Pracuję w otwartym biurze, z czego wynika, że mam przy sobie dosłownie zero prywatności. A jednak od jakiegoś czasu mam swoje małe rzeczy, które robię codziennie zanim zacznę pracę i - nie wiem jak to nazwać - po prostu działa na mnie uspokajająco. Zastanawiam się, czy ktoś tu ma podobnie, bo mi trudno o tym mówić ze współpracownikami. Nie dlatego, że się wstydzę, tylko dlatego, że wiem jak to brzmi: 'a teraz będę przez chwilę patrzeć na swój kamień i oddychać'. Śmiech byłby murowany. Jak wy to ogarniecie w pracy?
Dokładnie o tym samym myślę od dłuższego czasu. Mam kilka rzeczy na biurku, ale nikt nie wie co to jest ani po co. Tygrysie oko stoi przy monitorze i ludzie myślą, że to po prostu ozdoba. Czasem ktoś pyta skąd mam 'ten ładny kamień' i mówię, że z Egiptu, i na tym koniec. Nie kłamię, bo kupiłam go na bazarze w Hurghadzie. Po prostu nie rozwijam tematu.
A co właściwie robicie w tej pracy, żeby to nie wyglądało dziwnie? Bo ja rozumiem, że masz kamień i nikt nie wie, ale jeśli np. coś szepczesz albo piszesz coś na kartce i chowasz - to już ludzie zauważają, nie? Pytam szczerze, bo sam pracuję w magazynie i tam niby jest luźniej, ale i tak mam wrażenie, że jak coś 'dziwnego' robię, to ktoś będzie gadał.
Sprawa kamieni to jedno, ale ja bym tu powiedziała o czymś innym. Rytuał w pracy nie musi być widoczny w ogóle. Ja np. przez kilka lat robiłam coś, co wyglądało jak zwykłe przewracanie długopisu w palcach - a to był mój sposób na uziemienie przed ważnym spotkaniem. Nikt nie wiedział. Myślę, że to jest właśnie sedno: nie musisz mieć świeczki ani kadzidła, żeby rytuał był rytuałem. Intencja wystarczy.
Ale czy to nie traci sensu, jeśli jest tak ukryte i skrócone do minimum? Mam wrażenie, że rytuał ma działać właśnie dlatego, że angażuje całe ciało i uwagę, a jak siedzisz na open space i 'w myślach' coś robisz, to jednak trochę połowicznie, nie?
Dorzucę coś z zupełnie innej strony, bo akurat czytałem ostatnio o rytuałach zawodowych w różnych kulturach i to jest temat, który niewielu ludzi u nas porusza. W Japonii np. do dziś w wielu firmach zaczyna się dzień od tzw. chorei - wspólnych ćwiczeń, okrzyku motywacyjnego, czasem modlitwy do bóstw patronów firmy. To jest rytuał zbiorowy i nikt tam nie czuje się z tym dziwnie, bo to jest norma. U nas brakuje takiej zbiorowej otoczki, więc ktokolwiek robi coś 'swojego' - od razu sterczy. Zastanawiam się, czy to jest kwestia kultury pracy, czy może czegoś głębszego w podejściu do sacrum i profanum w przestrzeni publicznej.
Ja mam pytanie do wszystkich, bo mnie to dotyczy bardzo konkretnie. Pracuję w szkole i tam naprawdę trudno o jakikolwiek moment ciszy. Czy są rytuały, które można robić 'w ruchu', pomiędzy lekcjami, na korytarzu? Bo te, o których czytam, wymagają zazwyczaj jakiegoś skupienia, a tam jest chaos non stop.
Ja myślę, że to jest właśnie bardzo dobre podejście - przywiązanie rytuału do czegoś, co i tak robisz. Wtedy nie musisz wykrajać osobnego czasu. Dotknięcie klamki, trzy oddechy przed odebraniem telefonu, wypiciem kawy z intencją. To się wtapia w normalny rytm dnia i nikt nie pyta.
Powiem wam, że to o czym mówicie to jest w zasadzie to, co różni tradycje nazywają 'uświęcaniem codzienności'. W kabale jest pojęcie kawwana - intencji, którą wkłada się w zwykłe czynności. W sufizmie też to się pojawia. To nie jest wymysł New Age'u. Chodzi o to, żeby zwykła czynność stała się nośnikiem czegoś więcej przez samą świadomość z jaką jest wykonywana. Więc technicznie rzecz biorąc, jeśli pijesz kawę 'z intencją' to jest to bliższe prawdziwemu rozumieniu rytuału niż niejedno spektakularne odprawianie z kręgiem i świecami.
Wracając do tego co powiedziała Pola - szkoła to jest specyficzne miejsce, bo tam jest jeszcze jeden wymiar. Nauczyciel w wielu tradycjach to figura, która sama w sobie powinna być uziemiona i wycentrowana, bo ma wpływ na dużą grupę ludzi. Rytuały przed lekcją mają w różnych kulturach długą historię - nie tylko religijną. W Indiach nauczyciel (guru) tradycyjnie zaczyna dzień od porannej sadhany, czyli zestawu praktyk, które przygotowują go do przekazywania wiedzy. To jest normalizowane kulturowo. U nas tego nie ma i dlatego Pola stoi przed korytarzem pełnym dzieci i pyta jak to zrobić bez zwracania uwagi.
A mi się nasuwa inne pytanie - czy jeśli ktoś z pracy zobaczy, że robisz coś 'dziwnego' i zapyta wprost, to co mówić? Bo jedno to ukrywać, a drugie to jak już nie wyjdzie i musisz coś powiedzieć.
Dobra, bo sama przez to przeszłam. Koleżanka zobaczyła jak tasowałam karty przed ważną rozmową z szefem - miałam je w torebce i wyciągnęłam w kiblu, myślałam że jestem sama. Nie byłam. Zapytała co to. Powiedziałam, że to karty do medytacji i że to pomaga mi się skupić przed stresującymi sytuacjami. Przyjęła to bez mrugnięcia okiem. Myślę, że kluczem jest żeby nie tłumaczyć za dużo i nie przepraszać za to co się robi.
Słucham całej tej rozmowy i trochę się zastanawiam - czy to nie jest tak, że te wszystkie 'ukrywanie', 'kamień w szufladzie', 'nie mówię co to' to jest trochę smutne? Rozumiem, że środowisko pracy jest jakie jest, ale czy to nie sprawia, że czujemy się jak z czymś wstydliwym? Nie mówię, że trzeba tłumaczyć się każdemu, ale ta konieczność chowania mnie trochę boli.
To znaczy, rozumiem argument o dyskrecji, ale chyba coś mnie tu gryzie. Jakby to powiedzieć... czy nie robimy sobie krzywdy, kiedy przez tyle lat ćwiczymy się w ukrywaniu? Bo z jednej strony 'kamień w szufladzie jest mój i niczyj inny', a z drugiej - ile to kosztuje energetycznie, żeby ciągle pilnować, co kto widzi?
Ale jak odróżnić jedno od drugiego u siebie? Bo jak siedzę w kiblu i tasuje coś żeby kolega nie widział, to nie wiem szczerze czy to dyskrecja czy lęk. Może jedno i drugie naraz?
Dorzucę do tego coś, co trochę zmienia perspektywę. W tradycjach szamańskich, szczególnie w syberyjskich i środkowoazjatyckich, rytuały miały dwa poziomy - publiczny i prywatny. Szaman robił część pracy jawnie, część w sobie. Nie dlatego, że się wstydził, tylko dlatego, że pewne rzeczy po prostu nie są dla oczu postronnych - nie ze względu na ocenę, tylko na samą naturę tych działań. To nie jest to samo co ukrywanie się.
Wracając do pytania Stefciaa - bo ono mi siedzi - ja mam wrażenie, że w szkole to jest jeszcze bardziej skomplikowane. Nauczyciel jest obserwowany cały czas, przez uczniów, rodziców, innych nauczycieli. Tam nie ma przestrzeni na żaden znak zapytania w zachowaniu. Więc jakkolwiek to nazwać - dyskrecja czy ukrywanie - nie mam wyboru.
To pytanie o intencję wraca w tej rozmowie kilka razy i chyba jest kluczowe. Pomyślałem ostatnio o tym tak: może nie intencja musi być kompletna za każdym razem, tylko gest ma torować drogę. Coś w rodzaju priming - ciało pamięta, głowa nadąża. Brzmi behawiorystycznie, ale w kabale jest podobna logika - działanie poprzedza i wzmacnia świadomość, nie odwrotnie.
Hej, ale ja mam tutaj bardzo przyziemne pytanie. Powiedzmy, że ktoś w pracy pyta wprost co robisz i nie wystarczy mu 'karty do medytacji' bo widział za dużo. Co wtedy? Jak przeprowadzić taką rozmowę żeby nie być ani kłamcą ani dziwadłem biurowym?
To co mówi Stefciaa jest ważne. Mam wrażenie, że mamy w głowie obraz biura jako przestrzeni zero-duchowej, a to często nie jest prawda. Ktoś ma różaniec w kieszeni, ktoś nie zaczyna dnia bez kawy palonej o konkretnej porze bo to 'jego rytuał', ktoś przestawia długopisy na biurku zanim zacznie pracę. Rytuał jest wszędzie, tylko różnie nazwany.
Słuchajcie, a co z runicznym fehu na karteczce przyklejonej do monitora? Mnie chodzi konkretnie o to - czy to jest zbyt oczywiste? Mam je małe, napisane własnoręcznie, ale ktoś może zapytać co to za znaczek.
No właśnie, mam otwarte środowisko, graficy i copywriterzy, więc może nie jest tak strasznie. Ale wciąż - co mówić jak ktoś zapyta o 'ten znaczek'? Że to runa? Że to literka z jakiegoś alfabetu? Że to symbol szczęścia?
No dobra, to powiem wam jak ja to zrobiłem raz. Kolega zapytał co mam na biurku, bo leżał u mnie mały kamień - czarny turmalin. Powiedziałem, że to taki mój talizman, że babcia mi dała i że przyzwyczaiłem się go mieć przy sobie. Część prawdy, część... nie kłamstwo, ale nie cała historia. I wiesz co? On kiwnął głową i tyle. Nawet nie drążył.
Słucham tej rozmowy o fehu i myślę o jednej rzeczy - runa na widoku to jednak deklaracja, świadoma czy nie. W przeciwieństwie do kamienia na biurku albo gestu przed spotkaniem, symbol jest skończony, nieruchomy i można go wyguglować. To inna kategoria obecności w przestrzeni biura.
Dokładnie to miałam na myśli mówiąc o środowisku. U grafików może ktoś powiedzieć 'o fajny znak, jest z jakiegoś projektu?' i na tym się skończy. W korporacji prawnej albo w dziale finansów ktoś może to potraktować jako coś do skomentowania na korytarzu. Znam obie te przestrzenie i to naprawdę różnica.
Ale czy to nie jest też kwestia tego jak sama do tego podchodzisz? Mam wrażenie, że jak ktoś pyta pewnie, to ludzie rzadziej drążą. Jak ktoś się tłumaczy albo wygląda na spłoszoną, to pytają dalej. Nie wiem czy mam rację, ale u mnie tak to działa.
Myślę że za bardzo skupiamy się na tym co powiedzieć kiedy ktoś zapyta, a mniej na tym jak w ogóle to robić żeby się nie stresować przy tym. Jeśli mam kamień w kieszeni i co jakiś czas go dotykam - nikt tego nie widzi. Jeśli mam symbol na monitorze - jest stale w polu widzenia innych. To kwestia formatu rytuału, nie tylko kwestia tłumaczenia.
