Dobra, mam takie pytanie, bo ostatnio rozmawiałem ze znajomym i on twierdzi, że rytuały działają tylko jeśli naprawdę wierzysz w to co robisz. Ale z drugiej strony słyszałem też opinie, że sama czynność coś uruchamia, niezależnie od tego czy jesteś przekonany. I nie wiem co o tym myśleć. Próbowałem kiedyś jednego takiego prostego rytuału z wodą i świecą, totalnie na luzie, bez żadnego szczególnego nastawienia, bardziej z ciekawości. Nic spektakularnego się nie wydarzyło, ale też nie jestem pewien czy czegoś oczekiwałem. Czy ktoś tu w ogóle robił coś podobnego, tzn. bez przekonania, po prostu sprawdzić jak to jest?
To zależy co rozumiesz przez działanie. Jeśli oczekujesz jakiegoś znaku z nieba albo że coś materialne się zmieni, to bez wewnętrznego zaangażowania raczej nic takiego nie doświadczysz. Ale jest inna warstwa, i to mnie bardziej interesuje w tym pytaniu. Sama struktura rytuału, powtarzalność gestów, skupienie uwagi na konkretnej czynności, coś z tym robi z psychiką, nawet jeśli nie wierzysz w nic nadprzyrodzonego. To nie jest magia, to jest po prostu fizjologia uwagi.
Tylko że to już jest wiara w pewnym sensie, nie? Jeśli wchodzisz w rytuał z przekonaniem, że strukturyzowanie uwagi coś zmieni, to też coś zakładasz. Pytanie autora jest bardziej radykalne, myślę. Czyli: co jeśli robię to zupełnie mechanicznie, bez żadnego założenia, jak automat? I tutaj mam wrażenie, że tradycje się różnią. W niektórych podejściach, np. w pewnych nurtach buddyzmu tybetańskiego, samo wykonanie rytuału ma znaczenie niezależnie od stanu umysłu praktykującego. Forma niesie treść.
Marchewka, ale właśnie to zdanie że forma niesie treść to skrót myślowy, który można czytać na kilka sposobów. Bo możesz mieć na myśli, że forma wywołuje pewne efekty neurologiczne, albo że forma ma moc ontologiczną samą w sobie. I to są dwie bardzo różne rzeczy. Sama pracowałam przez lata z rytuałami i wiem, że różne tradycje dają różne odpowiedzi. Nie ma jednej. Shinto np. zakłada, że sam akt oczyszczenia ma znaczenie niezależnie od skupienia kapłana, ale to działa w konkretnym kontekście kulturowym i wspólnotowym, nie solo w pokoju.
Właśnie ten kontekst wspólnotowy to klucz, o którym rzadko się mówi gdy pojawia się temat wiary w rytuały. Anthropolodzy jak Victor Turner opisywali rytuał jako coś, co działa przez uczestnictwo w strukturze społecznej, a nie przez indywidualną wiarę. W kulturach, gdzie rytuał jest osadzony w żywej tradycji, osoba która go wykonuje mechanicznie nadal uczestniczy w czymś większym, bo jest otoczona wspólnotą która wierzy. To całkiem inna sytuacja niż ktoś kto solo zapala świeczkę z YouTube'a. Emilek, mam pytanie: ten rytuał który robiłeś, to był coś z internetu, czy skądś innego?
A to jest w ogóle możliwe, żeby rytuał działał poza tradycją? Pytam poważnie, bo sama zaczęłam kilka lat temu od takich właśnie improwizowanych rzeczy i nie wiedziałam że to w ogóle ma jakieś korzenie. Dopiero potem zaczęłam czytać więcej i rozumieć skąd to pochodzi. Ale z perspektywy czasu te wcześniejsze próby też coś mi dawały, trudno mi to jednoznacznie odrzucić. Tylko nie wiem czy to była magia, placebo, czy po prostu skupienie się na czymś po raz pierwszy od miesięcy.
Ja tu trochę z boku, ale chcę dodać jedną rzecz. Patrząc na to z perspektywy numerologicznej, intencja ma wagę, ale nie jest jedynym czynnikiem. Są ludzie którzy działają instynktownie i trafiają w odpowiedni czas, odpowiedni układ, nawet o tym nie wiedząc. Ktoś kto z ciekawości zapali świecę akurat w sprzyjającym momencie swojego cyklu życiowego może doświadczyć czegoś, co błędnie przypisze lub nie przypisze rytuałowi. Problem w tym, że bez świadomości skąd to pochodzi, trudno to potem powtórzyć.
Eufemka, ale to argument, który można obrócić w drugą stronę. Skoro ktoś może trafić w odpowiedni moment nieświadomie, to znaczy że wiara nie jest warunkiem koniecznym. Co najwyżej zwiększa prawdopodobieństwo, że zrobimy to w odpowiednim czasie, bo jesteśmy bardziej uważni. Albo wręcz odwrotnie, nadmierne przekonanie sprawia, że robimy rytuał siłą, w złym momencie, bo czujemy presję.
Dokładnie i to jest obserwacja, którą sama potwierdzam. Najgorsze rytuały jakie robiłam to były te, gdy byłam zbyt nakręcona na efekt. Jakieś desperackie chcenie. A te robione z pewnym dystansem, prawie że bez oczekiwań, czasem zostawiały po sobie coś trudnego do opisania. Nie wiem czy to wynik rytuału czy zmiany mojego stanu wewnętrznego, ale to rozróżnienie może być w ogóle bez sensu.
Właśnie ten punkt z desperackim chceniem jest ważny. W pracy z czakrami obserwuję coś podobnego, że zbyt silna wola blokuje przepływ energii, który ma nastąpić naturalnie. To nie jest tylko metafora, to jest też opis stanu fizjologicznego, napięcie mięśniowe, oddech, aktywność układu sympatycznego. Rytuał bez wiary może paradoksalnie być bardziej otwarty, bo nie ma tego blokowania przez expectation.
Dobra ale jak długo to w ogóle ma trwać zanim cokolwiek się zadzieje? Bo rozumiem tę całą rozmowę o braku oczekiwań i dystansie, ale ja praktykuję afirmacje od miesięcy i nic. To ile jeszcze mam czekać żeby stwierdzić czy to działa czy nie?
Cień to ciekawe słowo. Bo w pewnych tradycjach gnostyckich i hermetycznych uważa się że forma rytuału istnieje na innym planie niezależnie od jednostki, i że wchodząc w tę formę, nawet nieświadomie, wchodzisz w kontakt z czymś co już istnieje. To nie jest mainstreamy pogląd, ale nie można go zbyć wzruszeniem ramion. Problem polega na tym, że to jest niefalsyfikowalne, nie możesz sprawdzić czy to prawda metodą naukową. I tu wracamy do pytania, czy w ogóle wiara ma znaczenie, bo może chodzi o coś głębszego niż przekonanie intelektualne.
Hej, czytam to od początku i jestem szczerze mówiąc trochę zagubiony, ale ciekawie się to czyta. Mam jedno proste pytanie. Czy jest jakaś różnica między robieniem rytuału bez wiary a medytacją bez wiary? Bo z medytacją jest tak, że nawet sceptycy przyznają że coś robi, a wiara nie jest wymagana. Czemu z rytuałem miałoby być inaczej?
Ale jeśli mechanizm jest czysto psychologiczny, to co z tymi momentami gdy rytuał wydaje się działać poza oczekiwaniami, wbrew logice? Mam na myśli sytuacje, gdzie ktoś robi coś zupełnie mechanicznie, bez skupienia, i doświadcza czegoś czego nie planował i czego psychologia nie przewidywała. Znam kilka takich historii i nie wiem jak je wkładać w ramkę neurobiologiczną.
Ale to jest chyba niemożliwe do oddzielenia w praktyce. Jeśli usuniesz formę, to czy to jeszcze jest to samo 'siedzenie w ciszy'? Forma zmienia doświadczenie nawet jeśli nie wierzysz że zmienia cokolwiek poza tym. To trochę jak pytanie czy muzyka w tle podczas czytania wpływa na rozumienie tekstu, nawet jeśli nie słuchasz jej świadomie.
Okej ale to nadal brzmi jak wyjaśnienie psychologiczne. Czy ktoś tu w ogóle twierdzi że rytuał działa w sensie dosłownie magicznym, czyli zmienia coś poza osobą która go wykonuje? Bo mam wrażenie że rozmowa kręci się wokół efektów wewnętrznych i to jest coś innego niż pytanie Emilka z początku.
W hermetyzmie jest pojęcie correspondences, czyli odpowiedniości, które zakłada że pewne formy istnieją na wielu poziomach jednocześnie i że działanie na jednym poziomie przenosi się na inne. To nie jest przekonanie oparte na eksperymencie, ale na bardzo starej logice symbolicznej. Jeśli wchodzisz w formę rytuału bez wiary, ale forma ta jest zbudowana na systemie odpowiedniości, to pytanie jest czy twoja wiara jest w ogóle potrzebna do uruchomienia tej struktury, czy ona działa jak obwód elektryczny niezależnie od tego czy rozumiesz jak elektryczność działa.
To jest właśnie to co mnie interesowało od początku, ta metafora z obwodem elektrycznym. Ale jak sprawdzić czy 'obwód' jest rzeczywiście obwodem, a nie tylko metaforą? Bo można powiedzieć to o wszystkim i nic z tego nie wynika praktycznie.
no i to jest uczciwe pytanie. Tradycje hermetyczne odpowiedziałyby że sprawdzasz przez długoterminową obserwację wzorców, nie przez pojedynczy eksperyment. Ale masz rację, że to nie jest falsyfikowalne w naukowym sensie. Pytanie czy ten standard falsyfikowalności jest właściwy do oceny tego typu zjawisk.
Dorzucę perspektywę astrologiczną, bo tam też pojawia się to pytanie o wiarę. Planety ustawiają się niezależnie od tego czy w to wierzysz. Ktoś kto nigdy nie słyszał o Saturnie może przeżywać swoje saturniańskie okresy dokładnie tak samo jak ktoś kto je śledzi od lat. Czy to znaczy że system działa bez wiary? Może. Ale osoba która go zna może się do niego przygotować, czyli wiedza zmienia jakość przejścia przez te okresy nawet jeśli nie zmienia samego faktu ich istnienia.
Ale jak długo mam budować tę 'ramę interpretacyjną' zanim cokolwiek poczuję? Pytam bez ironii, serio. Bo słyszę dużo o długoterminowym podejściu i obserwacji wzorców, ale nikt nie mówi o żadnym orientacyjnym czasie. Rok? Pięć lat? Całe życie?
Mogę tu dodać coś z perspektywy numerologicznej. Niektóre okresy życia są po prostu bardziej podatne na zmiany, niezależnie od tego co robisz. Jeśli ktoś zaczyna praktykę w roku osobistym 1 albo 9, to efekty mogą być bardziej wyraźne niż w roku stabilizacji. To nie znaczy że praktyka nie działa w innych latach, ale kontekst ma znaczenie. I jeśli Albitka zaczęła coś robić bez wiedzy o tym, to może po prostu trafić na moment gdzie wyniki będą powolne, i to nie jest błąd praktyki ani brak wiary.
To pytanie Albitki jest w sumie jednym z poważniejszych w całej tej rozmowie i szkoda że przechodzi bez większego rozwinięcia. Bo ono dotyczy nie tylko numerologii, ale całego problemu weryfikacji. Jak odróżnić że coś nie działa od tego, że robię to źle albo w złym czasie albo z nieodpowiednim nastawieniem? To struktura niefalsyfikowalna, bo zawsze można powiedzieć że warunki nie były spełnione.
I to jest moment, gdzie rozmowa zawsze się urywa, bo nie mamy wspólnego języka do dalszej rozmowy. Jeden potrzebuje falsyfikowalności, drugi mówi że to nie właściwa miara. I obaj mają rację w swoich własnych ramach. Wracając do pytania z tematu, to może właśnie dlatego rytuał bez wiary jest ciekawy jako przypadek, bo usuwa jedną zmienną i pozwala zobaczyć co zostaje. Emilek, jak ty sam podsumowałbyś co czułeś podczas tamtego rytuału z kamykami? Cokolwiek, bez analizy.
To co napisał Emilek na końcu jest dla mnie ważniejsze niż cała poprzednia dyskusja o falsyfikowalności. Bo to jest właśnie ten moment, który chyba wszyscy znamy, kiedy coś się dzieje nie dlatego że wierzysz, ale mimo że nie wierzysz. I teraz pytanie: czy to jest 'efekt skupienia' jak to Emilek sam zasugerował, czy skupienie jest częścią rytuału, a nie alternatywą dla niego?
Ale mam wrażenie że to zbyt szybko zamykamy wątek który Emilek otworzył. On napisał że 'przestał myśleć o innych rzeczach' i sam nie wiedział jak to ocenić. I to jest dla mnie bardziej szczere niż większość odpowiedzi jakie tu padły. Nie wiem czy to co opisał to efekt kamyków, skupienia, zmęczenia po tygodniu czy przypadku. I nie sądzę żeby on wiedział.
No właśnie nie wiem. Szczerze to nawet nie wiem czy to co robiłem można nazwać rytuałem. Przeczytałem jakiś opis, wziąłem kilka kamieni, zapaliłem świeczkę i siedziałem patrząc na nie przez może dziesięć minut. Potem się rozmyśliłem i poszedłem spać. Nie powiem żeby cokolwiek 'zadziałało' w sensie który bym rozpoznał, ale przez te dziesięć minut miałem spokój którego mi brakowało. Może to mało, ale to coś.
