To co piszą Pelargonia i Bernadka jest dla mnie ciekawe bo też to miałem. Ale zastanawiam się - czy te dziecięce spontaniczne rytuały są czymś odrębnym, czy to jest po prostu echo tego co dziecko widziało w domu albo na zewnątrz? Bo te kamienie to może być coś wyniesionego skądś bez wiedzy.
Dobra, ale Protazy - jak to się ma do pytania które zadał Jarylo? Bo rozmowa pięknie się rozwinęła, ale jeszcze nie odpowiedzieliśmy na to kiedy obecność dziecka jest naprawdę uzasadniona bez zastrzeżeń. Pelargonia powiedziała że kiedy rytuał dotyczy samego dziecka. Czy to jest pełna odpowiedź?
Ja bym dodała jeszcze jedną sytuację - kiedy rytuał dotyczy całej rodziny albo wspólnoty jako całości. Np. pożegnanie kogoś bliskiego, przesilenie roku, coś co jest dla wszystkich. Wtedy wyłączenie dziecka też jest decyzją i może być dla niego krzywdzące. Dziecko które jest odsuwane od rodzinnych momentów uczy się że jest poza, nie w środku.
To co Orlikowa i Cyprysik opisują to dla mnie kolejna kategoria obok 'rytuał dla dziecka' - 'rytuał który jest o wspólnocie, więc dziecko należy do niej i powinno być'. I tu faktycznie nie ma dylematu. Dylemat zaczyna się dopiero przy rytuale który jest prywatny, głęboko osobisty, który dorosły wykonuje dla siebie. I wtedy wrócimy pewnie do tego co mówiliśmy dużo wcześniej - że to zależy od dziecka, od rodzica, od momentu. I może właśnie nie ma jednej odpowiedzi, tylko są różne sytuacje.
Jarylo dobrze to rozkłada na kategorie, ale mam pytanie do tej trzeciej - rytuał prywatny dorosłego. Bo co właściwie sprawia, że jest prywatny? Intencja, temat, forma? Bo znam sytuacje gdzie ktoś robi coś niby dla siebie, a i tak angażuje w to dzieci, bo 'są częścią rodziny'. I tu już nie jest takie proste.
Pelargonia dotknęła czegoś ważnego - prawo rodzica do własnej przestrzeni rytualnej. I chyba to jest jeden z nielicznych kontekstów gdzie odpowiedź jest prosta: dziecko nie musi być przy wszystkim. Ale to jest inna decyzja niż 'nie wpuszczam go bo by mu zaszkodziło', a bardziej 'to nie jest dla niego, tak jak nie zabierasz dziecka na każdą rozmowę z przyjacielem'.
To porównanie z rozmową z przyjacielem bardzo mi tu pasuje. Bo nikt nie mówi że dzieci muszą być przy wszystkich dorosłych rozmowach i nikt specjalnie nie tłumaczy dlaczego - to jest po prostu naturalna granica. Dlaczego z rytuałami jest inaczej, dlaczego ludzie czują że muszą to uzasadniać?
Zorza trafia w coś czego ja nie umiałam nazwać. Jak byłam mała i widziałam że coś się dzieje bez mnie, to nie było 'to jest prywatne mamy', to było dla mnie 'to jest ważne i mnie tam nie ma'. I to zostaje. Nie wiem czy to jest argument za włączaniem dzieci, czy za lepszym tłumaczeniem.
Ale jak tłumaczyć coś dziecku jeśli sam nie umiesz tego nazwać? Bo to chyba jest częsty problem - robimy coś co jest dla nas autentyczne, ale kiedy mielibyśmy to wyjaśnić sześciolatkowi, to nagle się okazuje że nie mamy języka. I wtedy albo kłamiemy, albo milczymy, albo wciągamy.
Ja to widziałem u siebie konkretnie. Mój syn miał jakieś osiem lat i zapytał czemu zapalam świecę przy oknie w nów. I zamiast powiedzieć 'tak po prostu' zdałem sobie sprawę że muszę sformułować coś co robiłem automatycznie. I to sformułowanie zmieniło trochę moje rozumienie tego rytuału. Więcej mi to dało niż jemu chyba.
To co opisuje Runolog jest naprawdę piękne, bo dziecko nie zapytało 'czy mogę', tylko samo weszło i dołożyło coś swojego. I rytuał się rozszerzył, stał się wspólny, ale bez planowania. Zastanawiam się czy to nie jest właśnie najbardziej naturalna forma włączania - nie zapraszanie do swojego, ale zostawianie przestrzeni żeby dziecko mogło samo się dołączyć jeśli chce.
Jagusia pyta o coś co mnie też niepokoi. Bo dziecko często robi rzeczy żeby być blisko rodzica, żeby zaimponować, żeby nie być wykluczone - i nie zawsze da się odróżnić to od autentycznej chęci uczestnictwa. Nie jestem pewien czy w ogóle da się to rozróżnić gdy dziecko jest małe.
To jest problem który chyba nie ma czystego rozwiązania. Dzieci wchodzą w świat dorosłych przez obserwację i naśladownictwo - tak uczą się języka, jedzenia, zachowań społecznych. Rytuał w tym sensie nie jest inny. Nie wiem czy pytanie 'czy chcesz naprawdę' ma sens u dziesięciolatka tak samo jak nie ma sensu u niemowlęcia.
No i tu się pojawia pytanie którego nikt głośno nie zadaje - czy w ogóle powinniśmy wykonywać rytuały przy dzieciach kiedy jesteśmy w bardzo złym miejscu emocjonalnie? Bo to nie jest kwestia czy rytuał jest 'dla dorosłych', tylko czy my jesteśmy wtedy w stanie nie przeciążać dziecka naszym stanem.
Jagusia pyta o coś co jest naprawdę trudne do samooceny. Ja u siebie to rozpoznaję po tym czy zanim usiądę do czegokolwiek rytuałowego, jestem w stanie najpierw pooddychać, uspokoić się - bo jeśli nie, to wiem że to co zrobię będzie wyładowaniem a nie rytuałem. I wtedy naprawdę lepiej żeby nikogo przy tym nie było, nie tylko dzieci.
To jest właśnie ten dylemat którego nie da się rozwiązać regułką. Ja robiłam coś między - prosiłam starszą córkę żeby poszła do siebie na chwilę, bez tłumaczeń, a młodszą gdzieś zagospodarowywałam. Ale to był kompromis, nie ideał. I nie wiem czy to było właściwe, po prostu tak wychodziło.
Cyprysik dotknęła czegoś co jest w tej rozmowie stale obecne ale rzadko wprost wypowiedziane - że większość z nas działa w trybie kompromisu, nie w trybie 'mam gotowy model'. I może to jest uczciwsze niż udawanie że mamy plan. Mnie bardziej interesuje co zostaje u dziecka z tych kompromisów - czy zapamiętuje moment wyłączenia, czy zapamiętuje że rodzic miał coś swojego.
Jarylo, a masz jakiś sygnał od swojego dziecka jak to zapamiętuje? Bo to jest coś czego chyba nikt z nas na bieżąco nie sprawdza - piszemy o tym co robimy, ale rzadko słyszymy feedback od dzieci.
To co mówi Jarylo o tej 'normalności' - to chyba jest clou całej rozmowy. Dzieci nie mają problemu ze sferą prywatną rodzica jeśli jest ona stała i przewidywalna. Problem pojawia się kiedy raz są zapraszane, raz wyganiane, raz nic nie wiadomo. Ta niespójność jest bardziej dezorientująca niż sama treść rytuału.
Zaneczka właśnie to - u mnie w domu nie było żadnej zasady, więc każde zamknięcie drzwi było dla mnie sygnałem że coś się dzieje. Nie wiedziałam czy to prywatność czy kryzys. I dorosłam z jakimś czujnikiem który się włącza jak ktoś coś robi bez mnie. Nie wiem czy to z rytuałów, może z czegoś innego, ale myślę że ten brak zasady zostawia ślad.
Słuchajcie, bo mnie uderza jedna rzecz w tej rozmowie - cały czas mówimy o tym co dziecko czuje, zapamiętuje, jak interpretuje. Ale rzadko kiedy pytamy o to co sam rytuał 'traci' albo 'zyskuje' kiedy dziecko jest obecne. Tzn. czy obecność dziecka zmienia coś w samym rytuale, nie tylko w relacji?
Dołączę tu bo to co Runolog pisze o kamieniu jest bliskie temu co obserwuję przy kamieniach w ogóle - dzieci naturalnie wchodzą w relację z przedmiotami, kładą je, przestawiają, biorą do ręki. I ten kontakt jest bardzo autentyczny, może nawet bardziej bezpośredni niż u dorosłych bo nie mają jeszcze filtrów. Pytanie czy to coś wnosi do rytuału czy tylko go zmienia w coś innego.
I to się łączy z tym co Protazy wspominał o Catherine Bell - rytuał działa przez ciało i powtórzenie, nie przez rozumienie. Dzieci są właśnie w tej trybie ciągłe. Może dlatego tak naturalnie wchodzą w rytualną przestrzeń, bo nie szukają znaczenia za każdym razem, tylko działają.
Zorza ma rację i Cyprysik też ma rację - i to nie jest sprzeczność. Arnold van Gennep opisując obrzędy przejścia zauważył że dzieci uczestniczyły w nich na różnych etapach - ale zawsze w rolach ściśle określonych, nigdy jako pełni uczestnicy do momentu kiedy rytuał był właśnie o ich przejściu. To rozróżnienie między byciem przy rytuale a byciem w rytuale chyba jest tym czego szukamy w tej rozmowie.
To co Zorza i Cyprysik piszą na raz - to jest napięcie które w antropologii rytuału jest opisywane od lat. Victor Turner mówił o tym że dzieci w obrzędach przejścia uczestniczyły jako obserwatorzy albo nosiciele symboli, nigdy jako podmioty rytuału - do momentu kiedy same były inicjowane. I to nie było kwestią tego że coś przed nimi ukrywano, tylko tego że rola musiała być adekwatna do etapu. Brak filtrów nie jest wadą, ale to nie znaczy że wszystko jest przez to bezpieczne - właśnie dlatego że wchłanianie jest pełne, dobór tego co jest wchłaniane staje się ważniejszy.
Runolog trafił w coś co mnie też dotyczy. Ten podział na rytuały zewnętrzne i wewnętrzne - to jest coś czego nigdy nie nazwałem wprost, ale praktykuję od lat. Niektóre rzeczy robię przy dziecku nie dlatego że go zapraszam, tylko dlatego że one po prostu nie wymagają ode mnie czegoś intymnego. A inne - nie, i nie ma tu zasady.
Ale zastanawiam się czy dzieci to czują. Czy dziecko wyczuwa że ten rytuał jest 'zewnętrzny' a ten 'wewnętrzny'? Bo mój brat jak byłam mała zawsze wiedział kiedy mama robi coś 'normalnie' a kiedy jest w jakimś swoim stanie. I reagował zupełnie inaczej na te sytuacje. Może dzieci mają ten czujnik?
