Ja się tu nie do końca zgadzam. Forma i słowa też mają znaczenie bo budują ramę dla tej motywacji. Sama forma nie wystarczy jak podłoże jest złe, ale te dwa elementy na siebie wpływają. Robisz rytuał 'dla' - z czasem, przez samą strukturę, możesz przeorientować też emocje. Nie zawsze, ale bywa.
To mi przypomina pracę z afirmacjami gdzie mówisz 'jestem spokojny' kiedy jesteś roztrzęsiony i jedni mówią że to nie działa bo nieprawdziwe, a drudzy że właśnie dlatego działa bo przestawiasz narrację. Coś podobnego tutaj z tymi rytuałami?
Edmund.x - analogia niezła, ale z jedną różnicą. Afirmacja to praca werbalna i głownie poznawcza. Rytuał angażuje ciało, przestrzeń, czas, przedmioty - jest wielopoziomowy. Więc ta 'przestawka' jeśli w ogóle zachodzi, zachodzi głębiej. I dlatego może być skuteczniejsza, ale też trudniejsza do wycofania jeśli się ją źle ułoży.
To co Edmund.x napisał o afirmacjach jest ciekawe, ale właśnie dlatego że rytuał jest wielopoziomowy - zastanawiam się czy ta 'przestawka' nie bywa też głębiej zablokowana. Tzn. możesz mieć wszystkie elementy, ciało, przestrzeń, przedmioty, a jednak jeśli ta motywacja lękowa siedzi bardzo głęboko, to czy rytuał ją w ogóle dosięgnie? Czy raczej daje złudzenie że coś się zmieniło?
Mnie to wszystko trochę niepokoi szczerze mówiąc. Bo wychodzi że możesz zrobić rytuał, poczuć efekt, i nie wiedzieć czy to prawdziwe czy tylko chwilowe. Jak w takim razie w ogóle oceniasz skuteczność czegokolwiek?
Magus50 - to pytanie wraca w każdej poważnej dyskusji o rytuałach i nie ma na nie jednej odpowiedzi. Ale jest pewna różnica między poczuciem efektu a efektem strukturalnym. Jeśli coś naprawdę się zmieniło, to zmiana trzyma się pod presją. Nie musisz ciągle wracać do rytuału żeby to podtrzymywać. Jeśli za każdym razem kiedy temat wraca czujesz że musisz to 'odnawiać' - to sygnał że trafiłeś w objaw, nie przyczynę.
To co Rasphul napisał o tym że zmiana trzyma się pod presją - to jest dla mnie ważne kryterium. Ale czy nie może być tak że temat jest tak duży że po prostu wymaga kilku rytuałów? Że nie jest to znak nieskuteczności tylko skali problemu?
Uczciwe pytanie i nie mam na to prostej odpowiedzi. Może tym że w pracy warstwowej każdy etap coś kończy, a nie tylko przesuwa problem dalej? Jakiś fragment rzeczywiście się zamyka, nawet jeśli nie całość.
Wracając do tego co było wcześniej o motywacji lękowej - w numerologii jest pojęcie cyklu oporu, gdzie określone okresy życia generują opór wobec zmiany niezależnie od tego jaką formę przyjmuje praca. Rytuał zrobiony w takim czasie może być technicznie perfekcyjny i emocjonalnie szczery, a i tak napotka na blokadę. To nie jest kwestia motywacji ani formy, tylko timingu. I to też odpowiada na pytanie Magus50 - czasem ocena skuteczności wymaga szerszego okna czasowego niż się zakłada.
Mnie zastanawia jedno - czy ten cały wątek o motywacji i lęku nie sprawia że rytuały 'przeciwko' stają się podwójnie ryzykowne? Bo robisz coś z pozycji odpychania, a jeszcze jeśli napędza to lęk, to jest to jakby podwójnie skierowane w złą stronę?
Nyja95 - nie powiedziałbym ryzykowne, raczej mniej precyzyjne. Rytuały odpychające mają swoje miejsce i swoją logikę, tylko wymagają więcej świadomości tego co siedzi pod spodem. To jak różnica między cięciem skalpelem a nożem kuchennym - oba tną, ale jeden wymaga więcej dokładności.
Dodam do tego co Rasphul napisał - w magii apotropaicznej, czyli tej nastawionej na odpędzanie i ochronę, intencja lękowa jest w zasadzie oczekiwana. Bo przychodzisz do takiego rytuału właśnie dlatego że coś cię niepokoi. Pytanie nie brzmi 'czy jest lęk' tylko 'czy lęk prowadzi rytuał czy tylko go inicjuje'. To są dwie różne pozycje.
Ja też chcę to zrozumieć. Bo intuicyjnie czuję że to ważne, ale nie wiem jak to wygląda w praktyce. Czy to jest kwestia tego na czym skupia się uwaga? Że lęk zainicjował ale potem skupiam się na celu, nie na tym czego się boję?
To jest chyba najkonkretniejsza rzecz jaka padła w tej dyskusji. Zaciskanie kontra otwieranie - to ma sens też z perspektywy pracy z oddechem i napięciem w ciele, które znam z zupełnie innego kontekstu. Zastanawiam się teraz czy w rytuałach 'dla' to otwieranie jest bardziej naturalne, bo kierunek jest inny.
Okej, ale co jeśli ktoś po prostu nie czuje tej różnicy? Bo ja jak próbuję cokolwiek robić intencyjnie, to nie wiem czy jestem w trybie zaciskania czy otwierania. To po prostu jest i nie mam do tego wglądu.
Magus50 - i to jest szczera odpowiedź, doceniam. Większość ludzi na początku tego nie czuje, bo ten wgląd nie przychodzi sam z siebie. On się buduje przez powtarzanie i przez retrospekcję - czyli przez to co czujesz po, nie w trakcie. Z czasem zaczynasz rozpoznawać schematy. Ale jest jeden prosty test: po rytuale sprawdź czy jesteś bardziej zmęczony czy bardziej spokojny. Zmęczenie często idzie z zaciskaniem, spokój z otwieraniem. To nie jest reguła bezwzględna, ale dobry punkt startowy.
To co piszecie o zaciskaniu i otwieraniu - zastanawiam się czy to nie jest po prostu kwestia tego gdzie idzie energia ciała. Bo zaciskanie to jakieś napięcie mięśni, zatrzymany oddech, a otwieranie to rozluźnienie. I może rytuały 'przeciwko' bardziej naturalnie wciągają to napięcie, a te 'dla' wymagają że się je celowo odpuści?
Szczerze? Różnie. Czasem tak, czasem zapomnę albo wydaje mi się że to nie konieczne. Ale po tym co napisałaś zaczynam myśleć że może właśnie w tym jest jakiś problem gdy rytuał 'nie domyka się' jak to określił wcześniej Rasphul.
Magus50, Talizmanik - tak, mniej więcej. Choć dodałbym że są momenty w trakcie rytuału gdzie coś jest wyraźne, ale to nie jest coś co możesz wymusić uwagą. Przychodzi gdy przestajesz nasłuchiwać. Retrospekcja natomiast jest bardziej niezawodna bo masz już materiał do porównania - pamiętasz jak było wcześniej i widzisz gdzie jesteś teraz. To jest mniej dramatyczne ale znacznie bardziej rzetelne.
Wracając do tego rozróżnienia między rytuałami 'dla' i 'przeciwko' - w tradycjach wedyjskich jest pojęcie szanti i abhiczara, które grubszo odpowiada tej dychotomii. Szanti to uspokojenie, przyciąganie harmonii, a abhiczara to odpychanie, neutralizowanie. Co interesujące, te dwa rodzaje praktyk mają różne pory wykonywania, różne mantrę i różnych bóstw patronów. Nie są traktowane jako dwie strony jednej monety, ale jako osobne systemy z własną logiką.
To co Mimoza opisuje z wedyjskim podziałem - to mi przypomina coś z numerologii cyklicznej. Są okresy które sprzyją zamknięciom i czyszczeniom, i okresy które sprzyjają budowaniu. Robienie rytuału 'dla' w czasie który jest z natury o rozbiórce to trochę jak płynięcie pod prąd. Nie niemożliwe, ale opór jest większy.
Hej, przepraszam że wracam do wcześniejszego - to co Izoldka pisała o tym że lęk może być inicjatorem a nie przewodnikiem - zastanawiałam się nad tym i mam pytanie. A co jeśli lęk jest tak silny że po prostu nie możesz go odsunąć? Czy jest jakiś sposób żeby mimo to przeprowadzić rytuał sensownie, czy lepiej wtedy poczekać?
Ta metafora 'jedyną rzeczą w pomieszczeniu' jest dla mnie bardzo konkretna. Czyli pytanie to nie 'czy czuję lęk' tylko 'czy jest w tym pomieszczeniu jeszcze coś poza lękiem' - jakaś intencja, jakiś cel, jakiś spokój chociaż fragmentaryczny. I jeśli tak, to można wejść?
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam takie głupie może pytanie - bo jeśli dobrze rozumiem to cały czas mówicie o stanie wewnętrznym podczas rytuału jako o kluczowym, ale czy w takim razie sama forma - świece, przedmioty, słowa - to tylko pomoc w osiągnięciu tego stanu? Że można by to zrobić bez nich?
To co Edmund napisał jest ważne - ta różnica między formą jako pomostem a formą jako nośnikiem. W niektórych tradycjach - na przykład w pewnych nurtach rytualnych hinduizmu - sama poprawność formy jest warunkiem działania. Stan wewnętrzny kapłana jest wtórny wobec precyzji rytuału. W innych - jak w wielu zachodnich podejściach ezoterycznych - jest odwrotnie. To dwie naprawdę różne filozofie i nie ma między nimi łatwego kompromisu.
To co Edmund i Mimoza piszą o formie - to mnie trochę zawiesza. Bo jeśli w jednej tradycji forma jest warunkiem, a w innej tylko pomoce to skąd w ogóle wiadomo którą logiką się kierować? Szczególnie jeśli nie jesteś osadzony w żadnej konkretnej tradycji, tylko pracujesz mieszanie?
Sura, to jest chyba jedno z centralnych pytań dla kogokolwiek kto nie pracuje w obrębie zamkniętego systemu. I odpowiedź nie jest prosta. Ale intuicyjnie - jeśli twoja praktyka jest mieszana to logika 'forma jako warunek' po prostu nie działa, bo warunek jest zawsze osadzony w konkretnej siatce znaczeń. Wyjmiesz jeden element z kontekstu i przestaje być warunkiem, staje się symbolem. I wtedy wracasz do kwestii stanu wewnętrznego.
