytania które Jaromir podjął - on powiedział wprost że wierzy w coś poza psychologią. Mnie to nie zdziwiło, bo sama gdzieś tak czuję. Ale co to zmienia praktycznie? Tzn. jak robisz rytuał prewencyjny z wiarą że jest jakaś realna siła za tym - to co inaczej robisz? Jakiś gest, słowo, nastawienie?
To co Salomea mówi o umowie jest bliskie rozumieniu rytuału w hermetyce jako operacji z zasadą, nie z techniką. Tam nie ma 'ćwiczenia' - jest akt który ma skutek w określonej płaszczyźnie. Ale to zakłada że ta płaszczyzna istnieje. Dlatego to pytanie Mara jest naprawdę bazowe - bez założenia ontologicznego cała reszta jest tylko psychohigieną.
Mam wrażenie że ta dyskusja o wierze kontra psychologii trochę nas odciąga od pytania o czas. Bo wróćmy do tego - czy rytuał prewencyjny musi być powiązany z porą dnia? Gosiunia mówiła o progu, Porewit o kairos. Jak to się ma do regularności o której mówi Czarek? Regularny sezonowy nie ma pory dnia - ma moment w roku. Czy to wystarcza jako 'czas właściwy'?
Moim zdaniem pora dnia jest potrzebna tylko jak robisz coś co wymaga skupienia na konkretnej energi planetarnej albo podobnym. Przy rytuałach które nie mają takiego zakorzenienia - na przykład przy sezonowych jak mówi Gosiunia - pora dnia jest drugorzędna. Ale to moje odczucie, nie regułka z podręcznika.
Trochę z boku - czytam tę dyskusję od początku i mam pytanie może naiwne. Czy jak ktoś nie pracuje w żadnym konkretnym systemie - nie ma tradycji, robi coś własnego - to skąd w ogóle wie kiedy rytuał jest 'w odpowiednim czasie'? Jak rozróżnić kairos od zwykłego impulsu?
No właśnie, to jest mój problem cały czas. Jak mi przychodzi jakaś myśl że 'teraz' albo 'to jest ten moment' - nie wiem czy to wyczucie czy po prostu mam akurat czas i energię. Jak odróżnić? Serio pytam, bo to nie jest retoryczne.
Mara - moją odpowiedzią byłoby że na początku w ogóle tego nie odróżniasz i to jest ok. Odróżnianie przychodzi przez zbieranie historii własnych działań - działasz, obserwujesz co wyszło, budujesz wzorzec. Ale to wymaga zapisywania, porównywania. Nie ma skrótu przez teorię.
Dokładnie - ja prowadzę coś w rodzaju dziennika od dawna i dopiero po czasie zaczęłam widzieć że pewne typy rytuałów które robiłam przy konkretnych stanach wewnętrznych dawały inny wynik niż te robione przy innym stanie. I to nie była kwestia wiary ani systemu - po prostu wzorzec wyszedł z obserwacji. Może właśnie o to chodzi z tym kairosem - uczysz się go z własnej historii.
To co Konstancja podsumowała brzmi sensownie - regularność jako sposób budowania bazy danych o sobie. Ale mam pytanie do Salomei - co dokładnie zapisujesz w tym dzienniku? Bo ja próbowałem kilka razy i zawsze kończyło się na 'zrobiłem, czułem się dobrze' i tyle. Nie wiem jak to zrobić żeby miało wartość porównawczą.
Ale to brzmi jak projekt na miesiące. Naprawdę trzeba tyle czekać żeby zobaczyć czy cokolwiek działa? Mnie interesuje bardziej to czy rytuał który robię teraz ma sens, nie za pół roku.
No ale z drugiej strony ten cały dziennik to nie jest żaden wymóg. Przez lata robiłem rytuały bez zapisywania czegokolwiek i też wiedziałem co działa a co nie. Ciało pamięta nawet jak notatnik nie. Salomea pewnie ma swój system i dobrze, ale nie każdy musi tak skomplikowanie podchodzić do tematu.
Okej, tu mam konkretny problem bo Salomea i Dzikitaurus mówią o dwóch różnych rzeczach i nie wiem którą przyjąć. Ciało kontra zapis - ale czy to naprawdę jest kontra? Jak ktoś czuje że rytuał 'zadziałał' i to jest mocne poczucie somatyczne - to co, to mniej ważne niż że zapisał że tak było?
Mam pytanie do Gosiuni albo ktokolwiek zna temat run - bo tu cały czas mówicie o rytuałach ogólnie, ale czy przy pracy z runami to się jakoś inaczej odczuwa? Tzn. czy tam to poczucie 'zadziałało' jest wyraźniejsze czy bardziej rozmyte? Dopiero zaczynam i nie wiem co w ogóle powinienem obserwować po rzucie czy po ceremonii.
Trochę wracając do pytania z tytułu - bo ten wątek o dziennikach i odczuwaniu jest ważny, ale żebyśmy nie zgubili wątku. To co Konstancja powiedziała o rozdzielczości czasowej - to by znaczyło że pytanie 'prewencja czy interwencja' jest też pytaniem o horyzont czasowy w którym oceniasz skuteczność. Rytuał prewencyjny będzie trudny do ocenienia bo nigdy nie wiesz co się 'nie wydarzyło'. Skąd w ogóle masz pewność że cokolwiek zapobiegłeś?
Edytka dotknęła najostrzejszego miejsca w tej dyskusji. Prewencja jest z definicji nieweryfikowalna przez jednostkowy wynik - nie masz grupy kontrolnej, nie wiesz co by było. Jedyne co możesz obserwować to tendencje w dłuższym czasie. Czy ogólnie masz mniej kryzysów? Czy jak się pojawiają są mniej intensywne? To nie jest dowód ale jest czymś.
Mara - to jest bardzo uczciwe przyznanie i myślę że większość ludzi jest w tym samym miejscu. Rytuały synkretyczne często nie mają jednej jasnej warstwy intencji, bo czerpią z różnych tradycji które mają różne założenia o tym co rytuał robi. Crowley w Magick pisał że 'act of will' jest kluczowy i musi być skoncentrowany - ale to jest perspektywa hermetyczna, bardzo różna od na przykład podejścia szamańskiego gdzie intencja jest bardziej relacyjna niż wolitywna.
Ja rozumiem Dzikitaurusa, bo sam nie znam tych tradycji, ale jednak to co Chalcedonka powiedziała o woli kontra podejście relacyjne robi różnicę nawet praktycznie. Jak robię coś z nastawieniem że 'przekazuję wiadomość' to inaczej się do tego przygotowuję niż kiedy myślę że 'wyciągam z siebie zasoby'. To jest chyba realna różnica nie tylko teoretyczna?
Jasnowidz trafił w coś ważnego. I to wraca do pytania o czas - bo jeśli masz perspektywę relacyjną, gdzie rytuał jest kontaktem z czymś poza tobą, to pora dnia albo moment roku mogą mieć inne znaczenie niż jeśli pracujesz z własnymi zasobami. W pierwszym przypadku logujesz się w określonej chwili, w drugim - kiedy masz energię i skupienie. Może stąd te różnice w podejściu do tego kiedy rytuał robić.
No dobra, skoro Salomea pyta - to spróbuję to jakoś sensownie opisać. Runy mają tę specyfikę że system jest kosmologiczny z założenia, czyli Yggdrasil, dziewięć światów, cykl czasu - to nie jest nałożona interpretacja, to jest struktura na której opiera się cały alfabet. Ale jednocześnie każdy galdr czy bind-runa jest bardzo konkretną osobistą intencją. Te dwie warstwy nie są ze sobą w konflikcie, po prostu działają na różnych poziomach. Kosmologia daje ramę, ty w tej ramie robisz coś swojego. Nie wiem czy to jest 'oba sposoby jednocześnie' o które pytała Mara, ale coś w tym kierunku.
Mnie ciekawi co to znaczy w praktyce dla tej kwestii z pory dnia. Bo jeśli mamy te dwie warstwy - kosmologiczną i osobistą - to czy pora dnia dotyczy jednej z nich czy obu? Tzn. czy pora dnia to wymóg kosmologiczny, czy to twoja osobista decyzja o tym kiedy twoja intencja jest 'silniejsza'?
Gosiunia powiedziała coś co mnie zatrzymało - 'nie robić w środku emocjonalnego chaosu'. Czy to nie jest właśnie argument za tym że pora nie jest zmienna astronomiczna ale psychofizyczna? Tzn. 'odpowiedni moment' to moment kiedy ty jesteś w stanie przeprowadzić rytuał z odpowiednim skupieniem, a nie moment zapisany w kalendarzu.
