To co mówi Cyprysik jest trochę bardziej skomplikowane niż wygląda. Bo jeśli efekt rytuału jest czysto psychologiczny, to dlaczego forma miałaby nie mieć znaczenia? Dobra forma pomaga wejść w odpowiedni stan - kiepska forma może go nie wyzwalać. Więc 'samo robienie' nie jest równoważne każdemu sposobowi robienia.
Cyprysik ma rację w tym sensie, że forma jest subiektywna. Ale jest też coś, co mogłabym nazwać minimum struktury - jakiś wyraźny początek, jakieś działanie, jakieś zamknięcie. Bez tego robi się z rytuału po prostu odpalanie świeczki bez intencji. I czy to wciąż jest rytuał?
I tu jesteśmy w punkcie, do którego wracamy co jakiś czas w tej rozmowie - nie da się oddzielić tych dwóch rzeczy. Zatrzymanie się i skupienie to nie jest coś innego niż rytuał, to jest część tego co rytuał robi. Może nawet istota.
To znaczy że każde świadome zatrzymanie jest rytuałem? Bo wtedy słowo traci znaczenie.
A wracając do pytania Bogusi o kolejność usuwania elementów - czy ktoś próbował zamiast usuwać, zamienić? Tzn. nie rezygnować z kroku, tylko zastąpić go czymś prostszym, ale w tym samym miejscu struktury? Bo może chodzi o to, żeby struktura została, tylko forma się uprościła.
To jest naprawdę inne podejście. Zamiast wyrzucać, podmienić. Zachować szkielet, zmienić wypełnienie. Nigdy tak o tym nie myślałam, a to by rozwiązywało właśnie ten problem z nie wiadomo co usunęłam.
To by tłumaczyło czemu mój skrócony rytuał oczyszczajacy nie dawał mi spokoju - usunełam okadzanie które było w środkowej części, czyli działaniu, i faktycznie tej środkowej fazy prawie nie było. Zastąpiłam ją niczym, nie czymś prostszym.
To co powiedziała Kryska o tym środkowym etapie jest naprawdę ważne. Bo usunięcie fazy to nie to samo co jej uproszczenie. Jak wyrzuciłaś okadzanie i nic nie wstawiłaś w to miejsce, to rytuał miał dziurę, nie skrót.
To co opisuje Kryska to w zasadzie klasyczny błąd przy upraszczaniu - ludzie wycinają element który jest w środku, bo wydaje im się że to tylko detal, a środkowa część rytuału to zazwyczaj ta, w której coś się naprawdę dzieje. Otwarcie i zamknięcie są ważne, ale są ramą. Działanie to jest serce.
Zastanawiam się czy da się ten test zastosować zanim się coś wyrzuci - czyli wyobrazić sobie rytuał bez danego elementu i zobaczyć czy coś znika. Nie wiem czy to ma sens, bo to tylko w głowie.
Ma sens. To trochę jak próba umysłowa. Wiele osób projektuje zmiany właśnie w ten sposób - wyobraża sobie nowy kształt i obserwuje reakcję. Ciało często reaguje inaczej niż głowa, więc jak przy samej myśli o usunięciu czegoś czujesz opór, to może znak że ten element nie jest dekoracją.
Ale to zakłada że dasz sobie szansę żeby sprawdzić. Jak opór jest duży, to może nigdy nie wykonasz zmodyfikowanej wersji na tyle spokojnie, żeby cokolwiek ocenić.
To jest realne. Dlatego zmiany w rytuale niektórzy robią stopniowo - najpierw jeden element, potem następny. Nie wszystko naraz. Wtedy opór jest mniejszy i masz punkt odniesienia.
Mnie sie wydaje że mam problem z tym ocenianiem wogóle. Bo jak słyszę że mam porównywać jak było przed i po, to nie wiem po czym miałabym oceniac. Co ja mam czuć żeby wiedzieć że rytuał działa?
Bogusia trafia w coś istotnego - intencja przed rytuałem to nie jest kwestia wyboru, to podstawa. Bez niej naprawdę trudno ocenić cokolwiek, bo nie ma punktu wyjścia. Ale z drugiej strony, nie wszystkie rytuały są celowe w tym sensie - są takie, które robisz regularnie żeby utrzymać pewien stan, nie żeby coś zmienić.
A czy ktoś próbował prowadzić notatki z rytuałów? Żeby mieć jakiś zapis co robiła, jak się czuła, co zmieniłaś? Bo jak wszystko jest tylko w głowie, to trudno ocenić co się zmieniło a co zostało takie samo.
Ja przez chwilę prowadziłam taki dziennik, ale szybko przestałam bo robiło się z tego bardziej biurokracja niż cokolwiek. Każdy rytuał opisywałam, potem to czytałam i nic z tego nie wynikało. Może robiłam to źle, albo za krótko.
to zależy co zapisujesz. Jak piszesz co robiłaś krok po kroku to faktycznie mało z tego wychodzi. Ale jak zapisujesz stan przed i stan po, to zaczyna się pojawiać wzorzec po kilku tygodniach. Choć rozumiem że to wymaga cierpliwości.
Trochę śmiesznie brzmi 'stan przed rytuałem' - jakbyśmy mierzyły sobie temperaturę. Ale może to jedyne wyjście, żeby nie oceniać wszystkiego z pamięci, która i tak jest zawodna.
Ten wątek z temperaturą mnie trochę rozbawił, ale Cyprysik ma rację - pamięć jest zawodna, szczególnie jeśli chodzi o stany emocjonalne. Człowiek po tygodniu nie pamięta jak się czuł przed rytuałem, pamięta tylko że coś robił. Zapis stanu przed i po to nie jest biurokracja, to po prostu uczciwe podejście do własnej praktyki.
A mnie ciekawy jest ten wątek z upraszczaniem bo trochę mi umknął w tej rozmowie o notatkach. Jak ktoś skraca rytuał, to czy zapisuje nową wersje czy stara? Bo jak zmieniam elementy, to nie wiem co zapisywac żeby miec porównanie.
Właśnie wróciłam do pytania które zadałam wcześniej - czy można wyobrazić sobie rytuał bez jakiegoś elementu żeby sprawdzić czy coś znika. Robiłam to ostatnio z jednym rytuałem który mi się przedłużył i chciałam wyciąć środkową część z okadzaniem. Wyobraziłam sobie bez tego i od razu miałam wrażenie że coś jest niekompletne. Nie wiem czy to był dobry sygnał czy tylko przyzwyczajenie.
To jest właśnie ten problem z próbami umysłowymi - ciężko odróżnić intuicję od przyzwyczajenia. Ile razy robiłaś ten rytuał zanim próbowałaś go skrócić? Bo jeśli dziesiątki razy, to ciało i głowa mogą protestować już na samą myśl o zmianie, niezależnie od tego czy ta zmiana jest dobra czy zła.
A czy w ogóle jest tak że rytuał który działa nie powinien być zmieniany? Pytam serio, bo słyszałam różne opinie. Jedni mówią żeby nie ruszać jak coś działa, inni że można dostosowywać. Gdzie jest ta granica?
Nie ma jednej granicy, bo zależy od powodu zmiany. Jeśli chcesz skrócić bo ci się nie chce - to jest inny powód niż skrócenie bo rytuał przestaje ci odpowiadać na poziomie energetycznym albo życiowym. Pierwszy powód to wygoda, drugi to ewolucja praktyki. To nie to samo.
To rozróżnienie między nudą a poczuciem że coś nie służy jest naprawdę trafne. Ale ja mam jeszcze inny przypadek - element który lubię i który mi odpowiada, ale który fizycznie zajmuje za dużo czasu. Jak mam rano 15 minut a rytuał trwa 40, to coś musi się zmienić. To nie jest wygoda ani nuda, to po prostu życie.
Kryska ma rację, regularność robi więcej niż długość. Są tradycje które budują praktykę właśnie na krótkich formach - codzienne powtarzanie małego gestu jest tam ważniejsze niż rzadkie rozbudowane ceremonie. Japońska koncepcja kata to trochę to samo - mała forma, ale powtarzana tak długo że staje się czymś innym.
