Mam takie pytanie, bo ostatnio naprawdę coraz bardziej mnie to gnębi. Zaczęłam od jakiegoś rytualiku, który miał trzy kroki, potem dodałam coś ze świecami, potem ktoś polecił okadzanie, potem doszła woda księżycowa, potem kryształy, potem jeszcze afirmacja na końcu... i w pewnym momencie zorientowałam się, że spędzam dwie godziny na czymś, co miało być krótkie i skupione. I już nie wiem, czy to ma sens tak rozbudowany, czy gdzieś po drodze zgubiłam pierwotny cel. Czy ktoś kiedyś upraszczał rytuał, który sam z siebie urósł do monstrualnych rozmiarów?
Tak, dokładnie to samo mi się przydarzyło z moim porannym rytuałem oczyszczania. Zaczęło się od kadzidełka i dwóch zdań na głos, skończyło na piętnastu minutach procedury. W pewnym momencie czułam, że to obowiązek, a nie coś co ma mnie skupiać. Uprościłam i szczerze - efekt wewnętrzny był lepszy niż przy tej całej rozbudowanej wersji.
Tylko uwazajcie, bo upraszczanie to jedno, a wyrzucanie kluczowych elementów to drugie. Jak ktoś dodaje coraz więcej rzeczy do rytuału i potem z nerwów skraca do połowy, to może skończyć na tym, że zostawi akurat te warstwy, które były dekoracyjne, a wyrzuci coś co naprawdę niosło intencję. Pytanie do ciebie - co konkretnie dodawałaś i z jakiego powodu? Bo jak dodajesz losowo, to i upraszczać możesz losowo. Jak każdy element miał sens, to trzeba uważniej.
Właśnie w tym jest problem, że nie zawsze wiadomo, co jest tym kluczowym elementem, a co tylko przyzwyczajeniem. U mnie z czasem rytuał obrósł w takie drobne czynności, których już nawet nie pamiętam po co dodałam. Zastanawiam się, czy jak coś robisz długo, to potrafisz jeszcze odróżnić rdzeń od tego, co się nawarstwiło samo z siebie.
To co opisujesz ma nawet swoją nazwę w niektórych tradycjach - mówi się o 'rytuałach warstwowych', gdzie każda kolejna osoba lub pokolenie dokładało coś od siebie. W folklorze słowiańskim też tak bywało, że rytuał zbierał przez lata elementy z różnych źródeł i nikt już nie pamiętał, co było oryginalne. Pytanie nie brzmi 'czy upraszczać' tylko raczej 'co jest rdzeniem'. Jeśli rdzeń jest jasny, reszta to już twoja decyzja.
Czytam i myślę o swoich afirmacjach, które też jakoś się rozbudowały przez kilka miesięcy. Mam teraz listę na kartce i zanim skończę, to już mam dość słuchania własnego głosu 🙂 Czy to jest ten sam mechanizm co przy rytuałach, że po prostu boimy się wyrzucić cokolwiek, bo a nuż to akurat ten element był ważny?
Zastanawiam się czy to kwestia indywidualna czy są jakieś zasady co można skracać a co nie. Bo u jednego trzy świece to rdzeń, u drugiego dekoracja.
Mam pytanie do Blanki - a co z elementami, które są mechaniczne, ale mają funkcję na przykład przejścia między etapami? Kiedyś czytałam coś o tym, że pewne czynności mają znaczenie nie same w sobie, ale jako sygnał dla ciała i umysłu 'teraz wchodzimy w inny tryb'. Jakiś gest, okrążenie, cokolwiek. Czy takie coś też można wyrzucić jeśli wydaje się mechaniczne?
Dokładnie to miałam z myciem rąk przed rytuałem. Wydawało mi się że to tylko higieniczna czynność, głupia rutyna. Raz pominełam bo się spieszyłam i przez cały rytuał byłam jakoś rozbita, myśli mi uciekały. Wróciłam do tego. Widać dla mnie ten element naprawdę był sygnałem, nie dekoracją.
Wchodzę tutaj trochę z boku, bo nie jestem specjalnie wtajemniczona w rytuały, ale czytam i jedno mnie zastanawia. Piszecie o 'skupieniu' i 'sygnałach dla umysłu' - to brzmi bardziej jak psychologia niż magia. Czy to nie jest tak, że te wszystkie elementy rytuału to po prostu sposoby na wejście w odpowiedni stan umysłu i dlatego każdy ma inne?
Wracając do mojego pierwotnego pytania - bo ta rozmowa mi naprawdę pomaga poukładać to w głowie - rozumiem więc, że nie ma złej odpowiedzi 'tak, upraszczaj' albo 'nie, nie upraszczaj', tylko trzeba rozróżnić co jest rdzeniem. Ale jak to zrobić kiedy rytuał jest od dłuższego czasu rozbudowany i już nie pamiętasz co naprawdę zaczęłaś robić na początku? Czy zaczynasz od nowa, piszesz listę od zera?
Znam jeden sposób, który mi kiedyś polecono i rzeczywiście zadziałał. Robisz rytuał do końca, ale po nim siedzisz przez chwilę i pytasz siebie 'który moment był żywy, a który byłam tylko obecna ciałem'. Nie raz, ale kilka razy. Po którymś razie zaczyna być jasne co jest rdzeniem, bo te momenty są za każdym razem żywe, a te dekoracyjne są za każdym razem mętne.
Tylko to wymaga już dosyć dużej samoświadomości. Żeby wiedzieć że 'dziś potrzebuję tylko świecy i ciszy' trzeba wcześniej dużo obserwować siebie. Dla kogoś kto dopiero zaczyna, taki elastyczny rytuał może być bardziej dezorientujący niż pomocny, bo nie wie jeszcze co u siebie działa.
Ja mam takie pytnaie troche z innej strony - czy jak uproscisz rytuał który ktos inny ci przekazał albo gdzies wyczytałas, to czy on 'dalej działa' tak samo? Bo mam wrażenie ze te rytuały to takie przepisy i jak zmieniasz składniki to wychodzi cos innego.
No właśnie, i to jest największy problem z tym jak rytuały są zapisywane i przekazywane. Historycznie wiele z tych instrukcji powstawało w środowiskach, gdzie kontekst był oczywisty dla uczestników - wiedzieli na przykład że biała świeca to czystość, bo to był kod kulturowy. Kiedy instrukcja wychodzi poza ten kontekst, traci uzasadnienie i zostaje tylko 'zrób tak'. Stąd to poczucie, że nie wiadomo co jest istotne.
Tylko że to 'dlaczego' bywa naprawdę trudne do znalezienia. Szukałam raz źródeł dla jednego rytuału który mi przekazano i dotarłam do czterech różnych wersji, każda z innym uzasadnieniem. Jedna mówiła o symbolice planety, inna o numerologii, jeszcze inna odwoływała się do lokalnego folkloru. I co z tym zrobić? Wybrałam to co mi najbliżej pasowało i tak stosuję.
Ciekawe co mówi Lunaria, bo ja zawsze myślałam, że im więcej znaczeń nadaję czemuś, tym 'lepiej'. A tu wychodzi, że może lepiej mniej ale konkretnie? Mam teraz do przemyślenia.
Wracam do pytania Bogusi o przepis, bo ono mnie uderzyło. Jak zaczęłam ten wątek, to myślałam o upraszczaniu bardziej technicznie - czyli skracam czas, usuwam kilka kroków. Ale teraz rozumiem, że chodzi o coś innego. Upraszczanie to nie skracanie listy, tylko rozumienie co jest na tej liście i po co. To znaczy, że mogę mieć długi rytuał i nadal być 'uproszczony' w sensie że każdy element jest na miejscu i wiem czemu. A mogę mieć krótki i być chaotyczna.
To brzmi sensownie, ale trochę idealistycznie. Nie każdy ma czas ani dostęp do źródeł żeby rozumieć każdy element. Czy naprawdę wiedza o znaczeniu jest konieczna do działania?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że większość argumentów za 'nieprzekształcaniem' rytuałów opiera się na tym, że coś może przestać działać. Ale skąd wiemy że w ogóle działa? Pytam serio, nie złośliwie - czy ktokolwiek z was miał rytuał który ewidentnie nie zadziałał po uproszczeniu, i to nie dlatego że coś innego się zmieniło?
Cyprysik zadaje pytanie, które jest uczciwe. I odpowiedź jest taka, że rzeczywiście tych rzeczy nie da się rozdzielić metodą eksperymentu. Ale to nie znaczy, że efekt jest żaden - znaczy tylko, że mechanizm jest inny niż przy leku gdzie mierzysz stężenie we krwi. Przekonanie jest częścią działania rytuału, nie zakłóceniem pomiaru.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale czytam to od początku i mam pytanie może naiwne. Mówicie o rytuałach jakby każdy miał jakiś 'swój' rytuał albo dostęp do tradycji. A co z osobami, które dopiero szukają czegoś dla siebie i nie wiedzą od czego zacząć? Czy w ogóle powinny zaczynać od gotowych przepisów czy od czegoś własnego?
Tak, dokładnie tak to u mnie wyglądało. Wzięłam 'gotowca', doklejałam kolejne elementy, bo tak pisano że 'wzmacnia', i skończyłam z czymś co trwało wieczność i połowy nie rozumiałam. Teraz myślę, że gdybym od razu zapytała siebie po co każdy krok, to by nie urosnęło do takich rozmiarów.
A jak już masz ten wielki rytuał i chcesz go przyciąć, to czy robisz to naraz czy kawałek po kawałku? Bo wyobraże sobie że usuwam wszystko razem i potem nie wiem co zadziałało jak coś się zmieniło.
To zależy chyba od tego ile tego jest do usunięcia? Bo jak mam pięć elementów to jedno, ale jak mam dwadzieścia to nawet nie wiem od czego zaczac. Czy wy to robicie z jakimś planem czy tak trochę po omacku?
no właśnie, robiłam go co tydzień, więc kilka tygodni to były może cztery, pięć powtórzeń. I dopiero po tylu razach miałam jakieś poczucie czy to zmienia coś czy nie. Jak robisz rzadziej, to pewnie można krócej czekać, ale nie wiem szczerze.
To co opisuje Kryska brzmi rozsądnie, ale jest w tym założenie, że masz punkt odniesienia - że wiesz jak rytuał 'powinien' działać, żeby ocenić czy po zmianie działa inaczej. A jeśli tego poczucia nie masz od początku, to po czym rozpoznasz różnicę?
