To jest sedno. Bo spontaniczny rytuał dziecka, który samo stworzyło - to jest coś zupełnie innego niż uczestnictwo w praktyce rodzica, której dziecko nie rozumie i do której nie wyraziło żadnej zgody, bo nie mogło. Mam wrażenie, że ten temat cały czas oscyluje między tymi dwoma sytuacjami i właśnie dlatego nie można dać jednej odpowiedzi.
To jest chyba najuczciwsze postawienie tej kwestii w całej rozmowie. Bo argument z brakiem zgody dziecka można przyłożyć do każdego wychowania. Pytanie nie brzmi 'czy dziecko wyraziło zgodę', tylko 'czy to co mu proponujemy może mu zaszkodzić'. I to trzeba rozpatrywać osobno dla każdego rodzaju rytuału.
Myślę, że jedno kryterium, które jakoś da się obserwować, to czy dziecko po rytuale ma pytania i czy te pytania mogą zostać odpowiedziane w sposób, który mu odpowiada wiekowo. Jeśli rodzic nie potrafi wyjaśnić co się wydarzyło w języku zrozumiałym dla ośmiolatka - to sygnał, że może jednak za wcześnie.
To co Jarylo pisze to mnie trochę uspokaja, bo tak właśnie było z tym odczynianiem - byłam mała, ale potem pytałam babcię co to znaczy, czemu te zioła, czemu tyle razy. I ona tłumaczyła, na tyle ile umiała. Nie mam wrażenia, żeby coś we mnie zostało niezaopiekowane z tamtego doświadczenia.
To co Bernadka opisała i to co Zaneczka teraz rozwinęła - to mi przypomina coś, co czytałem kiedyś o tzw. rytuałach progu w tradycjach bałtyjskich. Tam inicjacja dziecka zawsze była sprawą bardzo prywatną, między nim a jedną osobą ze starszego pokolenia. Żadnych zgromadzeń, żadnej widowni. Właśnie dlatego, że obecność grupy zmienia dynamikę z 'prowadzenia' na 'bycie obserwowanym'. A to drugie jest dla małego dziecka zupełnie innym rodzajem obciążenia.
Szczerze? Sama się nad tym zastanawiam, bo miałam ostatnio sytuację, że byłam na czymś u znajomej - nie powiem że rytuał bo nie wiem jak to nazwać, jakieś spotkanie z intencją - i było tam jej dziecko, może dziesięć lat. I to dziecko siedziało grzecznie, ale widziałam że gdzieś po dwudziestu minutach zaczęło rysować na kartce. Co oznacza że po prostu się znudziło. I teraz mam pytanie które gdzieś kręci mi się w głowie od tamtej chwili - czy to źle, że się znudziło? Czy to znaczy że dobrze, bo nie było przestraszone? Albo że źle, bo nie było w ogóle obecne?
Znam to 'pomiędzy' z własnego domu. Moja córka jak była młodsza to tak samo funkcjonowała podczas różnych rzeczy, które robiłem - niby z boku, niby zajęta swoim, a potem nagle zadawała pytanie które pokazywało że słuchała przez cały czas. Chyba dzieci po prostu inaczej uczestniczą, nie muszą siedzieć w kółku z poważną miną żeby coś do nich docierało. Mnie to przestało niepokoić, choć rozumiem że innym może być z tym trudno.
To jest dokładnie ten węzeł, którego rozwiązać się nie da bez przyjęcia jakiegoś stanowiska wyjściowego. Jeśli rytuał jest wyłącznie ceremonią - psychologiczną, kulturową, bez warstwy metafizycznej - to dziecko siedzące z boku i rysujące jest po prostu gdzieś obok i tyle. Ale jeśli przyjmiemy, że w rytuale coś się naprawdę porusza, że przestrzeń się zmienia, że intencje zostawiają ślad - to dziecko w tej przestrzeni jest w niej, niezależnie od kartki i bębenka. I wtedy pytanie o uczestnictwo przestaje być pytaniem o to, czy dziecko się nudzi.
I to jest chyba powód, dla którego ta rozmowa się kręci - bo każdy z nas ma gdzieś z tyłu głowy inne założenie co do tego czym rytuał 'jest'. I nie powiemy sobie wprost jakie, więc rozmawiamy jakbyśmy rozmawiali o tym samym, a może nie do końca. Ktoś tu zakłada warstwę metafizyczną, ktoś inny traktuje to bardziej psychologicznie, i każde z tych podejść daje inną odpowiedź na pytanie czy dziecko powinno uczestniczyć.
Mogę powiedzieć jak to wygląda z mojej strony. Jak myślę o tym co babcia robiła, to nie rozgraniczam - dla mnie to był i rytuał, i kontakt z nią, i jakaś warstwa której wtedy nie nazywałam. Jedno nie wykluczało drugiego. I może właśnie dlatego to na mnie nie odbiło się negatywnie, że ona sama nie robiła tego rozróżnienia. Nie tłumaczyła mi 'teraz robimy ceremonię psychologiczną'. Ona po prostu wiedziała co robi i czułam, że wie.
To co Protazy mówi o zakorzenieniu - to jest właśnie to, co w starszych tekstach o przekazie inicjacyjnym pojawia się jako warunek konieczny. Nie mówię o jakichś hermetycznych lożach, ale o prostszych rzeczach: żeby przekazać coś dziecku, musisz to sam nosić w sobie dość długo. W wielu tradycjach mówi się wprost, że nieukończony inicjat nie inicjuje. Można się kłócić czy to zasada metafizyczna czy pedagogiczna, ale praktyczny sens ma w obu wariantach.
Okej, ale zaraz - czy to nie jest trochę zamknięcie koła? Bo jeśli powiemy, że tylko ktoś zakorzeniony w tradycji może angażować dziecko, a żyjemy w czasach, gdzie większość ludzi tę ciągłość utraciła, to de facto mówimy, że dzieci nie powinny uczestniczyć nigdy, bo nikt już nie spełnia tego kryterium. I nie wiem czy o to nam chodzi.
Mnie w tej rozmowie zaczyna doskwierać jedno - rozmawiamy głównie o ryzyku, o tym co może pójść nie tak, o kryteriach bezpieczeństwa. I to ważne. Ale czy ktoś tu powiedziałby co dziecko może zyskać? Nie w sensie magicznym, tylko ludzkim - bo Bernadka opisała coś pięknego, co zostało z nią. Co jest do zyskania z uczestnictwa dziecka w rytuale, jeśli jest przeprowadzony uważnie?
I to chyba jest odpowiedź na pytanie tytułowe, tylko że nigdy nie będzie odpowiedzią prostą. Dzieci mogą uczestniczyć, i może to być dla nich coś wartościowego. Mogą też uczestniczyć w sposób, który im nie służy. Różnica leży po stronie dorosłego - w tym, czy wie co robi, czy jest uważny na dziecko, czy potrafi zatrzymać się jeśli dziecko daje sygnały że coś nie gra. Tradycje inicjacyjne miały do tego całe systemy - my często idziemy w to z intencją i bez mapy.
Ta 'intencja bez mapy' to jest sformułowanie, które zostanie mi w głowie. Bo właśnie to jest ryzyko, które widzę u ludzi dookoła - bardzo dobre chęci, autentyczna wrażliwość, ale brak jakiegokolwiek punktu odniesienia co do tego, gdzie jest granica. I dziecko staje się częścią eksperymentu, którego rodzic sam do końca nie rozumie. Nie mówię że to zawsze kończy się źle, ale wchodzenie w to bez żadnej ramy to jednak loteria.
Też tak to czuję. I może właśnie dlatego ta rozmowa jest taka okrągła - bo każdy z nas szuka tej ramy, tego punktu odniesienia. I nie ma jednej odpowiedzi, bo zależy od za dużo zmiennych. Ale samo stawianie sobie tych pytań zanim się cokolwiek zrobi - to już jest jakaś różnica w stosunku do działania bez zastanowienia. Przynajmniej tak mi się wydaje.
To co Bernadka napisała na końcu - że samo stawianie pytań jest już jakimś początkiem - mnie uderzyło. Bo chyba o to chodzi, prawda? Nie o to, żeby mieć gotową odpowiedź, tylko żeby w ogóle zatrzymać się przed zrobieniem czegoś. I w kontekście dzieci to szczególnie ważne, bo chyba właśnie tego brakuje - tej pauzy, zanim się wciągnie dziecko w cokolwiek. Ale skąd wiadomo, że pauza była wystarczająca? Że naprawdę się przemyślało, a nie tylko uspokoiło własne sumienie?
Logistyka to jedno, ale mam wrażenie że jest jeszcze coś bardziej podstawowego. Czy dziecko w ogóle chce tam być? Bo my rozmawiamy o tym czy rytuał jest bezpieczny, czy dorosły jest wystarczająco zakorzeniony, czy dziecko dostaje sygnały i tak dalej - a w całej tej rozmowie dziecko jest trochę bierne. Jako obiekt troski, nie jako ktoś kto ma zdanie. I zdaję sobie sprawę że małe dziecko nie zawsze może to zdanie wyrazić, ale nie wiem, czy zawsze ktoś w ogóle próbuje zapytać.
To co Hilek opisuje to jest w sumie coś w rodzaju stopniowego wprowadzenia - nie jako program, ale jako postawa. Dziecko widzi, może być, ale ma wyjście. I to 'mieć wyjście' jest chyba nieoczywiste, bo w tradycyjnych kontekstach inicjacyjnych nie zawsze tak było - wejście w rytuał było właśnie nieodwracalne, o to chodziło. Więc jest pytanie: jeśli rytuał ma wyjście, czy to nadal rytuał w tym głębszym sensie, czy coś innego? Nie mówię że to problem, ale zmienia definicję.
Zastanawiam się czy to 'bycie obecnym' bez inicjacji to nie jest trochę tak jak chodzenie do kościoła jako dziecko - siedzisz, coś się dzieje, nie do końca rozumiesz, ale jakoś się w tym kąpiesz kulturowo. I jedni z tego wychodzą z jakimś zasobem, inni z traumą, jeszcze inni zupełnie obojętni. Czyli sam format 'obecności bez pełnego uczestnictwa' niczego nie gwarantuje - wszystko zależy od tego co konkretnie się dzieje i jak się z dzieckiem potem rozmawia o tym co widziało.
Ten 'obraz bez podpisu' to świetne sformułowanie i wydaje mi się, że to jest właśnie to, co może zostać z dziecka po rytuale bez żadnego omówienia. Nie trauma, nie coś złego - tylko coś zawieszonego. Coś czego nie wiadomo jak traktować. I małe dzieci mogą z tym funkcjonować latami, zanim w ogóle wrócą myślami do tego co widziały. Czy to jest okej? Nie wiem. Ale wiem że to się zdarza częściej niż się wydaje.
Obie rzeczy mogą być prawdą jednocześnie, nie? Że czasem brak wyjaśnienia daje przestrzeń, a czasem jest zaniedbaniem. I może to zależy od temperamentu dziecka, od tego co widziało, od jak bezpieczna jest w ogóle ta relacja z dorosłym. Nie da się chyba powiedzieć ogólnie, tylko trzeba znać konkretne dziecko. Co znowu wraca do tego, co wcześniej wybrzmiało - że nikt z zewnątrz nie może ustalić zasad za rodzica.
No tak, ale 'nikt z zewnątrz nie może ustalić zasad' to jest trochę wygodna formuła, bo de facto oznacza, że każdy może robić co chce pod pretekstem 'znam swoje dziecko'. A wiemy dobrze że to nie zawsze jest prawda - są dorośli, którzy myślą że znają swoje dziecko, a kompletnie nie słyszą co ono do nich mówi. Więc ta odpowiedzialność rodzica jest ważna, ale sama w sobie nie jest gwarancją niczego.
Jakich pytań? Mam na myśli serio - co byś umieścił na takiej liście? Bo to by mogło być bardzo konkretne wyjście z tej rozmowy, zamiast kolejnego kręcenia się wokół tego samego.
To jest dobra lista i mam wrażenie że punkt drugi jest najbardziej pomijany. Ludzie często robią coś bo gdzieś przeczytali albo ktoś im pokazał, i brakuje im tego momentu żeby sprawdzić - czy ja to rozumiem czy tylko odtwarzam. I z dzieckiem to wychodzi szybciej, bo dziecko zapyta 'dlaczego' i nagle okazuje się że nie wiadomo.
I może właśnie dlatego obecność dziecka jest czasem tak odkrywcza dla samego dorosłego - bo dziecko pyta 'dlaczego' i to pytanie demaskuje, że część rzeczy robi się mechanicznie, bez rozumienia. Nie mówię że to powód żeby dzieci w rytuałach trzymać jako weryfikator - to by było absurdalne. Ale jako obserwacja: dzieci dają dorosłym zwierciadło. I jeśli nie jesteś gotowy żeby w nim zobaczyć własną niewiedzę, to może faktycznie jeszcze nie czas.
To co Jarylo napisał o tym 'dlaczego' od dziecka mnie uderzyło, bo jest w tym coś bardzo konkretnego. Dorosły robi ceremonię od roku, od pięciu lat, i nagle dziecko pyta 'ale po co ta świeca tu stoi' i człowiek staje. I albo ma odpowiedź, albo wychodzi że nie ma. I to jest chyba jedno z niewielu miejsc gdzie ta odpowiedź musi być szczera, bo dziecko nie przyjmie 'tak po prostu'.
