to jest dla mnie nowe spojrzenie, bo zawsze myślałam, że jeśli ktoś nie wierzy to jego udział jest właściwie bez wartości. A tu wychodzi, że sama fizyczna obecność coś wnosi. Czy to znaczy, że te słowa, które wszyscy wypowiadają razem, też działają dla osoby, która mówi je mechanicznie?
Helena82, to co piszesz o mechanicznym powtarzaniu bardzo mnie zatrzymało. Sama pamiętam jak uczyłam się formuł runicznych, kompletnie nie wiedząc co robię, i mimo to coś się w głowie układało. Jakby ciało przyswajało te wzorce zanim umysł w ogóle zdążył zapytać o sens. Więc może ta twoja siostra, która siedzi i powtarza razem z wami, też coś w sobie nosi. Nawet bez intencji.
ale właśnie tu mam wątpliwość. Bo mówicie o ciele, o rytmie, o mechanicznym powtarzaniu, ale czy to nie jest wtedy już coś innego niż rytuał? Bardziej jak odruch warunkowy? Znaczy nie mówię, że to źle, ale chyba powinniśmy rozróżnić te dwie rzeczy. Czy rytuał bez jakiegoś przynajmniej minimalnego zaangażowania wciąż jest rytuałem?
ale dla mnie to rozmowa coraz bardziej sie robi filozoficzna, a ja mam calkiem prosty problem. U mnie w domu nikt nie będzie robił zen. Mama ma swoje modlitwy, siostra wzruca oczy w sufit jak tylko zaczynam mówić o czymkolwiek, a tata jak wspominałam po prostu siedzi. Jak to pogodzić żeby w ogóle miało jakiś sens?
Wezuwianit, masz rację że coś się traci, ale coś też zyskujesz. Jeśli rytuał musi być obroniony żeby w ogóle zaistnieć, to skupiasz energię na obronie, nie na samym robieniu. Czasem bezimienne wejście do czegoś jest mniej przeciążone. Chociaż to mnie prowadzi do pytania, kiedy coś staje się rytuałem, czy od pierwszego powtórzenia, czy od jakiegoś progu?
to pytanie o próg jest dla mnie bardzo konkretne w praktyce tarota. Kiedy układasz pierwsze karty to jest wróżba. Ale po jakimś czasie ten sam układ, ta sama chwila skupienia przed tasowaniem, zaczyna mieć inną wagę. Nie dlatego że coś się zmieniło w kartach, tylko dlatego że coś się powtórzyło w tobie. Więc może próg nie istnieje z góry, a wytwarza się przez powtórzenie.
to co mówi Almandynka.pl zgadza się z moim doświadczeniem. Moje pierwsze rytuały to było kompletne działanie po omacku, zero poczucia że coś się dzieje. I przez długi czas myślałam że po prostu nie mam do tego zdolności albo czegoś mi brakuje. A potem po kilku miesiącach nagle się okazało, że ta forma do mnie wrosła i jej brak coś mnie uwierał. Wtedy zrozumiałam co się stało.
a jak to jest gdy ktoś z rodziny nagle zaczyna się angażować bardziej niż myślałaś że będzie? Miałam raz taką sytuację, że zrobiłam coś przy mamie, nie na poważnie, raczej żeby sprawdzić, a ona potem sama wróciła i zapytała kiedy robimy to znowu. Kompletnie mnie to zaskoczyło.
Oraklia, to jest jedna z tych rzeczy, których nie da się zaplanować. I myślę że właśnie dlatego rytuały grupowe, zwłaszcza rodzinne, mają tę warstwę której solo nie ma. Nie wiesz co zrobi z tym drugi człowiek. Możesz być pewna siebie po tysiącu osobnych praktyk, a potem ktoś obok wchodzi w to głębiej niż ty i to cię kompletnie przestawia.
Simma, ale to trochę brzmi jakby rytuał z rodziną był mniej przewidywalny i przez to jakoś bardziej ryzykowny? Jak to rozumieć, bo ja zawsze myślałam że wspólne robienie czegoś to jest wsparcie, a tu wychodzi że może też przestawić coś nieoczekiwanie
i to jest dla mnie odpowiedź na pytanie z tytułu tego wątku. Co się zmienia. Zmienia się to, że przestajesz być jedynym źródłem i jedynym odbiorcą. W praktyce solo wszystko filtruje jeden umysł. W praktyce grupowej coś krąży między ludźmi i każdy dostaje trochę inną wersję tego samego momentu. W astrologii powiedzielibyśmy że ten sam tranzyt inaczej przechodzi przez różne wykresy.
to mnie prowadzi z powrotem do tych słów spoza codziennego języka. Bo jeśli każda osoba modyfikuje to co jest wypowiadane, to słowa których żadna z tych osób nie używa na co dzień stają się czymś w rodzaju wspólnego gruntu. Nikt nie ma do nich osobistych skojarzeń, nikt nie nosi ich historii. Są neutralnym miejscem spotkania.
i właśnie ta myśl o wspólnym gruncie mnie nie puszcza. Bo w runach jest dokładnie ten sam mechanizm. Kiedy wymawiasz nazwę runy samotnie, to ona przechodzi przez twój filtr, twoje skojarzenia, twoją historię z tym dźwiękiem. Ale kiedy kilka osób wymawia Fehu albo Uruz razem, to nagle nikt nie ma nad tym słowem prywatnego prawa. Dźwięk staje się wspólny.
a to znaczy że w takim zbiorowym galdr siła tkwiła w tym że nikt nie prowadził? Że nie ma jednej osoby która wyznacza ton i reszta podąża?
ale wracając do tego co Kadula mówiła o wspólnym gruncie i słowach bez prywatnych skojarzeń. Czy to nie oznacza, że kiedy robimy rytuał z rodziną używając języka codziennego, to każde słowo jest tak załadowane historią rodzinną, że w zasadzie nie mówimy do tej samej przestrzeni? Mama słyszy jedno, siostra drugie, ojciec trzecie.
ciekawe czy to działa w obie strony. Bo jeśli sama forma wystarcza żeby coś połączyć, to czy źle dobrana forma może coś rozdzielić? Mam na myśli sytuację kiedy ktoś z rodziny wykonuje te same czynności ale wyraźnie czujesz że jest gdzie indziej myślami.
a to mnie zastanawia bo u mnie w domu dokładnie to by sie zdarzalo. Mama modliłaby się, ale jej modlitwa jest tak zakorzeniona we własnym rycie że ona jest tam, a nie ze mną. Siostra by się zgodziła ze mną siedzieć ale myslami bylaby przy telefonie. I co wtedy, czy to jest w ogole rytuał czy tylko siedzenie razem?
a może to jest właśnie ta różnica między rytuałem solo a grupowym, że solo kontrolujesz co widzisz, a grupowo widzisz rzeczy których wolałabyś nie widzieć. I to jest informacja, jak mówi Kadula, nawet jeśli boli.
Oraklia, to jest celna obserwacja i ona pasuje do czegoś o czym myślę od początku tego wątku. Rytuał z rodziną nie jest wzmocnieniem tego co robisz solo, to jest osobny gatunek. On działa według innych reguł i przynosi inne rzeczy, nie koniecznie więcej, tylko inne.
ale jeśli to inny gatunek, to po co w ogóle porównywać? Znaczy pytam serio, bo tytuł wątku zakłada że jest jakaś zmiana, ale może pytanie powinno brzmieć nie co się zmienia tylko co się pojawia czego wcześniej nie było w ogóle?
i jeszcze jedno, o czym nie powiedzieliśmy wprost. W rytuałach solo możesz przerwać kiedy chcesz, możesz się rozmyślić, możesz zmienić zdanie w połowie. W rytuałach grupowych jest pewna umowa, nawet jeśli niewyartykułowana. Przerywasz nie tylko własny rytm, ale coś co jest między wami. I to zmienia to jak wchodzisz, bo wchodzisz z innym rodzajem odpowiedzialności.
ale to znaczy że rytuał grupowy stawia wyższe wymagania od samego wejścia? Że właściwie decyzja zaczyna się zanim się jeszcze nic nie zaczęło?
a mi się teraz przypomniało jedno konkretne zdarzenie. Byłam kiedyś na takim semi-rodzinnym spotkaniu przy Zaduszkach, nie ma co ukrywać że nikt tak naprawdę nie wiedział po co siedzimy razem, ale było jakieś zapalanie świecy i milczenie. I to milczenie było bardziej grupowe niż jakiekolwiek słowa. Każdy był w swoim ale jednak razem. Nie wiem czy to był rytuał ale coś tam było.
Hela93, to co opisujesz to jest właśnie to. Milczenie zbiorowe działa inaczej niż milczenie solo i jest to jedna z tych rzeczy, które najtrudniej opisać a najłatwiej poczuć. W wielu tradycjach milczenie grupowe było celowo wbudowane w rytuał właśnie dlatego, że nie niesie prywatnych skojarzeń tak jak słowa. Wszyscy milczą tym samym milczeniem.
to zdanie o milczeniu mnie zatrzymuje. Czy naprawdę wszyscy milczą tym samym milczeniem? Moje milczenie przy świecy jest pełne obrazów i dźwięków wewnętrznych. Nie wiem czy można powiedzieć że to jest to samo co milczenie kogoś kto siedzi obok.
to ciekawe rozróżnienie, bo zakładałam że synchronizacja w rytuałach oznacza wspólnotę przeżycia, a nie tylko wspólnotę gestu. Ale może mylę religijny ideał jedności z tym co faktycznie zachodzi.
ale czy to nie jest trochę niepokojące? Że można kogoś włączyć w rytuał bez tego żeby rozumiał co robi, i to zadziała tak samo. Znaczy nie mówię o manipulacji, ale jakoś to brzmi jakby intencja nie miała znaczenia.
