Właśnie to mnie uderza w tej całej dyskusji - cały czas mówimy o synchronizacji, o intencjach, o czasie, ale tak naprawdę to wszystko sprowadza się do pytania czy praca przez telefon wymaga więcej świadomego przygotowania niż praca w jednym miejscu. I chyba tak.
Mam pytanie które mi chodzi po głowie od jakiegoś czasu w tej dyskusji - czy ktoś próbował zamiast synchronizacji w czasie, zamiast równoczesnego rytuału, po prostu zbudować coś co działa jak most między dwiema lokalizacjami? Mam na myśli na przykład wspólny obiekt - ta sama idea przedmiotu po obu stronach, każda osoba z czymś co nosi ten sam symboliczny ładunek.
W części tradycji robi się to inaczej - jeden przedmiot jest dzielony. Kawałek tej samej tkaniny, tego samego sznura, kamień który był razem z czymś innym przez jakiś czas. Wtedy nie ma problemu z 'czy to to samo' bo dosłownie jest to samo, tylko podzielone. Przy pracy na odległość coś takiego może mieć dużo więcej spójności niż dwa osobne przedmioty z podobnym symbolem.
To jest konkretne i sensowne. Tylko skąd wziąć ten wspólny punkt startowy jeśli te osoby nigdy nie były w tym samym miejscu? Moja sytuacja jest taka, że ta druga osoba mieszka po drugiej stronie świata i nie planujemy się spotkać fizycznie - jeśli nie przy rytuałach, to w ogóle.
Czy wysyłka czegoś pocztą wchodzi w grę? Mam na myśli że jedna osoba przygotowuje dwa przedmioty jednocześnie, z tą samą intencją, i wysyła jeden z nich. Wtedy masz ten wspólny punkt wyjścia który Lunaria opisała, tylko rozdzielony przez czas a nie przez to że każdy wziął coś osobno.
Mam inne pytanie do Karrota - czy ten ktoś po drugiej stronie świata ma doświadczenie w tego rodzaju pracy? Bo wiele rzeczy które tu omawiamy zakłada że obie osoby rozumieją co robią i dlaczego. Jeśli jedna osoba jest bardziej prowadząca a druga bardziej przyjmującą, to cała logika synchronizacji i przygotowania wygląda inaczej.
To właściwie idealna sytuacja do eksperymentowania, bo nikt z was nie ma ugruntowanych nawyków które trzeba by przełamywać. Możecie ustalić model od zera, co jest trudne ale daje dużo swobody. Jedyne o czym bym pamiętał to żeby po każdej sesji rzeczywiście porównywać doświadczenia - nie jako weryfikację czy coś 'zadziałało', tylko żeby zobaczyć gdzie byliście razem a gdzie każdy był trochę gdzie indziej.
a jeśli po porównaniu wychodzi ze byliscie w kompletnie innych miejscach to co? przerwacie caly projekt czy probujecie jeszcze raz z innym przygotowaniem? pytam bo sama bylam w podobnej sytuacji i nie wiedzialam co z tym zrobic
To jest właśnie moje pytanie do Tosieczki - bo ja sam nie wiem co bym zrobił. Myślę, że spróbowałbym jeszcze raz, ale z innym przygotowaniem, konkretnie z dłuższą rozmową przed rytuałem o tym, co każde z nas rozumie przez cel tej pracy. Może problem był w tym, że używaliśmy tych samych słów, ale mieliśmy inne obrazy w głowie.
no właśnie to mnie sie zdarzyło - myslałam ze mamy to samo na mysli a po porównaniu notatek okazało sie ze miałam totalnie inny obraz tej sytuacji. i co zrobiłam - nic, po prostu odpuściłam i nie wróciłam do tego. teraz myślę ze to był błąd, ale wtedy nie wiedziałam jak to naprawić
A to jest ciekawe pytanie samo w sobie - czy można rytuał zatrzymać w połowie? Mam wrażenie, że większość podejść zakłada, że jak już zacząłeś to kończysz, bo przerwanie jest gorsze niż nieidealne zakończenie. Ale nie wiem czy ta zasada ma sens przy pracy zdalnej, gdzie i tak wszystko jest bardziej fragmentaryczne.
Mnie bardziej interesuje co Tosieczka czuła 'że coś nie gra' - co to konkretnie było? Bo jeśli chodzi o pracę przez telefon, to takie sygnały w trakcie są bardzo trudne do odczytania, bo nie masz wizualnego kontaktu, nie widzisz co robi druga osoba, nie czujesz atmosfery pomieszczenia. Skąd wiedziałaś?
Akurat to 'obok a nie razem' jest dosyć precyzyjnym opisem. Znam to z pracy z osobami które były fizycznie w tym samym miejscu, a jednak wyraźnie każda robiła swoje. I odwrotnie - zdarzało mi się czuć bardzo silne połączenie z kimś kto był daleko, przez telefon. Więc fizyczna odległość nie jest tu zmienną decydującą.
To brzmi dobrze w teorii, ale mam wątpliwość praktyczną - jak sprawdzasz że ta uwaga drugiej osoby jest tam gdzie powinna? Przy bezpośrednim kontakcie masz jakieś sygnały. Przez telefon właściwie musisz zaufać, że tak jest. Co jeśli jedna osoba jest w pełni skupiona, a druga jest myślami gdzie indziej i po prostu nic nie mówi?
Wracając do tej kwestii uwagi - mnie to wydaje się w naszej sytuacji kluczowe, bo ta druga osoba jest w innej strefie czasowej o jakieś dziewięć godzin. Więc kiedy ja mam idealny czas na skupienie, ona może być już zmęczona albo odwrotnie. Czy to w ogóle ma przełożenie na jakość pracy, czy intencja 'nadpisuje' stan fizyczny?
Nie nadpisuje. To jest jedno z tych przekonań, które wyglądają ładnie, ale w praktyce ciało w danym momencie wpływa na to, co jesteś w stanie utrzymać. Zmęczona osoba może chcieć się skupić, ale jej uwaga będzie odpływać częściej. To nie jest zarzut wobec tej osoby - to jest biologia. I dlatego wybór godziny przy pracy zdalnej jest poważną decyzją, nie formalnością.
Wąskie okno to jest realna komplikacja i nie ma dobrego rozwiązania - jest tylko lepszy kompromis. Pytanie które ja bym zadała: czy lepsza jest osoba świeższa, czy wieczorna? Bo wczesny wieczór ma tę zaletę, że większość spraw dnia jest zamknięta i głowa trochę spokojniejsza. Wczesny poranek ma energię, ale też chaos myśli. To zależy od tego, jak każde z was funkcjonuje.
To mnie skłania do pytania o Karrota - czy ta praca którą planujecie ma jakieś zakorzenienie w konkretnej tradycji, czy budujecie coś własnego? Bo to bardzo zmienia co jest 'wymagane' a co jest opcjonalne. Przy własnym podejściu macie pełną swobodę, ale też pełną odpowiedzialność za decyzje, które przy tradycji ktoś już podjął za ciebie.
Dobra, żeby nie zostawiać tego pytania Ezeteryka94 bez odpowiedzi - to jest coś, co budujemy razem. Nie mamy jednej tradycji, z której to wynika. Każda z nas ma swoje podejście i to jest w sumie jedno z wyzwań tej pracy - że nie ma gotowego protokołu który możemy po prostu powtórzyć. Musimy uzgodnić strukturę. Pytanie tylko czy to jest zaleta czy jednak problem.
i właśnie to mnie interesuje - jak do tej pory wyglądało uzgadnianie tej struktury? Bo to nie jest coś co można zrobić w pięć minut przez wiadomość. Macie jakiś sposób na to, żeby sprawdzić że obie rozumiecie to samo pod tymi samymi słowami?
Ten wątek z brakiem tradycji jest dla mnie ważniejszy niż kwestia strefy czasowej, szczerze mówiąc. Bo jeśli każda osoba wnosi inne 'oprogramowanie' - inne wyobrażenia o tym jak to działa, inne symbole, inne sposoby rozumienia intencji - to nawet przy idealnej synchronizacji zegarków możecie pracować w dwóch różnych kierunkach jednocześnie.
To 'jeden symbol który obie mają taki sam' brzmi prosto, ale w praktyce wymaga doprecyzowania. Symbol to nie tylko forma, to też znaczenie które każda z was do niego przypisuje. Świeca dla jednej osoby może oznaczać coś zupełnie innego niż dla drugiej i obie będą przekonane, że rozumieją to samo.
to troche mi przypomina te sytuacje gdzie ja i ta druga osoba myslalysmy ze gadamy o tym samym a pozniej sie okazywalo ze mamy zupelnie inne wyobrazenie co chcemy osiagnac. to chyba jest wlasnie ten problem o którym Lunaria mówi
Zniechęcenie po jednej nieudanej próbie to dosyć naturalna reakcja, ale warto się zastanowić co konkretnie nie wyszło. Bo jeśli problem był czysto komunikacyjny - różne rozumienie intencji - to to jest coś do naprawienia przed następną próbą, a nie powód do rezygnacji z całego pomysłu.
Wracając do Karrota i tej kwestii budowania własnej struktury - czy macie z tą drugą osobą jakiś ustalony sposób na zamknięcie rytuału? Bo wejście to jedno, ale zamknięcie przez telefon wydaje mi się jeszcze trudniejsze do zsynchronizowania. Skąd wiecie że obie jesteście w tym samym miejscu na koniec?
To jest właśnie ta różnica, o której rzadko się mówi wprost - między formalnym zakończeniem a rzeczywistym zamknięciem przestrzeni. Przy bezpośrednim kontakcie masz fizyczne sygnały - ktoś wstaje, gasi świecę, mówi coś. Przez telefon musisz to wszystko zbudować z dźwięku i słów, i trudno stwierdzić czy to działa tak samo.
To ma sens, ale pod warunkiem że obie osoby rzeczywiście to robią, a nie tylko mówią że robią. I tu znowu wychodzimy na ten problem zaufania i niemożności weryfikacji, który już tu się pojawiał kilka postów wcześniej.
