To co Wedrowiec pisze zmienia dla mnie perspektywę na pierwotne pytanie z tematu. Jeśli rytuał robi się zbyt skomplikowany, to może zanim cokolwiek upraszczamy, warto zapytać skąd ta komplikacja. Czy ona była od zawsze i właśnie teraz to czujesz, czy coś się zmieniło w tobie albo w okolicznościach?
Ale jak to zbadać? Tzn. jak sprawdzić czy to ty się zmieniłaś czy rytuał był od zawsze zbyt rozbudowany?
Wchodzę do tej rozmowy bo mam trochę inne doświadczenie z tym tematem. Przez jakiś czas pracowałem z dość rozbudowanym systemem - wiele kroków, długie przygotowanie, specyficzne warunki. W pewnym momencie zacząłem opuszczać kolejne elementy nie dlatego że 'czułem gramatykę' jak tu Anima mówiła, ale dlatego że miałem zwyczajnie mniej czasu. I teraz retrospektywnie nie wiem czy to było dobre upraszczanie czy po prostu zaniedbanie ubrane w racjonalizację.
To rozplątanie to chyba nie jest kwestia jednorazowej decyzji tylko obserwacji przez czas. Jeśli upraszczasz bo brak czasu i jednocześnie masz wewnętrzne poczucie że coś tracisz - to sygnał. Jeśli upraszczasz i nie ma tego napięcia, to może faktycznie rozumiałeś że ten element nie był fundamentalny. Jedno i drugie możesz sprawdzić tylko po czasie.
Wracając do tego co Hilek napisał - że nie wiedział czy upraszcza z lenistwa czy z rozumienia. Myślę że to jest pytanie które trzeba sobie stawiać regularnie, nie tylko przy upraszczaniu. Bo motywacje się zmieniają i co innego robisz z tym samym działaniem z różnych pobudek.
To ciekawe jako technika ale trochę mi to wygląda jak analiza psychologiczna a nie rozmowa o rytuale. Choc moze te dwa tematy sie tutaj przenikaja bardziej niz myslalam.
Kryska ma rację że to brzmi psychologicznie, ale chyba nie ma w tym nic złego? Rytuał jest wykonywany przez człowieka, więc człowiek jest zawsze w środku tej rozmowy. Trudno mówić o upraszczaniu rytuałów bez mówienia o tym kto i dlaczego upraszcza.
Mnie zastanawia coś innego - czy w ogóle wszystkie rytuały nadają się do upraszczania? Bo czytam tę rozmowę i mam wrażenie że mówimy o upraszczaniu jako o czymś zawsze możliwym, tylko pytanie kiedy i jak. A może są takie które po prostu nie.
A co z rytuałami które są gdzieś pośrodku - wzięłaś podstawę z jakiejś tradycji ale mocno ją przerobiłaś przez lata? Tam ta granica autorstwa jest chyba naprawdę rozmyta.
Jak w ogole wiedziec co jest rdzen a co obwodka? Jak nauczylas sie rytualu z jakiejs ksiazki to nie ma jak pytac autora co bylo wazne 🙂
To metoda ma sens przy rytuałach które mają wiele opisów. Ale są takie które funkcjonowały tylko lokalnie i zostały zapisane raz, przez kogoś kto je obserwował z zewnątrz. Tam nie masz porównania. I wtedy co - traktujesz każdy element jako rdzeń?
Może granica między upraszczaniem a tworzeniem nowego jest mniej ostra niż nam się wydaje. Zaczynasz od upraszczania, wycinasz połowę, dodajesz coś swojego zamiast - i w pewnym momencie to jest już inny rytuał tylko z podobnym korzeniem. Czy to problem?
To pytanie Animy mnie trochę zatrzymało. Czy to problem że uproszczenie przerodzi się w coś nowego? Chyba zależy od tego co chcemy osiągnąć. Jeśli zależy nam na kontynuacji konkretnej tradycji - to może być problem. Jeśli zależy nam na tym żeby rytuał działał dla nas - to niekoniecznie.
No właśnie, i mam wrażenie ze cały czas mieszamy te dwa cele w tej rozmowie. Raz mówimy o upraszczaniu z szacunkiem do źródła, raz o upraszczaniu dla własnej wygody. To sa troche inne sprawy choc wyglądają tak samo z zewnątrz.
Zostanę przy tym co powiedział Stribog, bo to mnie też dotyczyło. Przez długi czas upraszczałam nie wiedząc po co - po prostu coś mnie ciągnęło żeby skrócić, wyrzucić kilka kroków. I dopiero po jakimś czasie zobaczyłam że kierunek upraszczania ujawnia priorytety, których sama sobie wcześniej nie uświadamiałam. Wycinałam zawsze ceremonialną oprawę a zostawiałam pracę wewnętrzną. To mi powiedziało coś ważnego o sobie.
To co napisała Lunaria trochę mnie zaskoczyło, bo nigdy o tym tak nie myślałam. Że upraszczanie może być rodzajem lustra. Że zamiast martwić się czy dobrze upraszczam, można przyjrzeć się co się upraszcza samo przez się kiedy mam mało czasu albo mało energii - bo to zostaje rdzeń w praktycznym sensie, nawet jeśli nie w teorii.
to jest dobra obserwacja. Kiedyś słyszałem podobne ujęcie - że jeśli chcesz wiedzieć co jest dla ciebie naprawdę ważne, patrz co robisz gdy jesteś zmęczony, a nie co robisz gdy masz pełno zasobów. Przy rytuale to ma sens - co zostawiasz kiedy jesteś na granicy.
A co jeśli to co zostawiasz kiedy jesteś zmęczona to tylko to co najmniej wymaga wysiłku, nie to co jest najważniejsze? Nie zawsze to samo.
Ja to znam z własnej praktyki. Są elementy których nigdy nie opuszczam nawet jak robię skróconą wersje, i elementy ktore lece dlatego ze tak wyszło. I te dwie kategorie są dość wyraźne dla mnie samej choc nikomu innemu nie umiałabym ich wyjaśnić.
To jest chyba właśnie ta granica której szukamy przez całą tę rozmowę. Nie ma jej w tekście rytuału, nie ma w żadnej ksiązce - jest w tym jak praktykujący odczuwa każdy element. Dlatego upraszczanie jest zawsze subiektywne i dlatego nie ma jednej odpowiedzi na pytanie z tytułu wątku.
Ale jak ktoś dopiero uczy sie rytualu to skad ma wiedziec co dla niego jest ważne jesli jeszcze nie ma tej wewnetrznej mapy? Wydaje mi sie ze trzeba najpierw zrobic pelna wersje wiele razy zeby wiedziec co mozna sciąc.
I może warto dodać że 'wiele razy' nie znaczy 'aż do nudy'. Kiedy rytuał zaczyna być mechaniczny to też jest sygnał - ale nie koniecznie sygnał do upraszczania, czasem sygnał że potrzebujesz głębszego zrozumienia zanim pójdziesz dalej.
Przepraszam że może trochę z boku - czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam pytanie. Mówicie o odczuwaniu elementów, o wewnętrznej mapie, o tym że wiesz co jest ważne. Ale jak to odczuwanie w ogóle wygląda? Co konkretnie czujesz przy elemencie który 'niesie' a co przy tym który nie? Bo dla mnie to brzmi abstrakcyjnie.
Dobra, bo Iwetka zaczęła odpowiadać i chciałabym dopytać - mówisz że coś się 'wyostrza'. Czy to znaczy że np. lepiej słyszysz, widzisz, czy to bardziej takie... wewnętrzne skupienie? Pytam bo sama mam wrażenie że przy pewnych rzeczach po prostu siedzę bardziej uważnie, ale nie wiem czy to właśnie to o czym mówisz czy po prostu efekt nowości.
To co opisuje Iwetka jest bliskie temu czego szukasz, ale myślę że jest jeszcze jeden wymiar. Przy elementach które 'niosą' pojawia się coś w rodzaju naturalnej kontynuacji - jedno wychodzi z drugiego bez szarpnięcia. Przy elementach które można by wyrzucić jest takie poczucie jakbyś robiła krok w bok od czegoś, żeby coś dodać i potem wróciła. To nie jest duchowe olśnienie, to bardziej kwestia płynności.
Właśnie to 'zgrzytanie' o którym mowi Lunaria - ja bym powiedziała że to jest najlepszy test. Rób skróconą wersje i patrz co sprawia że czujesz sie po niej jak po niedokończonej robocie. Nie musisz analizować dlaczego, po prostu zostaw te elementy i obserwuj przez kolejne praktyki.
Wrócę do pytania Bogusi bo myślę że jest tu coś ważnego. To rozróżnienie między 'czuję że brakuje' a 'uważam że powinnam czuć że brakuje' - to nie jest wcale kwestia czasu ani doświadczenia jako takiego. Raczej kwestia tego jak słuchasz siebie podczas rytuału. Można praktykować latami i nigdy się tego nie nauczyć jeśli przez cały czas skupiasz się na tym co robisz poprawnie, a nie na tym co faktycznie dzieje się w środku.
