Hela, to brzmi jak dobry plan. Zamknięte drzwi, świeca, coś co daje ci sygnał przejścia. Napisz potem jak poszło, bo jestem ciekawa, czy efekt jest podobny do tego, co opisała Nebularia.
Ja tylko zaznaczę, że zamknięte drzwi to nie to samo co zamknięta przestrzeń w sensie rytualnym. Można fizycznie odgrodzić pomieszczenie, ale jeśli nie ma żadnego świadomego zamiaru zaznaczenia granicy, to drzwi są po prostu drzwiami.
A powiedźcie mi, bo chyba nie rozumiem jednej rzeczy. Jak ktoś mieszka w kawalerce i nie ma jak zamknąć drzwi, bo ich po prostu nie ma, to co wtedy? Cała koncepcja przestrzeni rytualnej odpada?
Właśnie, bo ja też nie mam takiej opcji z osobnym pokojem. I zastanawiałam się, czy krąg coś daje, jeśli robiłam rytuał przy stole w salonie, gdzie ktoś siedział dwa metry dalej i oglądał film. Efekt był dziwny, nie wiem jak to opisać. Coś jakby rozproszenie.
Ja mam trochę podobne pytanie do Galaktyny. Jak rozróżnić, że coś nie wyszło przez obecność kogoś, a nie dlatego, że byłaś za bardzo w głowie? Bo u mnie to jest chyba największy problem. Zaczynam i zaraz myślę, czy on słyszy, czy zaraz wejdzie, i to mnie bardziej wybija niż jakikolwiek komentarz z jego strony.
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie, może trochę z boku. Czy ktoś z was rozmawiał kiedyś z tą osobą i po prostu poprosił, żeby przez pół godziny nie wchodzić do pokoju? Bez tłumaczenia czemu, po prostu jako prośba. Zastanawiam się, czy to by nie było najprostsze wyjście.
Lunarna, właśnie tak robię od jakiegoś czasu i to naprawdę pomaga. On zazwyczaj pyta czy coś oglądam i mówię, że chcę chwilę sama, i tyle. Nie ma żadnego problemu. Chyba zrobiłam z tego większy temat niż trzeba było, bo z praktycznego punktu widzenia to działa zupełnie zwyczajnie.
No i to jest chyba najzdrowsze podejście, jakie tu padło. Organizacyjne rozwiązanie problemu organizacyjnego. Nie wszystko musi być kwestią energii i wpływu.
Ale sama Hela na początku pytała też o coś więcej, nie tylko o organizację. Czy obecność osoby niewtajemniczonej w ogóle coś zmienia. To jest inne pytanie i nie zostało do końca rozwiązane.
Przeszkadzała mi trochę, ale chyba nie w sposób, który bym przypisała energii. Bardziej w sposób, że co jakiś czas zerkałam w jej stronę i przez to sama wypadałam z rytmu. Więc pytanie jest chyba takie: czy to ona mi przeszkadzała, czy moja uwaga na niej.
I tu się pojawia pytanie, które mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Czy rytuał wymagający absolutnie sterylnych warunków zewnętrznych jest w ogóle dojrzałym rytuałem? Nie mówię, że warunki nie mają znaczenia, ale chyba jest różnica między 'preferuję sam' a 'nie mogę inaczej'.
Mam wrażenie, że ta rozmowa kręci się trochę wokół dwóch różnych problemów. Jedno to wpływ obecności sceptyka na rytuał jako taki, drugie to własna koncentracja w nieidealnych warunkach. Emilek pytał o rytuały grupowe z mieszaną grupą, a my wróciłyśmy do tego samego, co było wcześniej.
To jest ciekawe pytanie z perspektywy historycznej, bo praktycznie w każdej tradycji rytuałów zbiorowych masz ten problem. W obrzędach inicjacyjnych, które opisuje choćby Van Gennep, obecność obserwatora z zewnątrz traktowana była jako realne zagrożenie dla liminalnej przestrzeni, nie metaforycznie. Wypraszano ludzi ze wsi całej. Więc to nie jest współczesny wymysł.
Właśnie, i to mnie tu zastanawia. Bo często słyszę, że sceptyk 'niszczy energię', ale jak spojrzeć na to z drugiej strony, to w wielu tradycjach inicjacyjnych to napięcie między wierzącym a niewtajemniczonym jest wpisane w sam rytuał. Nie ma rytuału przejścia bez kogoś, kto jest po drugiej stronie tej granicy.
Przepraszam, że się wtrącę, bo nie za bardzo rozumiem ten wątek z Van Gennepem. Czy mówicie o tym, że obecność osoby niewtajemniczonej może być wpisana w sam sens rytuału? Że nie jest tylko przeszkodą?
Ale to chyba dotyczy zupełnie innego rodzaju rytuałów, prawda? Bo inicjacje, obrzędy przejścia, to jest coś, gdzie ta granica jest celowo konstruowana. A większość z nas robi coś zupełnie innego, bardziej prywatnego, i tam ta osoba po prostu jest, nie żeby cokolwiek symbolizować.
Dokładnie o tym myślałam czytając ten wątek. Rytuał prywatny a grupowy obrzęd to jednak dwie różne sytuacje i nie wiem, czy te same zasady tu działają.
To zależy jak 'patrzy'. Jest różnica między kimś, kto siedzi obok i czyta książkę, a kimś, kto aktywnie się przygląda i komentuje. Bierna obecność to nie to samo co obserwacja.
To co pisze Blanka.2 ma sens, ale mam wrażenie, że trochę mieszamy dwie rzeczy. Jedno to mój własny komfort i koncentracja, a drugie to pytanie, czy ta obecność cokolwiek zmienia w samym rytuale. Bo jeśli tylko chodzi o to, że mi się trudniej skupić, to jest zupełnie inny problem niż 'sceptyk psuje rytuał'.
Ciekawe porównanie. Ale w kościelnych obrzędach jest cała struktura sakramentalna, która stoi niejako z zewnątrz i nie zależy od nastroju odprawiającego. W większości praktyk, o których tu rozmawiamy, tej zewnętrznej sankcji instytucjonalnej po prostu nie ma. Więc skąd wiadomo, co jest 'walidatorem' rytuału?
Ale to nie znaczy, że eklektyczna praktyka jest z definicji słabsza, tylko że jej mechanizmy mogą być inne. Nie każdy robi rytuały w ramach żywej tradycji i nie każdy musi. Pytanie, które mnie bardziej interesuje, to czy sceptyczna osoba obok mnie zmienia coś w tym, co ja robię, niezależnie od tradycji.
I tu wychodzi ten problem, że nie ma jednej odpowiedzi, bo to zależy od tego, jak sceptyczna jest ta osoba i jak ty na nią reagujesz. Miałam raz sytuację, gdzie mąż siedział przy biurku podczas gdy ja robiłam krótki rytuał. On dosłownie grał w coś na słuchawkach i w ogóle nie patrzył. Kompletnie mi to nie przeszkadzało. Inna sytuacja, gdy ktoś siedzi i wyraźnie obserwuje z miną 'no dobra, i co teraz', to już zupełnie inna dynamika.
Ale właśnie, mnie zastanawia, czy w ogóle da się to rozdzielić. Może to jest tak zbudowane, że jedno pociąga drugie?
To jest właściwie stanowisko dość spójne wewnętrznie, tylko trudne do obronienia, bo implikuje, że rytuał to wyłącznie zjawisko psychologiczne. Nie wszyscy by się z tym zgodzili. Ale z praktycznego punktu widzenia, jeśli efekt jest ten sam niezależnie od mechanizmu, to czy mechanizm ma znaczenie dla pytania, czy robić rytuał przy sceptyku?
Słucham was i myślę, że może problem polega na tym, że próbujemy znaleźć jedną odpowiedź na pytanie, które jest naprawdę różne w zależności od tego, w co się wierzy. Hela zaczęła ten wątek od konkretnej sytuacji, nie od teorii. Może warto wrócić do tego, co ją skłoniło do zadania pytania.
Właściwie to moja sytuacja była prosta, ale postawiła mnie trochę do myślenia. Miałam zrobić coś regularnego, co zwykle robię sama, ale akurat była u mnie siostra i nie chciałam czekać. Ona jest kompletnie obojętna na te tematy, nie sceptyczna złośliwie, po prostu jej to nie dotyczy. I zrobiłam. I nie czułam żadnej różnicy. Dlatego w ogóle zaczęłam myśleć, czy moje przekonanie, że potrzebuję samotności, nie jest przyzwyczajeniem, a nie faktyczną koniecznością.
To ciekawe, bo 'obojętna' to chyba zupełnie inny rodzaj obecności niż 'sceptyczna'. Obojętna osoba nie wnosi oporu, nie wnosi też nic w drugą stronę. Sceptyczna może aktywnie coś komunikować przez postawę, ton, pytania.
