Tymek trafnie to ujął. I właśnie tu jest ciekawy problem - bo jeśli pora dnia wpływa tylko przez fizjologię, to 'magiczny' charakter pory jest wtórny. Ale jeśli ktoś wierzy że jest inaczej i ta wiara zmienia jego stan przed rytuałem, to i tak efekt jest realny. Nie wiem czy to jest zarzut czy po prostu opis tego jak to działa.
Jaromir, ale w takim razie jak to jest z tą fizjologią kontra symboliką pory dnia - czy to jedno wyklucza drugie? Bo rozumiem argument że kortyzol rano i melatonina wieczorem to realne rzeczy, ale równocześnie nie wiem czy dlatego że coś ma wyjaśnienie biochemiczne, to znaczy że nie działa też na innym poziomie. Może jedno i drugie jest prawdą?
Mara dobrze to ujęła. W astrologii klasycznej ta pora dnia to nie jest kwestia samopoczucia - godziny planetarne to konkretny system gdzie każda godzina jest pod opieką innej planety, niezależnie od tego czy jesteś zmęczony czy nie. Mars rządzi w innych godzinach niż Wenus i to przekłada się na charakter pracy rytualnej. Oczywiście można ignorować ten system, ale wtedy rezygnujesz ze struktury która była rozwijana przez setki lat.
Ciekawe czy ktoś faktycznie stosuje te godziny planetarne regularnie. Ja próbowałem przez jakiś czas i szczerze to bardziej byłem skupiony na liczeniu czy trafiłem w odpowiedni czas niż na samym rytuale. Może to kwestia praktyki ale dla mnie to rozbijało skupienie bardziej niż pomagało.
Słucham tego i myślę o czymś trochę innym - czy w ogóle musimy przypisywać porę dnia do tradycji astrologicznej żeby miała znaczenie? Bo w numerologii jest podobna logika z datami i godzinami, ale mechanizm uzasadnienia jest zupełnie inny. Jakby kilka różnych systemów dochodziło do podobnych wniosków różnymi drogami.
Ciekawe że rozmawiamy o porze dnia i roku jakby to był ten sam rodzaj pytania, a to jednak inne skale. Pora dnia to może być kwestia rytmu biologicznego albo symboliki planetarnej, ale pora roku to już coś więcej - to jest osadzenie w cyklu przyrodniczym, który ma realny wpływ na otoczenie. Nie wiem czy je powinniśmy wrzucać do jednego worka.
Edytka ma rację że to różne skale, ale myślę że łączy je coś wspólnego - pytanie o to czy czas rytuału jest elementem samego rytuału czy tylko jego kontekstem. Bo jeśli pora roku jest elementem konstytutywnym, to rytuał bez tej pory jest po prostu innym rytuałem. Jeśli to tylko kontekst, to można go przenieść i nadal to ten sam rytuał, tylko w gorszych warunkach.
Czyli wracamy trochę do pytania z początku wątku - czy rytuał prewencyjny i interwencyjny to ten sam rytuał w różnym momencie, czy dwa różne rytuały. Bo to co mówi Jaromir o czasie jako elemencie konstytutywnym stosuje się chyba też do celu?
Ja to inaczej rozwiązuję - jak nie mogę w zaplanowanej porze to robię znacznie uproszczoną wersję, żeby w ogóle zaznaczyć ten moment, a właściwy rytuał przenoszę. Trochę jak zapalenie jednej świeczki zamiast całego rytuału. Nie wiem czy to ortodoksyjne podejście ale dla mnie działa.
To co Dzikitaurus opisuje jest zbliżone do pojęcia 'holding the space' które pojawia się w różnych tradycjach - utrzymanie pewnego napięcia rytualnego bez rozładowania go w pełnym akcie. Nie twierdzę że to jest świadomie zaplanowane, ale podobna logika stoi za rytuałami przygotowawczymi które poprzedzają właściwy obrzęd w wielu kulturach.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam pytanie może trochę z innej strony - czy ktoś z was w ogóle miał sytuację gdzie rytuał który robił zapobiegawczo po fakcie okazał się bardziej interwencją niż prewencją? Znaczy - robiłeś go 'na wszelki wypadek', a potem się okazało że był naprawdę potrzebny i że coś się działo?
