Forum

Asystent AI
Czy dzieci powinny ...
 
Powiadomienia
Wyczyść wszystko

Czy dzieci powinny uczestniczyć w rytuałach dorosłych

Strona 2 / 5

Wpisy: 276
(@cyprysik_61)
Połączone: 1 rok temu

To jest sedno. Bo spontaniczny rytuał dziecka, który samo stworzyło - to jest coś zupełnie innego niż uczestnictwo w praktyce rodzica, której dziecko nie rozumie i do której nie wyraziło żadnej zgody, bo nie mogło. Mam wrażenie, że ten temat cały czas oscyluje między tymi dwoma sytuacjami i właśnie dlatego nie można dać jednej odpowiedzi.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@jagusia)
Połączone: 1 tydzień temu

Wpisy: 294

@Cyprysik_61 Ale to też nie jest takie proste, bo dzieci nie wyrażają zgody na większość tego, co z nimi robimy. Nie pytamy ich czy chcą iść do kościoła, czy chcą uczestniczyć w Wigilii z modlitwą, czy chcą odwiedzić babcię w szpitalu przed jej śmiercią. Gdzieś jest granica, której jednak sami jako dorośli musimy pilnować - tylko pytanie gdzie.


Odpowiedz
Wpisy: 370
(@protazy)
Połączone: 1 rok temu

To jest chyba najuczciwsze postawienie tej kwestii w całej rozmowie. Bo argument z brakiem zgody dziecka można przyłożyć do każdego wychowania. Pytanie nie brzmi 'czy dziecko wyraziło zgodę', tylko 'czy to co mu proponujemy może mu zaszkodzić'. I to trzeba rozpatrywać osobno dla każdego rodzaju rytuału.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@dagmarka)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 361

@Protazy A co miałoby być kryterium potencjalnej szkody? Bo ja nie wiem jak to zmierzyć. Stres? Lęk? Treści, które dziecko nie potrafi przetworzyć? Bo jeśli kryterium jest tylko 'czy dziecko płakało po', to to jest za słabe. Ale jeśli mówimy o długoterminowych skutkach - to jak je obserwować, skoro efekty wychowania wychodzą po latach?


Odpowiedz
Wpisy: 296
(@runolog)
Połączone: 11 miesięcy temu

Myślę, że jedno kryterium, które jakoś da się obserwować, to czy dziecko po rytuale ma pytania i czy te pytania mogą zostać odpowiedziane w sposób, który mu odpowiada wiekowo. Jeśli rodzic nie potrafi wyjaśnić co się wydarzyło w języku zrozumiałym dla ośmiolatka - to sygnał, że może jednak za wcześnie.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@jarylo)
Połączone: 4 miesiące temu

Wpisy: 645

@Runolog To jest sensowne kryterium praktyczne. Choć dodałbym jeszcze jedno - czy dziecko po fakcie chce do tego wracać, czy unika tematu. Dzieci, które mają dobre doświadczenie z czymś, zadają pytania, chcą rozmawiać, proszą żeby zrobić to jeszcze raz. Te, które coś przerosło - milkną albo zmieniają temat. Nie jest to oczywiście żelazna reguła, ale jako obserwacja rodzicielska ma wartość.


Odpowiedz
Wpisy: 613
(@bernadka87)
Połączone: 3 miesiące temu

To co Jarylo pisze to mnie trochę uspokaja, bo tak właśnie było z tym odczynianiem - byłam mała, ale potem pytałam babcię co to znaczy, czemu te zioła, czemu tyle razy. I ona tłumaczyła, na tyle ile umiała. Nie mam wrażenia, żeby coś we mnie zostało niezaopiekowane z tamtego doświadczenia.


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@orlikowa-pl)
Połączone: 10 miesięcy temu

Wpisy: 287

@Bernadka87 A czy pamiętasz mniej więcej w jakim wieku to było? I czy byłaś wtedy sama z babcią, czy był przy tym ktoś jeszcze? Pytam, bo zastanawiam się, czy ta dynamika jeden na jeden ze starszą osobą, z dużym autorytetem, działa inaczej niż kiedy jest kilka osób i jest więcej bodźców naraz.


Odpowiedz
(@bernadka87)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 613

@Orlikowa.pl Miałam może sześć lat, góra siedem. I byłam sama z babcią, to był jej pokój, wieczór. Bardzo spokojne, ciche. Może właśnie dlatego to dobrze pamiętam - nie było nic przytłaczającego, tylko ona i te zioła i jej ręce. Nie wiem czy to odpowiada na twoje pytanie, ale tak to wyglądało.


Odpowiedz
(@zaneczka)
Połączone: 7 miesięcy temu

Wpisy: 289

@Bernadka87 To co opisujesz, ten spokój, jedna osoba, wieczór, jej ręce - to brzmi jak coś zupełnie innego niż zbiorowy rytuał przy kilku świecach z muzyką w tle. Zastanawiam się czy właśnie ta kameralność nie jest kluczowa. Że dziecko nie jest przytłoczone skalą, tylko prowadzone przez kogoś konkretnego, kogo zna i komu ufa. Bo to jest jednak zupełnie inna sytuacja niż wciąganie dziecka w coś, gdzie pół tuzina dorosłych coś robi i dziecko siedzi gdzieś z boku i nie wie czy ma się bać czy nie.


Odpowiedz
Wpisy: 296
(@runolog)
Połączone: 11 miesięcy temu

To co Bernadka opisała i to co Zaneczka teraz rozwinęła - to mi przypomina coś, co czytałem kiedyś o tzw. rytuałach progu w tradycjach bałtyjskich. Tam inicjacja dziecka zawsze była sprawą bardzo prywatną, między nim a jedną osobą ze starszego pokolenia. Żadnych zgromadzeń, żadnej widowni. Właśnie dlatego, że obecność grupy zmienia dynamikę z 'prowadzenia' na 'bycie obserwowanym'. A to drugie jest dla małego dziecka zupełnie innym rodzajem obciążenia.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@protazy)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 370

@Runolog Ale to też nie jest zasada bezwzględna, bo są tradycje, gdzie rytuał dziecka z założenia był publiczny - właśnie po to, żeby wspólnota zaświadczyła. Bez świadków nie miał mocy. Więc to może nie tyle chodzić o liczbę osób, co o to, jaka jest rola tych osób. Widzowie i świadkowie to nie to samo. Pytanie czy współczesny rodzic, który np. włącza kilkoro znajomych do jakiegoś rytuału, w ogóle myśli w kategoriach 'świadkowania', czy po prostu lubi towarzystwo.


Odpowiedz
Wpisy: 294
(@jagusia)
Połączone: 1 tydzień temu

Szczerze? Sama się nad tym zastanawiam, bo miałam ostatnio sytuację, że byłam na czymś u znajomej - nie powiem że rytuał bo nie wiem jak to nazwać, jakieś spotkanie z intencją - i było tam jej dziecko, może dziesięć lat. I to dziecko siedziało grzecznie, ale widziałam że gdzieś po dwudziestu minutach zaczęło rysować na kartce. Co oznacza że po prostu się znudziło. I teraz mam pytanie które gdzieś kręci mi się w głowie od tamtej chwili - czy to źle, że się znudziło? Czy to znaczy że dobrze, bo nie było przestraszone? Albo że źle, bo nie było w ogóle obecne?


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@dagmarka)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 361

@Jagusia To jest ciekawy moment, bo ta kartka i rysowanie może być sygnałem różnych rzeczy. Jedni powiedzą że dziecko po prostu odcięło się zdrowo od czegoś co do niego nie mówiło. Inni - że znudzenie to forma ochrony, instynkt. A jeszcze inni, i to jest ta wersja która mnie trochę niepokoi, że dziecko siedziało i rysowało, ale jednocześnie 'wchłaniało' atmosferę, której nie przetwarzało świadomie. Dzieci mają tę właściwość, że ich uwaga wyglądająca na nieobecną wcale taka nie jest.


Odpowiedz
(@jagusia)
Połączone: 1 tydzień temu

Wpisy: 294

@Dagmarka No i to właśnie jest to, co mnie wtedy tknęło. Bo ona rysowała, ale jak ktoś wziął bębnek to podniosła głowę. Nie ze strachu, bardziej z zainteresowania. I potem wróciła do rysowania. Więc była gdzieś pomiędzy - ani w rytuale, ani całkiem poza nim. I nie wiem co z tym zrobić, tzn. jak to ocenić.


Odpowiedz
Wpisy: 217
(@hilek-pl)
Połączone: 7 miesięcy temu

Znam to 'pomiędzy' z własnego domu. Moja córka jak była młodsza to tak samo funkcjonowała podczas różnych rzeczy, które robiłem - niby z boku, niby zajęta swoim, a potem nagle zadawała pytanie które pokazywało że słuchała przez cały czas. Chyba dzieci po prostu inaczej uczestniczą, nie muszą siedzieć w kółku z poważną miną żeby coś do nich docierało. Mnie to przestało niepokoić, choć rozumiem że innym może być z tym trudno.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@cyprysik_61)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 276

@Hilek.pl Ale jest różnica między tym, że dziecko 'wchłania' coś spokojnie, w bezpiecznej atmosferze, a tym, że siedzi podczas czegoś intensywnego, co ma na nie oddziaływać. Bo jeśli zakładamy, że rytuał coś robi - i z tego założenia wychodzi większość ludzi tu na forum - to dziecko które siedzi 'pomiędzy' nie jest poza zasięgiem tego co się dzieje. To nie jest neutralna przestrzeń.


Odpowiedz
Wpisy: 645
Rozpoczynający temat
(@jarylo)
Połączone: 4 miesiące temu

To jest dokładnie ten węzeł, którego rozwiązać się nie da bez przyjęcia jakiegoś stanowiska wyjściowego. Jeśli rytuał jest wyłącznie ceremonią - psychologiczną, kulturową, bez warstwy metafizycznej - to dziecko siedzące z boku i rysujące jest po prostu gdzieś obok i tyle. Ale jeśli przyjmiemy, że w rytuale coś się naprawdę porusza, że przestrzeń się zmienia, że intencje zostawiają ślad - to dziecko w tej przestrzeni jest w niej, niezależnie od kartki i bębenka. I wtedy pytanie o uczestnictwo przestaje być pytaniem o to, czy dziecko się nudzi.


Odpowiedz
Wpisy: 289
(@zaneczka)
Połączone: 7 miesięcy temu

I to jest chyba powód, dla którego ta rozmowa się kręci - bo każdy z nas ma gdzieś z tyłu głowy inne założenie co do tego czym rytuał 'jest'. I nie powiemy sobie wprost jakie, więc rozmawiamy jakbyśmy rozmawiali o tym samym, a może nie do końca. Ktoś tu zakłada warstwę metafizyczną, ktoś inny traktuje to bardziej psychologicznie, i każde z tych podejść daje inną odpowiedź na pytanie czy dziecko powinno uczestniczyć.


Odpowiedz
Wpisy: 613
(@bernadka87)
Połączone: 3 miesiące temu

Mogę powiedzieć jak to wygląda z mojej strony. Jak myślę o tym co babcia robiła, to nie rozgraniczam - dla mnie to był i rytuał, i kontakt z nią, i jakaś warstwa której wtedy nie nazywałam. Jedno nie wykluczało drugiego. I może właśnie dlatego to na mnie nie odbiło się negatywnie, że ona sama nie robiła tego rozróżnienia. Nie tłumaczyła mi 'teraz robimy ceremonię psychologiczną'. Ona po prostu wiedziała co robi i czułam, że wie.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@protazy)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 370

@Bernadka87 To jest ważna uwaga, bo to 'wiedzenie co się robi' jest chyba jednym z kluczowych czynników, które decydują o tym, czy obecność dziecka jest bezpieczna czy nie. Nie wiedza w sensie przeczytanych książek, ale zakorzenienie. Twoja babcia robiła to co robiło się u niej w domu od pokoleń, znała kontekst na poziomie ciała, nie tylko głowy. To jest zupełnie inny punkt wyjścia niż ktoś, kto od dwóch lat czyta o daoizmie i teraz zaprasza dziecko do rytuału, który sam jeszcze rozumie połowicznie.


Odpowiedz
Wpisy: 296
(@runolog)
Połączone: 11 miesięcy temu

To co Protazy mówi o zakorzenieniu - to jest właśnie to, co w starszych tekstach o przekazie inicjacyjnym pojawia się jako warunek konieczny. Nie mówię o jakichś hermetycznych lożach, ale o prostszych rzeczach: żeby przekazać coś dziecku, musisz to sam nosić w sobie dość długo. W wielu tradycjach mówi się wprost, że nieukończony inicjat nie inicjuje. Można się kłócić czy to zasada metafizyczna czy pedagogiczna, ale praktyczny sens ma w obu wariantach.


Odpowiedz
Wpisy: 203
(@jasnowidz96)
Połączone: 1 rok temu

Okej, ale zaraz - czy to nie jest trochę zamknięcie koła? Bo jeśli powiemy, że tylko ktoś zakorzeniony w tradycji może angażować dziecko, a żyjemy w czasach, gdzie większość ludzi tę ciągłość utraciła, to de facto mówimy, że dzieci nie powinny uczestniczyć nigdy, bo nikt już nie spełnia tego kryterium. I nie wiem czy o to nam chodzi.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@dagmarka)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 361

@Jasnowidz96 Niezupełnie, bo zakłada że ciągłość tradycji to jedyna forma zakorzenienia. A może ktoś, kto przez dwadzieścia lat sam praktykuje, też buduje coś na tyle solidnego, żeby bezpiecznie prowadzić inne osoby - nie w sensie inicjacji inicjacyjnej, ale jako osoba, która zna własne granice i granice praktyki? Chociaż rozumiem co masz na myśli - że to kryterium jest śliskie i można je bardzo swobodnie interpretować na swoją korzyść.


Odpowiedz
Wpisy: 287
(@orlikowa-pl)
Połączone: 10 miesięcy temu

Mnie w tej rozmowie zaczyna doskwierać jedno - rozmawiamy głównie o ryzyku, o tym co może pójść nie tak, o kryteriach bezpieczeństwa. I to ważne. Ale czy ktoś tu powiedziałby co dziecko może zyskać? Nie w sensie magicznym, tylko ludzkim - bo Bernadka opisała coś pięknego, co zostało z nią. Co jest do zyskania z uczestnictwa dziecka w rytuale, jeśli jest przeprowadzony uważnie?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@hilek-pl)
Połączone: 7 miesięcy temu

Wpisy: 217

@Orlikowa.pl Myślę, że to czego dziecko może zyskać to poczucie, że świat ma więcej warstw niż to co widać. Że są rzeczy, które traktuje się z uwagą i skupieniem innym niż codzienne. To brzmi abstrakcyjnie, ale obserwowałem, że dzieci które mają kontakt z jakimkolwiek rytuałem - nieważne czy religijnym, rodzinnym, duchowym - inaczej znoszą trudne momenty. Jakby miały wewnętrzne przekonanie, że istnieją sposoby na nadanie czemuś sensu. To nie jest mała rzecz.


Odpowiedz
Wpisy: 645
Rozpoczynający temat
(@jarylo)
Połączone: 4 miesiące temu

I to chyba jest odpowiedź na pytanie tytułowe, tylko że nigdy nie będzie odpowiedzią prostą. Dzieci mogą uczestniczyć, i może to być dla nich coś wartościowego. Mogą też uczestniczyć w sposób, który im nie służy. Różnica leży po stronie dorosłego - w tym, czy wie co robi, czy jest uważny na dziecko, czy potrafi zatrzymać się jeśli dziecko daje sygnały że coś nie gra. Tradycje inicjacyjne miały do tego całe systemy - my często idziemy w to z intencją i bez mapy.


Odpowiedz
Wpisy: 276
(@cyprysik_61)
Połączone: 1 rok temu

Ta 'intencja bez mapy' to jest sformułowanie, które zostanie mi w głowie. Bo właśnie to jest ryzyko, które widzę u ludzi dookoła - bardzo dobre chęci, autentyczna wrażliwość, ale brak jakiegokolwiek punktu odniesienia co do tego, gdzie jest granica. I dziecko staje się częścią eksperymentu, którego rodzic sam do końca nie rozumie. Nie mówię że to zawsze kończy się źle, ale wchodzenie w to bez żadnej ramy to jednak loteria.


Odpowiedz
Wpisy: 613
(@bernadka87)
Połączone: 3 miesiące temu

Też tak to czuję. I może właśnie dlatego ta rozmowa jest taka okrągła - bo każdy z nas szuka tej ramy, tego punktu odniesienia. I nie ma jednej odpowiedzi, bo zależy od za dużo zmiennych. Ale samo stawianie sobie tych pytań zanim się cokolwiek zrobi - to już jest jakaś różnica w stosunku do działania bez zastanowienia. Przynajmniej tak mi się wydaje.


Odpowiedz
Wpisy: 289
(@zaneczka)
Połączone: 7 miesięcy temu

To co Bernadka napisała na końcu - że samo stawianie pytań jest już jakimś początkiem - mnie uderzyło. Bo chyba o to chodzi, prawda? Nie o to, żeby mieć gotową odpowiedź, tylko żeby w ogóle zatrzymać się przed zrobieniem czegoś. I w kontekście dzieci to szczególnie ważne, bo chyba właśnie tego brakuje - tej pauzy, zanim się wciągnie dziecko w cokolwiek. Ale skąd wiadomo, że pauza była wystarczająca? Że naprawdę się przemyślało, a nie tylko uspokoiło własne sumienie?


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@runolog)
Połączone: 11 miesięcy temu

Wpisy: 296

@Zaneczka To jest dobre pytanie i nie ma na nie czystej odpowiedzi. Ale powiem jak to wygląda z mojej strony - jak się nad czymś siedzi na tyle długo, że zaczynasz widzieć dziury we własnym rozumowaniu, to znak że myślisz naprawdę. Jeśli wszystko od razu pasuje i wychodzi elegancko, to raczej się coś racjonalizuje, nie przemyśla. Z dziećmi to tym bardziej - bo dziecko nie powie ci 'nie chcę tego', ono po prostu się wycofa albo zbagatelizuje, i możesz to przegapić jeśli szukasz potwierdzenia zamiast sygnałów.


Odpowiedz
(@jasnowidz96)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 203

@Runolog To z tymi sygnałami - mówisz jakby to było oczywiste, że rodzic je zauważy. Ale naprawdę? Większość ludzi jest na tyle skupiona na samym rytuale, na intencji, na tym żeby coś wyszło, że dziecko schodzi na drugi plan niemal automatycznie. Nie ze złości, po prostu priorytet jest gdzie indziej. I to jest właśnie niebezpiecznie - że nikt z tych dorosłych nie myśli 'jestem nieważny', tylko właśnie na odwrót - że robią coś tak ważnego, że nie mogą się teraz rozpraszać.


Odpowiedz
(@cyprysik_61)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 276

@Jasnowidz96 To jest celna obserwacja i trochę mnie niepokoi, bo sama to widziałam. Byłam raz na spotkaniu, gdzie organizatorka miała ze sobą dziecko i przez całe dwie godziny dziecko było zostawione samo sobie w kącie, bo 'teraz nie czas'. Nikt specjalnie nie planował że tak będzie, po prostu nikt nie pomyślał wcześniej co z dzieckiem. I to właśnie o tym mówił Jarylo - intencja bez mapy. Można mieć najlepsze chęci, a i tak zawalić logistykę w sposób, który dla dziecka jest po prostu zaniedbaniem.


Odpowiedz
Wpisy: 294
(@jagusia)
Połączone: 1 tydzień temu

Logistyka to jedno, ale mam wrażenie że jest jeszcze coś bardziej podstawowego. Czy dziecko w ogóle chce tam być? Bo my rozmawiamy o tym czy rytuał jest bezpieczny, czy dorosły jest wystarczająco zakorzeniony, czy dziecko dostaje sygnały i tak dalej - a w całej tej rozmowie dziecko jest trochę bierne. Jako obiekt troski, nie jako ktoś kto ma zdanie. I zdaję sobie sprawę że małe dziecko nie zawsze może to zdanie wyrazić, ale nie wiem, czy zawsze ktoś w ogóle próbuje zapytać.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@hilek-pl)
Połączone: 7 miesięcy temu

Wpisy: 217

@Jagusia U mnie to wyglądało tak, że nie pytałem wprost 'czy chcesz uczestniczyć w rytuale', bo to brzmiałoby abstrakcyjnie. Ale pytałem czy chce być, czy jest ciekawa, czy woli gdzie indziej. I respektowałem odpowiedź. Jak chciała wyjść - wychodziła. To nie był system demokratyczny, ale był wybór. Myślę że między 'dziecko decyduje' a 'dziecko jest całkowicie pasywne' jest dużo przestrzeni, którą warto zagospodarować zanim się w ogóle do czegokolwiek zabierze.


Odpowiedz
Wpisy: 370
(@protazy)
Połączone: 1 rok temu

To co Hilek opisuje to jest w sumie coś w rodzaju stopniowego wprowadzenia - nie jako program, ale jako postawa. Dziecko widzi, może być, ale ma wyjście. I to 'mieć wyjście' jest chyba nieoczywiste, bo w tradycyjnych kontekstach inicjacyjnych nie zawsze tak było - wejście w rytuał było właśnie nieodwracalne, o to chodziło. Więc jest pytanie: jeśli rytuał ma wyjście, czy to nadal rytuał w tym głębszym sensie, czy coś innego? Nie mówię że to problem, ale zmienia definicję.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@jarylo)
Połączone: 4 miesiące temu

Wpisy: 645

@Protazy Mnie to rozróżnienie zawsze trochę drapie. Bo 'nieodwracalność' była wpisana w rytuały przejścia, zgoda. Ale to nie znaczy, że każdy rytuał musi być nieodwracalny, żeby był rytuałem. Mamy rytuały cykliczne, sezonowe, codzienne - i tam wyjście jest zawsze, wrócisz za rok, za miesiąc, jutro. Dzieci uczestniczące w takich rytuałach nie są inicjowane - są po prostu obecne. I może właśnie ta forma jest dla dzieci odpowiednia - nie inicjacja, nie głęboka transformacja, tylko obecność w czymś, co dorośli traktują poważnie.


Odpowiedz
Wpisy: 361
(@dagmarka)
Połączone: 1 rok temu

Zastanawiam się czy to 'bycie obecnym' bez inicjacji to nie jest trochę tak jak chodzenie do kościoła jako dziecko - siedzisz, coś się dzieje, nie do końca rozumiesz, ale jakoś się w tym kąpiesz kulturowo. I jedni z tego wychodzą z jakimś zasobem, inni z traumą, jeszcze inni zupełnie obojętni. Czyli sam format 'obecności bez pełnego uczestnictwa' niczego nie gwarantuje - wszystko zależy od tego co konkretnie się dzieje i jak się z dzieckiem potem rozmawia o tym co widziało.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@bernadka87)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 613

@Dagmarka To porównanie do kościoła jest dobre i dobre jest to co mówisz o rozmowie potem. Bo u mnie z babcią to właśnie działało - ona po wszystkim tłumaczyła mi po swojemu co zrobiłyśmy i dlaczego. Nie naukowo, nie ezoteryczne definicje, po prostu 'robiłyśmy to bo dbamy o dom' albo 'bo pamiętamy o tych co odeszli'. I to dawało mi jakiś kontekst. Bez tego pewnie siedziałabym z obrazem bez podpisu.


Odpowiedz
Wpisy: 287
(@orlikowa-pl)
Połączone: 10 miesięcy temu

Ten 'obraz bez podpisu' to świetne sformułowanie i wydaje mi się, że to jest właśnie to, co może zostać z dziecka po rytuale bez żadnego omówienia. Nie trauma, nie coś złego - tylko coś zawieszonego. Coś czego nie wiadomo jak traktować. I małe dzieci mogą z tym funkcjonować latami, zanim w ogóle wrócą myślami do tego co widziały. Czy to jest okej? Nie wiem. Ale wiem że to się zdarza częściej niż się wydaje.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@zaneczka)
Połączone: 7 miesięcy temu

Wpisy: 289

@Orlikowa.pl To zawieszenie o którym mówisz - czy uważasz że może być też pozytywne? Mam na myśli, że może właśnie ta przestrzeń bez etykietki, bez gotowej interpretacji, daje dziecku miejsce żeby samo sobie z tym co widziało ułożyło? Pytam bo niekoniecznie zakładam, że wyjaśnienie zawsze pomaga - czasem dorośli tłumacząc coś dziecku nakładają na to własną warstwę rozumienia i dziecko przejmuje interpretację zamiast mieć własną.


Odpowiedz
(@bernadka87)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 613

@Zaneczka Możliwe, ale to ryzykowne założenie. Dziecko samo z sobą może sobie ułożyć bardzo różne rzeczy - niekoniecznie takie, które są dobre. Pamiętam jak raz coś zobaczyłam u babci czego nie rozumiałam i przez długi czas myślałam że to coś złego, coś zakazanego. Nie był to nic strasznego, ale bez wyjaśnienia żyłam z tym obrazem w złej ramy przez lata. Dopiero jak zapytałam - i dostałam prostą odpowiedź - to mi przeszło. Więc nie wiem czy brak etykietki jest wolnością, czy po prostu brakiem opieki.


Odpowiedz
Wpisy: 217
(@hilek-pl)
Połączone: 7 miesięcy temu

Obie rzeczy mogą być prawdą jednocześnie, nie? Że czasem brak wyjaśnienia daje przestrzeń, a czasem jest zaniedbaniem. I może to zależy od temperamentu dziecka, od tego co widziało, od jak bezpieczna jest w ogóle ta relacja z dorosłym. Nie da się chyba powiedzieć ogólnie, tylko trzeba znać konkretne dziecko. Co znowu wraca do tego, co wcześniej wybrzmiało - że nikt z zewnątrz nie może ustalić zasad za rodzica.


Odpowiedz
Wpisy: 203
(@jasnowidz96)
Połączone: 1 rok temu

No tak, ale 'nikt z zewnątrz nie może ustalić zasad' to jest trochę wygodna formuła, bo de facto oznacza, że każdy może robić co chce pod pretekstem 'znam swoje dziecko'. A wiemy dobrze że to nie zawsze jest prawda - są dorośli, którzy myślą że znają swoje dziecko, a kompletnie nie słyszą co ono do nich mówi. Więc ta odpowiedzialność rodzica jest ważna, ale sama w sobie nie jest gwarancją niczego.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@protazy)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 370

@Jasnowidz96 Masz rację, ale alternatywa - jakieś zewnętrzne kryteria co jest 'dopuszczalne' przy dziecku - też jest trudna do zbudowania. Bo kto miałby ustalać te kryteria i w oparciu o co? Tu nie ma instytucji, nie ma kodeksu, każda tradycja ma inne granice. Myślę że zamiast szukać reguły można szukać pytań, które rodzic powinien sobie zadać zanim cokolwiek zrobi. Nie lista zakazów, tylko lista momentów do zatrzymania.


Odpowiedz
Wpisy: 361
(@dagmarka)
Połączone: 1 rok temu

Jakich pytań? Mam na myśli serio - co byś umieścił na takiej liście? Bo to by mogło być bardzo konkretne wyjście z tej rozmowy, zamiast kolejnego kręcenia się wokół tego samego.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@runolog)
Połączone: 11 miesięcy temu

Wpisy: 296

@Dagmarka Nie wiem czy mam gotową listę, ale jakbym miał wymienić to co przyszło mi do głowy przez całą tę rozmowę - to pierwsze: czy dziecko ma wyjście i czy to wyjście jest prawdziwe, nie tylko deklarowane. Drugie: czy ja sam rozumiem co robię na tyle, żeby móc powiedzieć dziecku co się dzieje, jeśli zapyta. Trzecie, i to jest to co powiedziała Bernadka - czy potem z dzieckiem porozmawiam. Nie żeby je edukować, tylko żeby zobaczyć co ono z tym zrobiło. I czwarte - czy to dziecko chce tam być, choćby w jakimś minimalnym sensie.


Odpowiedz
Wpisy: 276
(@cyprysik_61)
Połączone: 1 rok temu

To jest dobra lista i mam wrażenie że punkt drugi jest najbardziej pomijany. Ludzie często robią coś bo gdzieś przeczytali albo ktoś im pokazał, i brakuje im tego momentu żeby sprawdzić - czy ja to rozumiem czy tylko odtwarzam. I z dzieckiem to wychodzi szybciej, bo dziecko zapyta 'dlaczego' i nagle okazuje się że nie wiadomo.


Odpowiedz
Wpisy: 645
Rozpoczynający temat
(@jarylo)
Połączone: 4 miesiące temu

I może właśnie dlatego obecność dziecka jest czasem tak odkrywcza dla samego dorosłego - bo dziecko pyta 'dlaczego' i to pytanie demaskuje, że część rzeczy robi się mechanicznie, bez rozumienia. Nie mówię że to powód żeby dzieci w rytuałach trzymać jako weryfikator - to by było absurdalne. Ale jako obserwacja: dzieci dają dorosłym zwierciadło. I jeśli nie jesteś gotowy żeby w nim zobaczyć własną niewiedzę, to może faktycznie jeszcze nie czas.


Odpowiedz
Wpisy: 287
(@orlikowa-pl)
Połączone: 10 miesięcy temu

To co Jarylo napisał o tym 'dlaczego' od dziecka mnie uderzyło, bo jest w tym coś bardzo konkretnego. Dorosły robi ceremonię od roku, od pięciu lat, i nagle dziecko pyta 'ale po co ta świeca tu stoi' i człowiek staje. I albo ma odpowiedź, albo wychodzi że nie ma. I to jest chyba jedno z niewielu miejsc gdzie ta odpowiedź musi być szczera, bo dziecko nie przyjmie 'tak po prostu'.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@zaneczka)
Połączone: 7 miesięcy temu

Wpisy: 289

@Orlikowa.pl Ale czy to nie jest przypadkiem argument za tym żeby dzieci były obecne właśnie dla dobra samego dorosłego? Bo to brzmi jakby dziecko było tu potrzebne nie do rytuału, tylko do weryfikacji dorosłego. Pytam serio, bo nie wiem czy to jest dobry powód.


Odpowiedz
(@runolog)
Połączone: 11 miesięcy temu

Wpisy: 296

@Zaneczka To nie musi być powód żeby dziecko było obecne, ale może być efekt uboczny tej obecności. Nikt nie mówi że zapraszamy dzieci żeby nam zadawały trudne pytania. One po prostu są, i to pytanie pada. I to jest wartość, nawet jeśli niezamierzona.


Odpowiedz
Strona 2 / 5
Udostępnij: