Wydaje mi się że ta rozmowa trochę się rozłazi w różne strony i można by ją zebrać. Z jednej strony mówimy o tym czy dziecko powinno uczestniczyć - i tu kluczowe jest co rozumiemy przez 'uczestniczyć'. Z drugiej strony weszliśmy w to co dziecku zostaje po obecności w rytuale i jak dorosły to potem prowadzi. To są dwa różne pytania i może warto je rozdzielić.
Zgadzam się z Dagmarką. Poza tym sam tytuł tego wątku mówi 'rytuały dorosłych' i tu jest już zawarta pewna presupozycja - że są rytuały które są dla dorosłych i jest pytanie czy dzieci mogą w nich uczestniczyć. Ale może warto zapytać inaczej: czy istnieje coś takiego jak rytuał, który z natury jest tylko dla dorosłych, i dlaczego?
To jest ciekawe pytanie i nie mam dobrej odpowiedzi. Intuicyjnie powiedziałbym że tak - są rytuały gdzie intencja, stan skupienia albo sam kontekst są na tyle wymagające, że obecność dziecka po prostu nie pasuje. Ale jak zaczynam to uszczegóławiać, to trudno mi wskazać co konkretnie sprawia że rytuał 'jest dla dorosłych'.
U babci wszystko trwało długo i był ogień i było ciemno czasem, i jakoś nie pamiętam żebym się bała. Ale miałam wtedy pewnie osiem czy dziewięć lat, nie byłam maluchem. I byłam tam bo chciałam, nie bo ktoś mnie wciągnął. Zastanawiam się czy to nie jest po prostu kwestia wieku - że pewne rzeczy są dostępne od pewnego momentu, a wcześniej po prostu nie.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam pytanie, może naiwne - czy wy w ogóle rozróżniacie między uczestniczeniem a obserwowaniem? Bo mi się wydaje że to jest zupełnie co innego. Dziecko które siedzi z boku i patrzy to nie to samo co dziecko które bierze aktywnie udział, trzyma coś, wypowiada słowa.
Właśnie ta płynność mnie niepokoi. Bo rodzic może myśleć 'dziecko tylko patrzy', a dziecko jest już w środku tego emocjonalnie i energetycznie. I nikt tego nie zaplanował, po prostu tak wyszło. Jak się przed tym zabezpieczyć?
Mam wrażenie że tu też chodzi o intencję dorosłego. Czy ja zapraszam dziecko jako obserwatora i naprawdę traktuję je jak obserwatora - daję mu miejsce z boku, możliwość wyjścia, nie angażuję - czy de facto wciągam je w środek, bo jest i bo to wygodne, i po prostu to sobie racjonalizuję jako 'obserwację'.
To jest naprawdę konkretny test. Trochę jak 'czy mógłbym to powiedzieć głośno i przed kim'. Czymś co weryfikuje czy działamy uczciwie, czy tylko tak myślimy.
Może dlatego ta rozmowa jest w ogóle potrzebna - żeby pytania o obecność dziecka przy rytuale nie były oczywiste. Bo jak zaczyna się je traktować jako oczywiste, to właśnie wtedy łatwo coś przeoczyć. Nie mam gotowego zestawu zasad i chyba nie chcę go mieć, ale sam fakt że pytamy - czy wiem co robię, czy dziecko chce, czy ma wyjście, czy potem z nim porozmawiam - to jest może więcej niż większość robi.
Wracając do tego co napisał Jarylo - ta presupozycja w tytule jest naprawdę niezła. 'Rytuały dorosłych' zakłada że ta kategoria istnieje, a może jest po prostu konstruktem który sami tworzymy. Choć z drugiej strony, intuicja podpowiada że coś takiego jak rytuał, który nie jest dla dziecka, naprawdę istnieje. Tylko że jak zaczniesz szukać definicji, to się sypie.
Ale też zastanawiam się czy nie jest tak, że 'rytuał dorosłych' to nie jest kwestia treści ani intensywności, tylko kontekstu emocjonalnego dorosłego. Tzn. czy ja jako dorosły mogę w pełni wejść w to co robię, kiedy część mojej uwagi jest przy dziecku? Bo to jest też pytanie o mnie, nie tylko o dziecko.
Dokładnie i to jest ta płynność o której mówiła wcześniej Jagusia. Dorosły zakłada że będzie mieć wybór, a potem sytuacja podejmuje decyzję za niego. Mam wrażenie że dużo przypadków 'dziecko uczestniczyło w rytuale' wynikało właśnie z tego - z braku planu co zrobić gdy dziecko po prostu wejdzie.
U mnie nigdy nie było planowania. Babcia coś robiła, ja byłam obok, nie było żadnej rozmowy o tym co się dzieje i czemu. To było po prostu część życia. I nie wiem czy to dobrze czy źle - na pewno nie czułam się wciągnięta ani że coś mi narzucono. Ale teraz jak myślę o tym z perspektywy czasu, to trochę mi brakuje tych rozmów których nie było.
To co mówi Bernadka to jest bardzo konkretna rzecz - dziecko które widzi bez kontekstu słownego buduje własny kontekst. I ten kontekst może być trafny albo zupełnie obok. Pytanie czy lepsza jest ta nieprzetworzona pierwsza wersja, czy wersja z komentarzem dorosłego, który sam może mieć pewne założenia.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie trochę z boku - czy wy mówicie o dzieciach które żyją w domu gdzie te praktyki są na co dzień, czy o dzieciach które są do czegoś zapraszane jednorazowo? Bo mi się wydaje że to są bardzo różne sytuacje i nie wiem czy można je wrzucać do jednego worka.
Nie wiem czy to pasuje do wątku, ale słyszałam o takich rodzinach gdzie dzieci mają swoje własne, uproszczone wersje rytuałów. Tzn. nie są przy dorosłych, ale mają coś swojego, dostosowanego do ich wieku. Czy to ma sens czy to jest tylko udawanie?
Właśnie to mi się wydaje że zaginęło. Ta gradacja. Kiedyś dzieci miały swoje zabawy które miały wymiar inicjacyjny, dorośli mieli swoje. Nie było potrzeby dyskutowania czy dziecko może być przy rytuale dorosłych, bo dziecko miało swój rytuał i to wystarczało. Teraz ta struktura się posypała i stąd może to pytanie.
To co mówi Cyprysik jest dla mnie kluczowe w tej rozmowie. Może pytanie 'czy dzieci powinny uczestniczyć w rytuałach dorosłych' jest symptomem braku czegoś, a nie dylematem samym w sobie. Tzn. gdyby dzieci miały własne rytuały przejścia i własne przestrzenie, to pytanie by nie padało tak często.
Może to jest właśnie odpowiedź na tytuł tego wątku - zamiast zadawać pytanie czy dziecko może być przy rytuale dorosłego, lepiej zapytać co robi dorosły żeby dziecko miało coś swojego. I jeśli nic nie robi, to może obecność przy rytuale dorosłego jest substytutem, który nie jest najlepszym rozwiązaniem.
Ładnie to zebrałeś Hilek. Choć mam wrażenie że to zdanie mogłoby zamknąć wątek, a mnie ciekawi jeszcze jedna rzecz - czy są sytuacje kiedy obecność dziecka jest naprawdę uzasadniona, bez żadnych zastrzeżeń? Nie jako wyjątek ani jako substytut, tylko jako coś naturalnie właściwego. Żałoby, święta, pożegnania - czy tam dziecko powinno być? I czy to wciąż jest 'rytuał dorosłych'?
To pytanie Jarylo mnie zatrzymało. Bo właśnie o to chodzi - kiedy obecność dziecka nie jest ani wyjątkiem, ani łataniem dziury, tylko czymś co po prostu pasuje. Myślę że to są te momenty gdzie rytuał dotyczy samego dziecka. Tzn. nie że dziecko jest widzem, tylko że jest podmiotem. Przesilenia, urodziny, jakieś przejście. Wtedy nie ma sensu pytać czy dziecko 'może' być przy rytuale, bo rytuał jest o nim.
To co Pelargonia opisuje to jest właśnie model który mam na myśli od początku tej rozmowy. Dziecko jako podmiot, nie widz. W tradycjach nordyckich, ale też słowiańskich, małe dziecko było włączane w rytuały związane z jego własną ochroną, nazewnictwem, pierwszymi progami - w dosłownym sensie, przekraczanie progu domu po raz pierwszy miało swój rytuał. Tam nie było pytania o zgodę, bo rytuał był dla dziecka, nie obok niego.
To co mówi Runolog bardzo mi pasuje do moich wspomnień. Nie rozumiałam co babcia robi, ale czułam że to jest coś ważnego, że to dotyczy mnie albo nas. I to uczucie zostało. Może właśnie dlatego teraz szukam, bo to echa tamtego, nie wiedzy.
Słucham i myślę o tym że wy mówicie głównie o rytuałach w kontekście rodziny albo tradycji. A co z sytuacją kiedy ktoś jest sam, bez tej rodzinnej ciągłości, i ma dziecko? Skąd wziąć wzorzec? Bo mnie na przykład nikt nic nie przekazał, sama się douczyłam różnych rzeczy, ale z moją córką to jakieś puste pole. Nie wiem od czego zacząć.
To co opisuje Cyprysik wydaje mi się bardzo ważne - że można tworzyć od nowa, nawet jeśli nie ma skąd czerpać. Ale mam takie pytanie do tego: czy to co się tworzy od nowa bez żadnej tradycji za sobą to jest rytuał, czy to jest raczej nawyk albo zwyczaj? I czy to w ogóle ma znaczenie jak to nazwiemy?
Właśnie to rozróżnienie które zaczął Hilek wydaje mi się ważne w kontekście dzieci. Bo dziecko może przeżywać coś jako rytuał - z całą powagą i przejęciem - nawet jeśli dorosły by powiedział że to tylko zabawa albo zwyczaj. I odwrotnie, dziecko może być przy czymś formalnie rytualnym i przeżywać to jako nudę. Gdzie jest ta granica?
To jest dobre pytanie, bo ja pamiętam że jako dziecko robiłam własne rytuały zupełnie spontanicznie - zbierałam kamienie w konkretnym miejscu, układałam je w pewien sposób, coś mówiłam. Nikt mnie tego nie uczył. To było moje. Dopiero jako dorosła rozpoznałam to jako coś co miało strukturę rytualną. Czy to liczy?
