A to zmienia perspektywę na całe to pytanie z tytułu wątku. Może odpowiedź na to czy można uprościć rytuał zależy nie tylko od tego jak skomplikowany jest rytuał, ale od tego jak długo się z nim pracuje?
I to chyba jest najlepsza pointą tego wątku - upraszczanie ma sens kiedy jest co upraszczać. Jak rytuał jest nowy, to komplikowanie go jest błędem, ale upraszczanie też nic nie da. Najpierw trzeba zbudować pełną formę, potem można myśleć co z niej można zdjąć bez straty.
To co Helenka napisała na końcu jest ważne, ale chciałam doprecyzować jedną rzecz. Mówi się 'najpierw zbudować pełną formę', tylko że pytanie co oznacza pełna forma. Jak ktoś przejął rytuał od kogoś innego, to ma gotową pełną formę od początku, nawet jeśli nie wie co który element robi. Czy wtedy też musi 'poczekać zanim uprości'?
a po jakim czasie zaczęłaś go traktować jako swój? Bo to chyba jest ten moment, od którego można mówić o upraszczaniu ze świadomością.
To jest coś czego nie spodziewałam się w tym wątku - kwestia prawa do zmiany. Ale ma sens. Jak rytuał pochodzi z konkretnej tradycji albo od konkretnej osoby, to zmiana może czuć się jak naruszenie czegoś. Czy ktoś to jakoś dla siebie rozwiązał?
W wielu tradycjach jest coś co można nazwać sankcją do modyfikacji - czyli konkretny moment kiedy uczeń dostaje przyzwolenie na własne interpretacje. W szamanizmie syberyjskim jest to np. po pierwszych własnych podróżach, nie po czasie. Ciekawe że to jest kwestia sprawczości, nie stażu.
A co z rytuałami które ktoś sobie sam ułożył od zera? Tam też jest granica przed upraszczaniem?
Czekajcie, trochę mi się to kręci w głowie. Z jednej strony mówicie że można skracać jak już rozumiesz. Z drugiej że przy własnym rytuale też trzeba uważać. Gdzie więc jest sytuacja, w której uproszenie jest po prostu OK bez żadnych zastrzeżeń?
Ale jak rytuał może 'sygnalizować'? Serio pytam, bo to brzmi jak personifikowanie procesu.
To zgrzytanie o którym Lunaria pisze - ja to znam. Miałem raz rytuał gdzie jedno wizualizowanie przestało mi wychodzić, totalnie, jakby zanikło. Zostawiałem je coraz krócej, w końcu przestałem w ogóle i nic się nie zepsuło w reszcie. Ale bałem się przez długi czas że coś pójdzie nie tak.
To ciekawe z tym ruszztowaniem. Jak sie buduje coś, to rusztowanie jest potrzebne tylko do pewnego momentu. Potem sie je zdejmuje i budynek stoi sam. Moze tak samo z rytuałem - niektóre elementy są na poczatek, potem juz nie potrzebne?
To wraca do pytania które gdzieś wcześniej ktoś zadał - czy upraszczanie to ewolucja czy lenistwo. Jak element traci funkcję bo sam ją już przejąłeś przez praktykę, to usunięcie go jest po prostu aktualizacją. To nie jest uproszczenie dla wygody, tylko dostosowanie do tego na jakim etapie jesteś teraz.
To co Anima napisała na końcu - że usunięcie elementu który stracił funkcję to aktualizacja, nie uproszczenie - to chyba jest najbliżej tego czego szukałam w tej rozmowie. Ale mam pytanie: skąd wiesz że element stracił funkcję, a nie że ty straciłaś do niego cierpliwość?
Chciałam wrócić do tej kwestii rusztowania którą Bogusia poruszyła, bo to jedna z trafniejszych analogii jakie tu padły. W ceremonialnej magii zachodniej jest coś zbliżonego - mówi się o 'training wheels', elementach które mają cię doprowadzić do określonego stanu, ale nie są celem samym w sobie. Problem w tym że część tradycji traktuje je jak integralną część rytuału i nie ma mechanizmu który mówi 'to już możesz zdjąć'.
To co Cyprysik napisała jest dla mnie kluczowe w tym wątku. Upraszczanie skrótem drogi - to jedyna sytuacja w której rzeczywiście bym się zastanawiała czy warto. Ale jak ta droga jest już przebyta i rytuał stał się codzienną konserwacją, a nie przejściem, to skracanie go nie skraca niczego ważnego.
Mnie zastanawia czy w ogóle istnieje rytuał który jest tylko konserwacją. Może każde powtórzenie jest nowym przejściem, nawet jeśli krótszym? Nie wiem, trochę filozofuję, ale ta rozmowa do tego skłania.
A co z rytualami sezonowymi? Takie co się robi raz w roku, np. na przesilenie czy inne swieta? Tam chyba trudniej mówić o konserwacji, skoro przerwa jest długa i za każdym razem jest trochę inne nastawienie.
Rzadsze rytuały to osobna kategoria i myślę że tu upraszczanie ma najmniej sensu. Nie masz tylu powtórzeń żeby zobaczyć co jest rusztowaniem a co fundamentem. Każde wykonanie jest trochę jak pierwsza próba generalna.
Ale tu wchodzi inna kwestia - czy rytuał sezonowy ma być za każdym razem taki sam czy może ewoluować razem z tobą? Bo jeśli za każdym razem masz inne nastawienie jak Kryska pisze, to może właśnie ta zmienność jest częścią jego działania?
To co Helenka pisze dało mi do myślenia o czymś innym. Może problem z upraszczaniem zaczyna się wtedy kiedy traktujemy rytuał jak przepis - coś gdzie każdy składnik jest niezbędny i zamiana czegokolwiek psuje całość. Ale jeśli traktujesz go jak język, to możesz mówić krócej albo dłużej i sens zostaje.
To porównanie z językiem mi się podoba ale chyba nie do końca rozumiem - jak rytuał może byc jak język? Czy chodzi o to że ma swoje słowa i gramatyke i mozna budowac różne zdania z tych samych elementów?
To wyjaśnienie z językiem jest dużo bardziej czytelne niż wszystko inne co tu padło. Więc żeby skracać, trzeba najpierw rozumieć gramatykę, a nie tylko znać zdania na pamięć - dobrze rozumiem?
To co Anima napisała o gramatyce rytuału zostało mi w głowie. Zastanawiam się czy to nie jest tak, że kiedy się uczy języka obcego, to najpierw uczysz się całych fraz na pamięć i dopiero później, jak masz ten wzorzec w głowie, zaczynasz budować własne zdania. Może z upraszczaniem jest podobnie - najpierw musisz 'przegadać' ten rytuał w całości tyle razy, żeby wiedzieć co i po co?
Tak, ale chcę tu trochę poprawić własną analogię - to uczucie niepełności można też pomylić z czymś innym. Możesz czuć niepełność dlatego, że wyciąłeś coś istotnego, ale możesz też czuć niepełność dlatego, że po prostu jesteś przyzwyczajony do dłuższego formatu. Nawyk i konieczność to różne rzeczy.
To podejście empiryczne ma sens, ale zakłada że masz czas na kilka prób. Są rytuały gdzie to nie wchodzi w grę - robisz raz w roku, nie możesz sobie pozwolić na kilka iteracji testowych.
A co ze swiętami które maja ustalona date i nie można ich po prostu 'przełożyć' żeby powtórzyć? Mam na myśli takie przesilenia, równonoce - jak się pomylisz to czekasz rok.
Zasada 'jak działa nie ruszaj' jest sensowna przy maszynach, ale rytuał nie jest maszyną. On funkcjonuje w relacji z osobą która go wykonuje - a ta osoba się zmienia. Rytuał który działał świetnie kiedy miałeś inne życie, inne pytania, inny stan, może po pięciu latach być jak ubranie z poprzedniej dekady - technicznie sprawne, ale nie na ciebie.
