A ja mam pytanie może trochę z boku - jeśli rytuał prewencyjny buduje coś w czasie przez regularność, to co się dzieje jak go przerwiesz? Czy to co zbudowałeś odpada, czy zostaje? Pytam bo sam miałem przerwę w regularnej praktyce i nie wiedziałem czy wracać od początku czy kontynuować.
To co mówi Salomea trafia w coś co mnie nurtuje od początku tej dyskusji. Wracając do tytułu - może rozróżnienie na prewencję i reagowanie jest mniej ważne niż rozróżnienie na to co rytuał robi z tobą a co robi w zewnętrznej rzeczywistości. Bo jeśli efekt jest w osobie, to pora, regularność, przerwy mają zupełnie inną wagę niż jeśli chcesz realnie wpłynąć na coś poza sobą. I nikt tu nie powiedział wprost po której stronie tego podziału stoi.
To co napisałeś, Jasnowidz96, czyli to rozróżnienie na efekt w tobie versus efekt na zewnątrz - chyba dotknąłeś czegoś, o czym sam myślę od jakiegoś czasu. Bo jeśli rytuał zmienia głównie ciebie - twój stan, twoje nastawienie, sposób w jaki patrzysz na sytuację - to właściwie kiedy go robisz, nie ma aż takiego znaczenia. Zmiana zachodzi w psychice, a psychika nie jest zsynchronizowana ze wschodem słońca. Ale jak zakładasz że rytuał zmienia coś na zewnątrz, to już pora nabiera innego sensu, bo wchodzisz w interakcję z czymś poza sobą.
Hmm. A wracając do tego co powiedział Jaromir wcześniej, bo mi to ciągnie w głowie - rytuał prewencyjny a interwencyjny. Czy ktoś tutaj ma doświadczenie z tym że rytuał prewencyjny jednak nie wystarczył i trzeba było robić coś interwencyjnie? I co wtedy, wracałeś do tej samej formy, tylko z inną intencją, czy zmieniałeś całkowicie strukturę?
Modest, tak, i to nie raz. Mam swój stały poranny rytuał od kilku lat i kilka razy zdarzało się że mimo regularności coś złego wchodziło w życie - nie katastrofa, ale coś co wymagało reakcji. Wtedy robiłem oddzielną pracę, zazwyczaj wieczorem, z zupełnie inną intencją. I tu właśnie zauważyłem różnicę której nie da się zignorować: w rytuałach prewencyjnych jestem spokojny, trochę mechaniczny nawet. W interwencyjnych jest napięcie, urgency - i to napięcie zmienia całość.
to napięcie które opisujesz - czy myślisz że ono pomaga czy przeszkadza? Bo z jednej strony rozumiem że mobilizuje, ale z drugiej strony w pracy z energią ciała zbyt duże napięcie blokuje przepływ. Sama zauważam że jak coś robię z pozycji strachu lub pilności, efekt jest gorszy niż jak robię to samo ze spokojem.
To co opisuje Jaromir przypomina mi różnicę między sankalpa a kama w filozofii wedyjskiej. Sankalpa to intencja ugruntowana, spokojna, z głębi - nie pożądanie wyniku, tylko jasne ukierunkowanie woli. Kama to pragnienie z przywiązaniem do efektu. I właśnie rytualnie - sankalpa działa lepiej nawet w sytuacji kryzysowej, bo nie jest reaktywna. Ale żeby to osiągnąć w środku kryzysu, potrzebujesz wcześniej zbudowanej praktyki, bo inaczej nie masz z czego czerpać.
No ale w praktyce jak masz kryzys to ciężko być 'niezwiązanym z wynikiem'. To trochę łatwo powiedzieć. Jak komuś się coś poważnego dzieje, to chce konkretnego efektu i nie będzie medytował nad nieprzywiązaniem.
Mam wrażenie że ta cała rozmowa krąży wokół czegoś praktycznego ale nigdy do tego nie dochodzi. OK, przyjmuję że prewencja i interwencja różnią się - ale kiedy robię coś codziennie, to jak mam wiedzieć czy to działa prewencyjnie, skoro nic złego się nie wydarza? Jak ocenić że rytuał cokolwiek zrobił, skoro brak zdarzenia nie jest dowodem?
Może to jest właśnie sedno - że rytuał prewencyjny i interwencyjny różnią się nie tylko celem ale też tym jak weryfikujesz czy w ogóle był potrzebny. Interwencyjny masz po czymś konkretnym, możesz ocenić. Prewencyjny jest z definicji przed, więc jego 'sukces' to coś czego nie ma. I to jest też odpowiedź na pierwotne pytanie z tytułu - bo może rytuały nie 'zapobiegają' w sensie że blokują zdarzenia, tylko zmieniają ciebie tak że inaczej reagujesz kiedy coś się wydarza. I to działa zarówno prewencyjnie jak i reaktywnie.
Dobra, ale wróćmy do tego co Modest powiedział - że rytuał zmienia wykonawcę, a nie zdarzenia. Bo jeśli tak, to czy w ogóle ma sens rozróżnienie prewencja kontra interwencja? Bo może to jest jedno i to samo, tylko w różnym momencie?
Mam wrażenie że to rozróżnienie jest trochę sztuczne. Jak robię rytuał z intencją ochrony, to nie siedzę i nie analizuję czy to 'energetyczne' czy 'psychologiczne' - po prostu to robię. I działa - w sensie że czuję się inaczej, reaguję inaczej na trudne sytuacje. Czy to jest prewencja? Chyba tak, tylko że prewencja działa właśnie przez tę zmianę stanu, o której mówiła Chalcedonka.
A propos pory dnia - bo to miał być jeden z wątków tutaj - macie wrażenie że rano robi sie inaczej niz wieczorem? Pytam serio bo czytałem że runy wiązano z określonymi porami ze względu na symbolikę słońca, ale nigdy nie byłem w stanie stwierdzić czy to robi realną różnicę czy tylko mi sie wydaje.
Ja nic nie wiem o Wikingach ale z własnego doświadczenia - nie czuję żadnej różnicy między rano a wieczorem jeśli chodzi o skuteczność. Czuję różnicę jeśli jestem senny albo rozkojarzony, ale to nie jest kwestia pory, tylko jakości uwagi. Może to samo co Mara mówiła wcześniej.
Właśnie, bo jak słucham całej tej rozmowy to zaczynam myśleć że pora dnia jest trochę... nie wiem, pretekstem? Że jak ktoś mówi 'ten rytuał działa tylko o świcie' to może chodzi o to że rano lepiej się skupia, a nie o żadną kosmiczną regułę. Ale nie chcę generalizować, bo może są tradycje gdzie to naprawdę ma inne uzasadnienie.
To co mówi Porewit przypomina mi problem który pojawia się w praktyce - ludzie często biorą elementy z różnych tradycji i kleją je razem, bo każdy osobno coś im daje. I potem jest kwestia czy rytuał złożony z fragmentów różnych systemów w ogóle ma wewnętrzną spójność, czy jest tylko kolażem. Mam na myśli konkretnie to - czy prewencja ma sens jeśli mieszasz na przykład element wedyjski z nordyckim i coś z bioenergetyki?
Ale tu pojawia się pytanie o coś innego - czy rytuał prewencyjny wymaga spójności systemowej bardziej niż interwencyjny? Przy interwencji działasz pod presją, sięgasz po co masz, kombinujesz. Przy prewencji masz czas, możesz budować coś świadomie. Więc może oczekiwania wobec spójności powinny być różne w zależności od funkcji?
OK ale czy ta cała spójność systemowa ma praktyczne znaczenie jeśli efekt jest podobny? Bo słucham tego i mam poczucie że robimy z tego bardziej filozofię niż praktykę. Jaromir powiedział że efekty były mimo braku spójności. To po co nam spójność?
No i koło się zamknęło 🙂 Jesteśmy z powrotem w punkcie wyjścia - nie wiesz czy prewencja działa dopóki coś się nie wydarzy. I nie wiesz czy system jest spójny dopóki go nie testujesz w kryzysie. Wychodzi na to że prewencja jest zawsze trochę wiara na kredyt.
Dzikitaurus trafił w sedno z tą wiarą na kredyt. Ale jak sobie myślę o tym dłużej, to ta metafora jest trochę zbyt pesymistyczna. Bo kredyt oznacza że coś pożyczasz i musisz oddać, a tu raczej chodzi o inwestycję bez gwarancji zwrotu. I w sumie większość rzeczy w życiu tak działa - nie wiesz czy ubezpieczenie cokolwiek da dopóki się coś nie stanie. Nie wiem czy to jest argument za rytuałami prewencyjnymi, czy po prostu normalizowanie niepewności.
No właśnie, ta niepewność mnie dobija. Rozumiem że nie ma gwarancji, ale czy naprawdę nie ma żadnego sygnału że coś działa? Jak ktoś robi rytuał prewencyjny przez rok i nic złego się nie dzieje - to skąd wie że to rytuał, a nie po prostu szczęśliwy rok?
To co mówisz Modest o tradycjach jest ważne, bo w runicznym kontekście były rytuały które robiono sezonowo - na przykład przy przejściach roku, przy siewach, przy zbiorach. I nie były to rytuały reaktywne, to było coś co się robiło niezależnie od sytuacji. Ale tu ciekawe jest to że te rytuały były osadzone w rytmie, nie w czasie zegarkowym. Świt, zmierzch, nów, pełnia - to nie jest godzina 6:00, to jest moment przejścia.
To jest ciekawe bo o Dagaz myślałem inaczej - jako runa oświecenia, jasności, przełomu. A tu mówisz o progu. Czy to nie jest ta sama runa w różnych kontekstach, czy ja ją źle rozumiem? Serio pytam bo zawsze kojarzyłem ją z wewnętrznym przełomem, nie z czasem rytuału.
To co Gosiunia mówi o progu a nie godzinie jest bliskie temu jak w hermetyce myśli się o cavorze - kairos kontra chronos. Chronos to czas zegarowy, kairos to czas właściwy, moment który ma jakość. I hermetyczna tradycja mówi właśnie o kairos przy doborze momentu rytuału. Godziny planetarne są przybliżeniem kairos dla tych którzy nie umieją go wyczuć intuicyjnie.
Słucham tej dyskusji o kairosie i mam poczucie że to pojęcie rozwiązuje trochę ten paradoks z którym zaczynaliśmy - czy rytuał prewencyjny jest możliwy bez wiedzy o tym co ma zapobiec. Bo jeśli robisz rytuał w momencie który ma jakość przejścia, to nie odpowiadasz na konkretne zagrożenie, tylko wpisujesz się w rytm który sam w sobie jest ochronny. Trochę jak uszczelnianie domu przed zimą - nie wiesz jaka będzie zima, ale wiesz że coś nadchodzi.
OK ale ta analogia z uszczelnianiem domu jest piękna i jednocześnie mnie trochę irytuje, bo znowu sprowadza wszystko do racjonalnego działania. Czy ktoś tutaj robi rytuały prewencyjne dlatego że naprawdę wierzy że jest jakaś siła która może czemuś zapobiec? Nie metaforycznie, nie psychologicznie - ale dosłownie? Bo mam wrażenie że połowa tej rozmowy to eleganckie racjonalizowanie.
Mara zadała pytanie które wszyscy omijamy 🙂 Powiem wprost - tak, wierzę że jest coś poza psychologią. Nie umiem tego udowodnić i nie zamierzam. Ale jeśli odejmiemy to założenie, to ta rozmowa staje się dyskusją o technikach medytacyjnych, a nie o rytuałach. Różnica dla mnie jest fundamentalna.
