Zastanawiam się, czy ktoś jeszcze ma ten problem, że chce wprowadzić jakiś rytualny wymiar do życia rodzinnego, ale od razu napotyka na opór albo po prostu dziwne spojrzenia. U mnie to wyglądało tak, że próbowałam zaproponować coś prostego przy posiłkach - chwila ciszy, może kilka słów wdzięczności przed jedzeniem - i natychmiast usłyszałam 'a co to jest, sekta?'. Śmieszne, bo to co zaproponowałam istnieje w zasadzie w każdej tradycji na świecie, od japońskich domowych ołtarzyków przez skandynawskie blót po zwykłe katolickie 'przed posiłkiem'. Pytanie nie jest więc 'czy robić', tylko 'jak zacząć', żeby nikt nie poczuł, że jest wciągany w coś wbrew sobie. Mam wrażenie, że kluczowe jest zakotwiczenie rytuału w czymś, co już istnieje - jakimś zwyczaju, który rodzina już ma. Nie wiem, może ktoś miał inne podejście i to zadziałało?
Ten przykład z posiłkami jest dobry, bo rzeczywiście jest najmniej inwazyjny. Ale chcę powiedzieć coś, co może być niepopularne - jeśli ktoś w rodzinie jest naprawdę sceptyczny albo wręcz wrogi takim rzeczom, to żaden rytuał 'przemycony' pod przykrywką tradycji długo nie przetrwa. W pewnym momencie ktoś powie 'hej, to jest coś ezoterycznego' i poczuje się oszukany, że nie był o tym informowany od początku. Sama przez to przechodziłam. Zaczęłam od zapalania świecy podczas wspólnych wieczorów, potem mama zapytała po co to, powiedziałam że lubię świece, i jakoś przeszło, ale gdy któregoś razu powiedziałam wprost, że dla mnie to ma głębsze znaczenie, to przez chwilę była cisza i pytanie 'od kiedy ty w to wierzysz'. I to było w sumie lepsze niż gdyby nie wiedziała miesiącami.
Słucham tego i zastanawiam się, czy problem nie leży gdzieś indziej. Wiele osób, które pytają o 'jak wprowadzić rytuały bez naciskania', de facto pytają o dwie różne rzeczy naraz. Jedno to potrzeba samego rytuału w życiu rodzinnym - struktury, wspólności, zatrzymania się. To jest potrzeba całkowicie świecka i psychologowie o tym piszą, szczególnie w kontekście dzieci. Drugie to potrzeba, żeby ta forma miała sens właśnie w kategoriach ezoterycznych czy duchowych - żeby to był naprawdę rytuał w głębszym sensie, nie tylko zabawa. I te dwie potrzeby czasem są pogodzone, a czasem są w konflikcie. Bo jeśli robisz rytuał, a reszta rodziny traktuje go jak ciekawą grę, to czy to w ogóle działa tak jak chcesz?
To co pisze Wala83 o dzieciach to ważny wątek. Jak ktoś zaczyna budować rytuały od dziecka, to ta osoba dorastając nie będzie się pytać 'co to za sekta' - bo to po prostu będzie naturalny element jej życia. Problem pojawia się gdy chcemy coś wprowadzić do rodziny, gdzie dorośli mają już ustalone poglądy. To jest chyba osobne pytanie - jak rozmawiać z kimś dorosłym w rodzinie, kto otwarcie mówi 'to bzdury', a jak rozmawiać z kimś, kto po prostu nigdy się tym nie zajmował i nie ma zdania?
Mam może głupie pytanie, ale co konkretnie rozumiecie przez rytuał rodzinny w kontekście tej rozmowy? Bo ja czytam i widzę przykłady ze świecami, noworoczne zapisywanie, posiłki - i zastanawiam się, czy mówicie o czymś, co ma sens duchowy i jest powiązane z jakąś tradycją czy ścieżką, czy po prostu o budowaniu stałych zwyczajów w domu. Bo to chyba nie jest to samo i może dlatego rozmowa idzie kilka torami jednocześnie.
Felicja dobrze to wyłapała. Myślę, że odpowiedź brzmi: jedno i drugie, zależnie od intencji osoby. I to jest właśnie ten paradoks - rytuał może wyglądać identycznie dla zewnętrznego obserwatora, a mieć zupełnie inny wymiar. Zapalenie świecy przy kolacji może być po prostu dekoracją. Może być gestem skupienia się. Może być połączeniem z jakimś żywiołem. Może być dedykacją bokom świata, jeśli ktoś tak to czuje. To nie zmienia wymagań zewnętrznych wobec rodziny - wszyscy po prostu siedzą przy świecy. Ale dla jednej osoby to ma zupełnie inną głębię. I ja nie widzę powodu, żeby z tego powodu kogokolwiek wtajemniczać, jeśli nie jest się na to gotowym.
No właśnie, ale z drugiej strony - jeśli robisz coś tylko po to, żeby 'wyglądało jak zwyczaj' a de facto jest to rytuał magiczny, to rodzina tak naprawdę uczestniczy w czymś bez swojej zgody. Nie wiem, może to brzmi ostro, ale mam z tym problem. Jeśli wierzysz, że rytuał działa i ma jakiś wpływ, to znaczy że wpływa też na osoby, które w nim uczestniczą, prawda? A one o tym nie wiedzą. Trochę mi to nie gra etycznie.
No i tu właśnie jest ta granica, o której mówi Benedyk82, i muszę powiedzieć, że go rozumiem nawet jeśli sama nie wiem co o tym myślę. Bo z jednej strony rozumiem argument Awenturynki, a z drugiej - chyba bym też miała lekki dyskomfort gdybym się dowiedziała, że to co myślałam że jest 'zabawą noworoczną' było tak naprawdę rytuałem z pełnym zestawem intencji. Nie wiem. Może zależy od relacji. W bliskich relacjach bardziej to czuć.
Myślę, że ta dyskusja o etyce jest ważna, ale trochę odpływamy od praktycznego wymiaru tematu. Bo pytanie brzmi 'jak wprowadzić bez naciskania', a my rozmawiamy o tym, czy w ogóle można. Może warto by zapytać - co sprawia, że ktoś w ogóle chce wprowadzić to do środowiska rodzinnego, a nie tylko praktykować samodzielnie? Bo jeśli ktoś chce rytuały 'dla siebie', to nie potrzebuje do tego rodziny. Jeśli chce czegoś wspólnego, to czego konkretnie szuka? Tej wspólności jako takiej, czy chce żeby bliscy też mieli dostęp do czegoś, co jemu pomaga?
O, ale to jest naprawdę świetne pytanie Brygidki, bo ja właśnie nad tym siedzę. Chyba chcę i jednego i drugiego - chcę żebyśmy jako rodzina mieli jakiś wspólny moment w tygodniu, który będzie 'nasz', i jednocześnie chcę, żeby ten moment miał dla mnie głębszy sens. Nie wiem czy to możliwe bez kompromisu z żadnej strony. Mąż jest bardzo sceptyczny i nie przepada za niczym, co pachnie 'czymś'. Ale jednocześnie sam mówi, że brakuje mu jakiegoś wspólnego rytuału, tylko wyobraża to sobie jako tradycje sportowe albo kulinarne. Więc może punkt styku jest właśnie tam - coś wspólnego, co dla mnie ma dodatkowe znaczenie, a on to akceptuje?
Czytam tę rozmowę i trochę się gubię, ale jeden wątek mi bardzo siedzi w głowie - to co napisała Shangie na początku, o zakotwiczeniu rytuału w czymś co już istnieje. Bo u nas w domu jest jedna rzecz, którą robimy regularnie od lat - mama zawsze zaparza herbatę wieczorem i siadamy przy niej. Nigdy o tym nie rozmawiamy, po prostu to robimy. I zastanawiałam się, czy to jest właśnie ten rodzaj naturalnego rytuału, z którym można coś zrobić, czy on już sam w sobie jest wystarczający? Bo może te herbaty nie wymagają żadnego 'ulepszania'?
Ale właśnie to, co napisała Shangie o herbacie i Anielka o swojej mamie - to mnie trochę zmienia podejście do tego całego tematu. Ja przez ostatnie miesiące szukałam jakiegoś 'gotowego' rytuału rodzinnego, który mogłabym zaproponować, a może po prostu siedzę przy czymś, co już istnieje i tego nie widzę. Mamy z mężem taki zwyczaj, że w niedzielę rano zawsze robimy wspólne śniadanie - on smaży jajka, ja kroję, to trwa ze dwadzieścia minut i za każdym razem jest podobnie. Nigdy nie myślałam o tym jak o rytuale, ale czy to nie jest właśnie to?
To co opisuje Wezuwianit to bardzo ciekawy mechanizm - lęk przed tym, że nadanie czemuś nazwy zniszczy to, co już działało. I w sumie mnie to nie dziwi. W psychologii rodziny funkcjonuje pojęcie 'rytuałów interakcji' - Randall Collins pisał o tym dość szeroko - i jedną z jego obserwacji było właśnie to, że siła takich momentów leży w ich powtarzalności i naturalności, nie w świadomości uczestników. Jak tylko ktoś powie 'to teraz nasz rytuał', to wszyscy nagle zaczynają oceniać czy im 'wychodzi'.
Benedyk82 pyta o coś, co naprawdę jest tutaj centralnym napięciem. I moja odpowiedź brzmi - bo jest różnica między rytuałem, który się sam wytworzył, a rytuałem, który chcemy świadomie stworzyć jako kotwicę dla czegoś konkretnego. To niedzielne śniadanie Wezuwianit już istnieje i robi swoje. Ale jeśli ktoś chce żeby wspólny moment w rodzinie był przestrzenią na, powiedzmy, refleksję nad tygodniem albo na intencję - to tego samo z siebie nie będzie. Trzeba to zasiać. Pytanie tylko jak, żeby nie przestraszyć reszty rodziny zaraz na starcie.
Dobra, ale to 'zasianie' - jak to w ogóle wygląda w praktyce? Bo ja słyszę 'zacznij od czegoś małego' i 'nie mów że to rytuał' i ogólnie brzmi logicznie, ale jak to zrobić konkretnie z dorosłym rodzeństwem, które ma własne życie i widuje się może raz w miesiącu? Nie mamy żadnej regularności, każde spotkanie to trochę chaos, i nie wiem od czego w ogóle zacząć.
Dobra, ale ja mam problem z tym podejściem. Słucham i rozumiem, że można coś traktować ze świadomością tylko dla siebie - ale czy to nie jest trochę samotne? Tzn. siedzisz i wiesz, że dla ciebie to jest rytuał, a dla reszty to jest po prostu mama z telefonem. Nie wiem, czy mnie to satysfakcjonowałoby.
To jest pytanie, które wraca w tej rozmowie już trzeci raz w różnych formach i chyba warto się przy nim zatrzymać. Bo za każdym razem sprowadza się do tego samego - jak mówić o znaczeniu bez bycia pretensjonalnym. I mam wrażenie, że odpowiedź nie jest techniczna, tylko bardziej - co ty sama czujesz, że możesz powiedzieć bez cenzurowania się. Czasem wystarczy jedno zdanie przy kawie w stylu 'lubię że zawsze tak kończymy wieczór' i to już coś zasiewa, bez żadnych wykładów.
Czytam tę rozmowę od początku i mam wrażenie, że omijamy jeden wątek - co z rodzinami, w których jest wyraźna hierarchia i starsze pokolenie po prostu decyduje jak jest? U mnie w domu zawsze jest tak, że babcia ustala co się robi i kiedy. Jakikolwiek nowy pomysł, który nie wychodzi od niej, jest traktowany co najmniej podejrzliwie. Nie wiem jak w takim układzie w ogóle coś wprowadzić.
Ale czy to nie jest trochę manipulacja? Jeśli wiem, że pomysł jest mój, a przedstawiam to jakby był jej - to trochę tak jak z tym wcześniejszym wątkiem o etyce. Rozumiem cel, ale mnie to trochę uwiera.
Ja to widzę inaczej. To czy jest manipulacja zależy moim zdaniem od tego, co chcesz osiągnąć i czy gdyby ta osoba znała twój plan, to by na niego przystała. Jeśli tak - to jest taktyka komunikacyjna. Jeśli nie - to jest manipulacja. Nie ma innego kryterium.
Ale skąd masz wiedzieć wcześniej, czy ta osoba by przystała czy nie? Często nie wiesz, dopóki nie spróbujesz. I jeśli czekasz na pewność zanim zaczniesz działać, to nigdy nie zaczniesz. Chyba że mam coś źle postawione w tym rozumowaniu.
Właściwie Wezuwianit dotyka czegoś realnego. Bo ta pewność, o której mówi Benedyk, to w praktyce rodzinnej fikcja. Ja na przykład przez długi czas zwlekałem z zaproponowaniem czegokolwiek swojej rodzinie właśnie dlatego, że chciałem mieć gwarancję, że to zadziała i nikt się nie obrazi. I nic z tego nie wyszło, bo ta gwarancja nigdy nie przyszła.
Wracam do tego, co mówiła Felicja o swoim bracie i kawie. Zastanawiam się nad czymś innym - czy ten brat wie, że to jego moment? Tzn. czy on sam ma świadomość, że to jest coś, co należy do niego w tej grupie? Bo czasem właśnie ta nieświadoma rola kogoś w rytuale jest punktem wejścia. Jak on zaczyna kawę, wszyscy czekają - to jest już pewna forma synchronizacji grupy.
To rozróżnienie, które robi Felicja - między nawykiem a rytuałem - jest według mnie kluczowe dla całej tej rozmowy. Anthropolodzy, m.in. Roy Rappaport w 'Ritual and Religion in the Making of Humanity', pisali że to co odróżnia rytuał od zwykłego powtarzalnego zachowania to właśnie świadomość niezmienności i intencja nadania formy. Ale ta intencja nie musi być wspólna - może być asymetryczna. Tzn. jeden człowiek świadomie traktuje coś jak rytuał, a reszta uczestniczy nieświadomie i obie wersje mogą być prawdziwe jednocześnie.
Paradoks, który zauważa Benedyk82, jest prawdziwy, ale myślę że da się go rozwiązać jeśli przesuniesz punkt ciężkości. Rytuał rodzinny nie musi być od razu wspólną, świadomą ceremonią. Może być warstwowy - jedna osoba wnosi intencję, inni wnoszą obecność. I z czasem te warstwy mogą się zrównywać, albo nie. Oba scenariusze są funkcjonalne.
Mam pytanie trochę z boku, ale wynikające z tej rozmowy. Czy któryś z rytuałów, który ktoś tutaj opisał, ma jakiś element materialny? Tzn. jakiś przedmiot, który się pojawia zawsze przy tej okazji? Pytam, bo słucham i wszystko jest bardzo relacyjne, bardzo oparte na zachowaniu i czasie - a mnie zastanawia czy nie ma tu czegoś konkretnego.
Słucham o tym komplecie i mam ciarki, serio. Bo to jest właśnie ta sytuacja, w której rytuał jest gotowy, czeka, tylko nikt nie ma odwagi go uruchomić. Tak jakby przedmiot wiedział co ma robić, ale potrzebuje kogoś, kto go 'odblokuje'. Rozumiem że to brzmi dziwnie, ale tak to czuję.
